Relacje z Maratonu Warszawskiego – post gościnny

To było Wasz Maraton.
Poprosiłem kilka osób z grupy o podzielenie się swoimi emocjami i refleksjami z maratonu.
Z konieczności tylko kilka osób. Za to wiele osób z was podzieliło się refleksjami z biegu na grupie, za co dziękuję. Autorzy napisali tak dobre relacje, że postanowiłem oddać im cały post
i relację. Zapytałem o ich refleksje o maratonie, przełomowe momenty i co myślą o bieganiu
z zającem. Moja relacja też będzie 🙂 Teraz zapraszam do lektury postu gościnnego w postaci relacji kilku Maratończyków:

Ania Skawińska

„Dla takich chwil warto żyć”

Prośbę Piotra, by podzielić się wrażeniami z mojego pierwszego startu w maratonie, którym był 35. PZU Maraton Warszawski, przyjęłam jako duże wyróżnienie z jego strony.

Sam 35. PZU Maraton Warszawski wspominam jako fantastyczne przeżycie emocjonalne, sportowe, życiowe, które wynagrodziło z nawiązką cały poprzedzający okres przygotowań, wyrzeczeń, stresów. Czym byłoby życie bez takich wspaniałych wyzwań? Odpowiem krótko: „dla takich chwil warto żyć”.

Zakładany plan na 2-3 tygodnie przed startem był mocno zachowawczy. Zakładał ni mniej
ni więcej: „byle dobiec”. Może chciałam uzyskać czas coś około 4:20-4:30, ale były to nieśmiałe zamiary początkującej biegaczki.

Jednak im bliżej 29 września 2013 r., tym stopniowo wiara we własne siły rosła,
a nieocenionym kamieniem milowym przygotowań był wspólny, dosyć przypadkowy, trening
z Piotrem w czwartek 26 września 2013 r. w Parku Reagana w Gdańsku.
Zarówno pod kątem sportowym, jak i coachingowym, uwierzyłam we własne możliwości.
Piotr powiedział prostą zasadę, która od tego momentu stała się moim mottem biegowym:
„Ania, biegnij swoje”.

I tak na kilka dni przed 35. PZU Maratonem Warszawskim, stwierdziłam, że trzeba być FIGHTEREM, i powalczyć trochę. Jak mówią: „Się gra się ma”.

Sam start wspominam następująco. Ustawiłam się z pacemakerem na 4:10. Z tą grupą biegłam około 7-8 km, by potem minimalnie przyspieszyć i być początkowo w obwodzie grupy 4:00, a potem na jej czele.

Biegło mi się lekko, dobrze, podobnie jak na zawodach Pucharu Maratonu rozgrywanych na dystansie 20 i 25 km w przepięknej scenerii warszawskich lasów, organizowanych przez Fundację Maraton Warszawski. Tylko że teraz byłam przygotowana logistycznie, gdyż miałam jedzenie w postaci żeli energetycznych ze sobą, a nie jak dotychczas… żelków Haribo;)
To kibice pozwolili mi „lecieć” jak na skrzydłach cały królewski dystans. Doping był fantastyczny. Z mojej strony stawiło się wielu przyjaciół, znajomych, kolegów i koleżanek
z pracy, a także rodzina. Kibic w stroju Dartha Vadera w Wilanowie w okolicach 25-27 km oraz biegający Wiking, to są te momenty, które zapamiętam najmocniej.

Co kluczowe. ŻADNEJ ŚCIANY NIE MIAŁAM. Przed startem stwierdziłam, że czarnych samospełniających się wizji nie można mieć. Zwycięstwo dzieje się w głowie, a dopuszczenie myśli o ścianie, to prawie jak przyznanie się do porażki. Czy Kenijczycy mają ścianę?
No właśnie. Dlatego tak bardzo zirytowała mnie dmuchana bramka firmy Adidas z napisem:
„Tu jest ściana” rozstawiona, chyba na 30 lub 33 km.

I tym sposobem, mimo że minimalnie wolniej biegłam odcinek 33-37 km, lekko poniżej 6:00 min/km, to POTEM MAGICZNIE PRZYSPIESZYŁAM. Na 40 km miałam tempo 5:18 min/km, na 41 km 5:26 min/km, by zakończyć w tempie 5:36 min/km.

Łącznie swój pierwszy bieg maratoński ukończyłam w czasie netto 3:58:39, a tempo całego biegu to 5:41 min/km. Nie skłamię, jeśli przyznam się, że w którymś momencie biegu zaczęłam żywić szczerą nadzieją, że dogonię grupę Piotra na 3:55.

Na sam koniec, krótki rys biegowo-historyczny o autorce. Biegam od kwietnia 2013.
W czerwcu 2013 przebiegłam swoją pierwszą „15-stkę” i wtedy zakochałam się w długich dystansach. Decyzję o starcie w maratonie podjęłam po kilku udanych wybieganiach na 20-25km w lipcu i sierpniu 2013. Łącznie w ramach wybiegań powyżej 20km, zrobiłam około 250km. Trenowałam cyklicznie 3-4 razy w tygodniu, po co najmniej 40-50km tygodniowo.

W tym miejscu chciałabym pogratulować i przekazać wyrazy uznania wszystkim koleżankom Maratonkom. Stawiłyście czoła wyzwaniu! Jesteście ZWYCIĘZCAMI! Nas biegaczek na 35. PZU Maratonie Warszawskim było około 12%.

Podsumowując; dla takich chwil warto żyć…

Ania Skawińska (6087)”

Piotr Pokrzywka

“Kwiecień 2012 – postanowiłem pobiegać. Jeszcze nie połknąłem wtedy bakcyla aby rzucać się na dystans maratoński. Ale już 34 MW śledziłem w tv i podziwiałem ludzi którzy wystartowali.

W maju AD 2013 stało się. Postanowiłem pobiec w 35. Maratonie Warszawskim. I tak od czerwca realizowałem plan przygotowujący biegacza amatora do startu na dystansie 42.195 km.

Przed maratonem wiedziałem, że istnieje ktoś taki jak pacemaker. Zamarzyłem sobie złamać
4 godziny. Wiedziałem, że to jak na debiutanta ambitny plan, ale wierzyłem w siebie.
Nie chciałem biec sam i martwić się o pilnowanie czasu i tempa.
Wiedziałem, że Oni (Pacemakerzy) są po to aby innych w tym aspekcie wyręczyć.
Nie pamiętam nawet jak natrafiłem na Piotra Stanka i na utworzoną przez niego na
Facebooku (dalej “fb”) grupę „Maratończycy 3:55 Maraton Warszawski”.
Ale niezmiernie się cieszę, że mój wybór padł właśnie na niego. Grupa okazała się niezwykle aktywna przed maratonem. To właśnie dzięki niej nabrałem jeszcze większego respektu
(którego i tak mi nie brakowało) do tego dystansu.

Przed maratonem podczas długich wybiegań radziłem sobie bez wody, tutaj nagle przyjmowałem ją na każdym pkt. Po trochu co prawda ale przyjmowałem. Myślę, że i do tego trzeba organizm przygotować. Ja tego nie zrobiłem i to też mogło mieć wpływ na bieg.
Nie wspomnę już o żelach które nawet nie wiem jak smakują:). Także jeszcze sporo przede mną.

Wiele km wybieganych samotnie podczas treningów przygotowało mnie mentalnie i fizycznie. Wiedziałem, że sam bieg i to jak sobie poradzę, zależy w największym stopniu ode mnie.
Tak było. Jednak siły i otuchy dodawał mi fakt, że jednak nie byłem tak do końca sam.
Oprócz tysięcy ludzi stojących na Moście Poniatowskiego była właśnie ta grupa z fb.
Chcąca przebiec maraton w czasie 3:55:00. Dyskusja wywołana wcześniej na fb,
dzielenie się doświadczeniem, pasją, obawami, wspólna motywacja w końcu spotkanie na pół godziny przed startem celem poznania się, zrobienia sobie wspólnego zdjęcia pozwoliły uwierzyć, że ten bieg będzie różnił się od tego co było do tej pory. I tak było.

Od startu biegłem obok Macieja Mazuruka, który przed biegiem nie szczędził mi nawet tak drobnych uwag, jak odpowiednie zawiązanie sznurowadła. To jemu jak i Piotrowi
(Piotr Stanek) byłem szczególnie wdzięczny za pomoc przed jak i w trakcie startu.
Obok wbiegnięcia na metę i delektowania się osiągnięciem celu to właśnie te momenty były najważniejsze. Kibice byli wspaniali, dopingowali, jednak świadomość, że obok biegnie
ktoś kto w połowie biegu (Maciej) pyta „i jak, w porządku?”, ktoś kto na ok. 30 km
(Piotr Stanek) odwraca się i mówi „i jak Piotr, ok?” daje niesamowitej energii i wiary.
Niby szczegóły ale jak ważne.

Jednak na własnej skórze przekonałem się, że maraton to nie tylko bieg przyjaźni,
gdzie wszyscy się do siebie uśmiechają i jest ok. Jak wielu, tak i mnie dopadł kryzys
i wiedziałem, że plan który sobie założyłem (3:55:00) muszę porzucić kosztem zrealizowania celu głównego jakim było dobiegnięcie do mety. Na ok 34 km. nogi nie chciały już nieść.
Były ciężkie jak ołów. Wiedziałem, że to efekt zbyt małej liczby treningów siłowych podczas przygotowania. Nie chcę nazwać tego ścianą, żeby sobie nie utrwalić w głowie jakiś głupot związanych z tym odcinkiem trasy. Wynoszę z tego biegu wiedzę, którą wykorzystam przed kolejnym startem i tyle. Chwile kryzysu i niezrealizowany plan rekompensuje jednak uczucie jakie towarzyszy na mecie. Byłem szczęśliwy, obolały i chciało mi się płakać.
Niesamowite uczucie. Niesamowita adrenalina. To wszystko uzależnia i wiem, że meta 35. MW
była dopiero moim początkiem. Piotr Pokrzywka (5192)”

Konrad Mroziewicz
“Start maratonu był bardzo przyjemny. Myśl, że jestem tutaj, że mogę być z tymi wszystkim ludźmi. Wspaniałe było to, że miałem coś takiego we mnie, że mogę biec i biec. Najbardziej przyjemną chwilą było jak zobaczyłem, że do mety zostało 2 km i wtedy dostałem powera
i wbiegam zaraz na stadion i mijam metę:) Newralgicznym punktem było to, że około 22 km
zaczęły mnie boleć nogi i w myślach miałem to, że muszę to pokonać bo to i tak niedługo przestanie. Biegłem z pacemakerem, bo wg. mnie bieganie z nim dużo pomaga niedoświadczonym biegaczom. Szczególnie pomaga utrzymać dane tempo. Konrad Mroziewicz 10360″

Bartosz Packo
“Cześć. To był mój pierwszy maraton. Wielka niewiadoma. Odkąd zacząłem biegać, dwa lata temu, myślałem tylko o pokonaniu królewskiego dystansu. Starałem się dobrze przygotować, niestety nie omijały mnie kontuzje. Maraton chciałem pobiec sam. Uważam, że najlepiej jest gdy samemu kontroluje się tempo. Po przemyśleniu wszystkich za i przeciw zdecydowałem się jednak pobiec z “Zającem”, by skorzystać z jego doświadczenia i nie przesadzić z tempem na pierwszych kilometrach. Prawda jest, ze maraton zaczyna się po 30 kilometrze. To właśnie wtedy zaczęła się walka o każdy krok. Było naprawdę trudno. Euforia przyszła dopiero na 200 metrów przed meta. Dopiero wtedy dotarło do mnie, ze “To” zrobiłem.Bartosz Packo 2871″

Maciej Mazuruk

“Co daje zającowanie osobie wspieranej ?

1) poczucie pewności

2) poczucie wsparcia i bycia razem – to jest nasz wspólny projekt ten bieg, ma on jakiś konkretny cel (w ogóle ukończyć, ukończyć,zrobić życiówkę, zakładane tempo, mieć frajdę
(jak np. w Kabatach na Robertonie) – nie mierzę się sam , bo choć pacemaker nie odda nóg,
serca, wątroby, nerek, płuc itd… to przecież masz swoje ciało przygotowane (lepiej lub gorzej) i musisz to wykorzystać – ALE to pacemaker daje wiedzę i stabilizację TU i TERAZ,
w TYM MOMENCIE, nie przed biegiem, nie na kartce papieru, nie na blogu, nie w teorii.
Jego projekt trzymania czasu i ukończenia jest TWOIM projektem ze zbieżnym celem

3) pomoc techniczną utrzymania tempa [i tak zaglądam na GPS jak biegam….prawie cały czas, ale z Pacemakerem robię to zdecydowanie rzadziej] – to Zając zna czasy przelotowe, punkty kontrolne

4) dodatkową motywację (szczególnie jak się kogoś zna) – co ja z nim nie przebiegnę ?
A co tam pokażę mu, że [oczywiście wszystko w granicach rozsądku], to on mnie prowadzi
– ja oczywiście biegnę, ale przy znajomej osobie jest inaczej [nie ukrywam, że to działało mniej dla mnie przy półmaratonach w Warszawie i Radomiu – gdzie nie znałem osób prowadzących]

5) dodatkowego kopa aby biec za kimś pod sam koniec – po prostu widzisz koszulkę i się jej trzymasz, to jest taki (na szczęście nie znikający) punkt odniesienia ! – widzisz czyjeś plecy
i wiesz, że masz go nie odstępować ani na krok już od teraz.

6) poczucie solidności i braku improwizacji – w maratonie/półmaratonie nie ma miejsca na przypadek – to, że Pacemaker biegnie jest przemyślanym działaniem Organizatora i osób zającujących; jak wsiadasz do samolotu to ufasz, że ktoś ten lot przygotował i zorganizował
a pilot wie co ma robić, Ty się na tym nie znasz, więc mu ufasz !”

Z czym mi się kojarzy ostatni maraton:

1. hasło PRZEWIDYWALNOŚĆ
Może to zabrzmi dziwnie, ale tym razem bieg dla mnie był wielce przewidywalny, można powiedzieć, że dużo POZYTYWNYCH czynników wpływających na końcowy rezultat było spełnionych, bo:
– znałem dobrze trasę (te trudniejsze miejsca obczaiłem zdecydowanie wcześniej,
nawet biegając po nich).
– znałem osobę prowadzącą grupę.
– wiedziałem, że na trasie biegnę ze znajomymi, tudzież będę miał kibiców.
– wiedziałem, że będzie ciężko, szczególnie 35-37 km.
– wiedziałem, że na Puławskiej są miejskie podmuchy wiatru – więc chowałem się za ludźmi.
– byłem w pełni zdrowy przed startem, dobrze wyspany (tak od 3-4 nocy idealnie spałem, nawet noc przed było super), byłem wypoczęty, co do przygotowania fizycznego – niedzielę przed pobiegłem 10,3 km w 45 min – bez większego wysiłku, miałem super przepracowane wakacje w sierpniu [256 km przebiegnięte, w tym dwa długie wybiegania ok. 3 godz., 2 krótsze ok 2 godz], dużo pływałem, we wrześniu start w pucharze maratonu 25km i kolejne 30 km pękło, potem już nieco mniej biegane, a i półmaraton zrobiłem nieoficjalnie 1:40, więc wiedziałem, że forma jest.
– miałem sprawdzoną super koszulkę ADIZERO – lekką startową, zero obtarć gdziekolwiek – nawet plastrów nie używałem, tylko trochę kremu.
– patrząc na biegaczy, ich historię, debiuty – wiedziałem, że część zrobi lepszy wynik niż przewidywany, część na styku, a część nie zrealizuje (ambitnych celów) – tak jest ZAWSZE,
ale wszyscy byli bardzo zadowoleni, korzystali z rad na FB, umieli przeanalizować swój bieg.
– nie było ściany – a de facto lżejsze i trudniejsze momenty na biegu – co jest normalne
w ciągu paru godzin wysiłku.
– miałem pełną kontrola tętna w trakcie biegu, pamiętam jak pytałeś po 1o km jak mi idzie,
a ja ciągle miałem pierwszy zakres – powoli zaczynam rozumieć mój organizm.
– kalkulator MARCO i jego komentarze – idealnie podpowiedziały jak będzie na trasie….
– jedynie nie przewidziałem, że tak dobry czas zrobię – patrz hasło NIESPODZIANKA.

2. hasło NIESPODZIANKA w postaci osiągniętego czasu
– można przebiec w mniej niż 4 godziny maraton przy sprzyjających warunkach [patrz powyżej],ale wcale nie z takim dużym nakładem pracy; wystarczy regularność i starty co pewien czas przez cały rok, dobre jedzenie i brak szaleństw 2-3 tygodnie przed.
– można przebiec w mniej niż 4 godz – trenując biegi tylko 3 razy w tygodniu [większość biegaczy i trenerów mówi i robi 4 treningi] + spacer/basen/tenis/inna aktywność
– na start w MW zdecydowałem się pod koniec czerwca ….. teraz patrzę na zapiski, chciałem pobiec 30 km ok 5:30 ….a dalej to się zobaczy, ile mi zabraknie do 4 godzin i wtedy poprawię; moim pierwotnym docelowym startem był Orlen 2014 (zapisałem się od razu jak ruszyły zapisy), więc oczekiwany rezultat osiągnąłem pół roku wcześniej
– może to i zabrzmi zarozumiale; ale wiem, po ostatnim biegu ze 3:45 jest w moim zasięgu (oczywiście pod warunkiem równie sprzyjających okoliczności)

3. hasło DOBRA STRATEGIA:
– Negative Splits ….jakby stworzony dla mnie, najlepsze wyniki mam właśnie tak biegając.
– jedzenie przed i w trakcie [banany, woda na każdym przystanku, żelki] ideał.
– ciągły kontakt wzrokowy z pacemakerem (lub jego plecami) i ludźmi biegnącymi wokół
(poznanymi na FB).
– miałem dobre nastawienie psychiczne, biegłem z luzów… a nie taki spięty, na wynik.
– w ciężkich momentach (ze 2 razy miałem takie…patrz SYTUACJE KRYTYCZNE) po prostu się modliłem, odmawiane “Zdrowaśki” super odpędzały jakieś ciemne myśli o zmęczeniu.
– powiedziałem sobie, że jak dam radę to wbiegam na metę z Pacemakerem, jak będzie ciężko
choćby i paliło się i waliło – trzymać się Pacemakera a nawet jak ostatnie 2-3 km będę miał
siłę przyspieszyć to i tak kończymy razem – to tak z szacunku dla PIOTRA i jego ciężkiej pracy – zaczęliśmy razem tę przygodę to i skończmy razem 😉 – tak trzymać się PIOTRA – zdecydowanie najlepsza strategia była i jaka motywacja, no przecież mu [Piotrowi] pokażę, że to co mówi, robi może wpłynąć na czyjś sukces.
– zastosowanie się do większości uwag z FB 3:55, słuchanie innych historii biegowych, rad
i doświadczeń.
– bieg ciągły, bez chwili przerwy na marsz – rozciąganie się w trakcie, ręce w górze co parę km, głęboki oddech co pewien czas na kompletną wymianę powietrza w płucach [to dokładnie Twoja rada też była Piotr]

4. hasło ZDZIWIENIE:
– dużo znajomych miało kłopoty z nogami / łydkami / kurczami – i to nawet tych lepiej wytrenowanych – nie wiem, jak to tłumaczyć; czy to już quasi zawodowstwo i związane
z tym choroby zawodowe (kontuzje niejako wpisane w proces trenowania, biegania, startowania i regenerowania.
– przy biegu i wąskich uliczkach było rozpychanie, przy stolikach taka walka o jedzenie/picie; nie ma czasu na uprzejmości – dostałem parę kuksańców, sam pewnie też rozdałem,
a pamiętam małą dziewczynkę, która mi picie podawała i ją oblałem….nie wyglądała na szczęśliwą.

5. hasło SYTUACJE KRYTYCZNE
– na 15 km – gdzieś tak w Łazienkach – poczułem bardzo duży ból mięśniowy w prawej łydce –
z tyłu ; nie był to żaden kurcz, ale może źle stanąłem albo coś tam się nadwyrężyło
(kilkanaście dni wcześniej w nocy złapał mnie ewidentny kurcz pierwszy i jak na razie ostatni raz w życiu) ; powiedziałem sobie: nie panikuję, nie myślę o tym, nie dzielę się
z nikim [pacemaker, żona na trasie, koledzy z boku – nie muszą wiedzieć; po co ich obciążać i sobie dokładać ciężar]. Modliłem się tylko, żeby nic poważnego się nie stało, skarpety uciskowe/kompresyjne w tym momencie bardzo pomagały. Ból w mniejszym lub większym stopniu towarzyszył mi na całej trasie, ale dopiero po biegu jakieś 2 godz, jak opadły emocje poczułem, że nie mogę stanąć na nodze i że jest słabo.

– 35-37 km na Puławskiej; przez chwilkę miałem w oczach traumę z zeszłego roku [to był dla mnie najcięższy odcinek, który rok temu dużo szedłem], jak Piotr przyspieszał – to miałem ze 2-3 momenty aby sobie powiedzieć, nie gonię go, lekko zwolnię i tak złamię 4 godziny, ale: po pierwsze, głupio mi było tak po prostu odpaść ze względu na Piotra 😉 po drugie wiedziałem -jak zostanie tylko 5 km to już będzie z górki i za niecałe pół godziny będzie luzik [spoko – ile to pięciokilometrowych odcinków w sumie w życiu biegłem].
W dodatku przepychał się (strasznie agresywnie biegł) jakiś gościu w niebieskiej koszulce….taka męska złość dodała mi motywacji aby przed nim ukończyć i nie dać się wyprzedzić – trochę głupie, ale czasem takie dziwne czynniki też działają i wzbudzają ducha rywalizacji. Maciej Mazuruk 4848″

Swoje relacje napisali też Koledzy z grupy:
Blog Łukasza “Biegam sobie” i Blog Konrada z Vege Runners.

Misja wykonana, zapraszam do dzielenia się swoimi przeżyciami z maratonu w komentarzach 🙂

Send to Kindle

2 thoughts on “Relacje z Maratonu Warszawskiego – post gościnny

  1. Witam.
    Ja tez biegłem z Piotrkiem i jego grupą i dzięki niemu ,,zającowi,, w debiucie zrobiłem 03:52:09.

    Biegam rok. A rok temu jak zaczynałem, to nawet niezbyt lubiłem biegać, później była pierwsza kontuzja i nastała zima. Na wiosnę zacząłem tak trochę na poważniej. W czerwcu był pierwszy półmaraton i myśl, że jak biec maraton, to chyba najlepiej teraz tj.w tym roku. Były 3 miesiące do maratonu w Warszawie, znalazłem plan na 3 miesiące i w miarę starałem się go realizować.Udało się i było super. Żadnej ściany, żadnego dramatu,( taki mały słuchawki mi padły na 30km. Ale atmosfera była super i jakoś mega mi to nie przeszkadzało, chociaż miałem nawet specjalną energetyczną play listę na ostanie 10km).
    To wszystko sprawiło, że mam ochotę pobiec maraton raz jeszcze, choć generalnie na początku była to tylko jedna z rzeczy na liście THINKS TO DO.
    Reasumując, było super i mam zamiar to co najmniej raz jeszcze powtórzyć!
    Pozdrawiam. Michał 10941

  2. Pingback: Przerwa ma swoje prawa | Piotr Stanek o bieganiu

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *