Brakujący składnik – post gościnny

Dlaczego warto polubić wysiłek fizyczny, tutaj bieganie?
Nie wystarczy sama chęć zrzucenia kilogramów, poprawy kondycji?
Dostałem maila od dobrego znajomego Piotra. Piotr od pewnego czasu biega,
o czym przeczytacie w tym poście. Postanowił się podzielić z Wami swoją historią rozpoczęcia biegania. Zapraszam do lektury i do dyskusji.

Do trzech razy sztuka
Do biegania podchodziłem trzy razy. W 2011 roku odpuściłem po pięciu tygodniach.
A to pogoda nie ta, a to czasu nie było, a to się nie chciało. W 2012 roku odpuściłem jeszcze szybciej. Powody te same. Czegoś brakowało, jakiegoś magicznego, nieuchwytnego składnika.

Bieganie w założeniu miało być odtrutką na siedzący tryb życia: samochód/praca/samochód/dom i jednocześnie polepszyć kondycję, bo przebiegnięcie krótkiego odcinka kończyło się zadyszką. I właśnie w samych założeniach był błąd, bo niejako wymuszały one aktywność, zamiast do niej zachęcać. Krótko mówiąc biegałem, bo musiałem.

W tym czasie w moim otoczeniu pojawiło się sporo osób biegających regularnie średnie
i długie dystanse. Wiele opowieści zaczynało się tak, jak sam mógłbym ją zacząć: jeszcze rok temu nie byłem w stanie przebiec kilkuset metrów, a w przyszłym tygodniu biegnę półmaraton. A ja wciąż szukałem swojego magicznego składnika…

Przełom przyszedł wczesną wiosną 2013 roku, gdy bawiłem się z dziećmi na placu zabaw
w pobliskim parku. Sprawdziłem na mapie, że park, jeśli obejść go wkoło, ma ok. 3 kilometry. To było wyzwanie: zrobić kółko w parku i przeżyć. Zanim wyzwaniu stawiłem czoła, skonsultowałem sprawę z autorem niniejszego bloga. Piotr dał mi wtedy kilka technicznych wskazówek oraz jedną radę, która okazała się być właśnie tym nieuchwytnym składnikiem: „to ma być zabawa, to ma być fun, tu nie chodzi o zamęczanie się, tylko o to, żeby dobrze
się czuć”.

Pierwszy raz kółko w parku zrobiłem na trzy razy. To była pierwsza połowa kwietnia.
Po 800 metrach biegu uznałem, że jeszcze jeden krok i nic z tego nie będzie.
Przypomniała mi się naczelna zasada: to ma być fun! No to się zatrzymałem, przeszedłem kawałek, uspokoiłem oddech, popodziwiałem przyrodę i pobiegłem dalej. Po następnych 500 metrach wróciłem do trybu chodzenia. Przebiegłem jeszcze ostatnie 400 metrów.
Było… dobrze. Inaczej, niż wcześniej. Biegałem nie dlatego, że musiałem, tylko dlatego,
że chciałem i że mogłem. Tydzień później przebiegłem rundkę już na dwa razy i zacząłem pomiary biegania przy użyciu jednej z dostępnych aplikacji na telefon.

I się zaczęło. Zacząłem biegać najczęściej raz, a czasem dwa razy w tygodniu, z reguły rano. Nie każdy bieg mierzyłem. Najczęściej biegałem dopóki mi się chciało. Potem dopiero obliczyłem, że w tym okresie biegałem od 1,2 do 2,5 km. Pierwszy raz trzy kilometry naraz przebiegłem w drugiej połowie lipca. I od wtedy biegam regularnie dwa razy w tygodniu, niezależnie od pogody. Zgodnie z przewidywaniami Piotra wyniki poprawiały się błyskawicznie, a kondycja rosła praktycznie z treningu na trening. Wyznaczyłem sobie cel
na 2013 rok: przebiec pięć kilometrów poniżej 30 minut i przy tym się nie zasapać.
Pierwsze 4 km przebiegłem w okolicach połowy sierpnia, a pierwszą piątkę w drugiej połowie września. Wciąż, niezmiennie biegałem tylko i wyłącznie dla przyjemności.
Tydzień po tej pierwszej piątce, przebiegłem sześć kilometrów, bo po pięciu jeszcze mi się chciało. Pierwszy raz pięć kilometrów poniżej 30 minut przebiegłem pod koniec października,
ale byłem po tym wykończony. Ale to wtedy zdecydowałem, że pod koniec listopada wezmę udział w parkrunie na 5 km. Przez ten miesiąc poprawiłem swój wynik o 1,5 minuty,
a przebiegnięcie 5 km w 30 minut stało się łatwe.

Mój cel na parkrun to było 28,5 minuty. Każdy z kim rozmawiałem mówił, że na takiej imprezie biegowej biegnie się inaczej, z reguły szybciej, bo sprzyja temu atmosfera, kibice. Piotr dodatkowo przestrzegał, żeby nie wylecieć na początku jak z procy – cenna rada!
Ku mojemu zdziwieniu mój wynik był poniżej 25 minut. A siły miałem tyle, że ostatnie 100 metrów biegłem sprintem. Ten bieg to było ukoronowanie pół roku pracy nad sobą i nagroda za wytrwałość w sprawianiu sobie przyjemności bieganiem.
Przez ten cały czas czuwał nade mną anioł-stróż – autor tego bloga. Piotrze, ogromnie
Ci dziękuję za wsparcie i bardzo liczę na to, że pewnego dnia dane nam będzie wspólnie potrenować. A cel na 2014? 10 km w 50 minut – bez zadyszki! Do zobaczenia na trasie!

Piotr

Piotrze! Gratuluję Ci sukcesów! Bardzo podoba mi się Twoje podejście. Spokojnie, nic na siłę, bez zmuszania się. I ten brakujący składnik…
Cieszę się, że moje rady wykorzystałeś i przydały Ci się.
Co do wspólnego treningu, to będzie okazja, stworzymy sobie ją 🙂
Warto polubić bieganie, w ogóle aktywność fizyczną, bo wtedy da to o wiele lepsze efekty.
Jaka jest Wasza opinia?

Send to Kindle

3 thoughts on “Brakujący składnik – post gościnny

  1. Witaj Piotrze, biegaczu 🙂
    Ja chyba do dziś nie potrafię do końca zdefiniować co takiego się wydarzyło, że zaczęłam biegać. To tak jakby, któregoś dnia wszystkie elementy układanki trafiły na swoje miejsce i jedną jedyną brakującą częścią tej całości było bieganie. Czasem się zastanawiam jak wyglądało moje życie bez biegania 🙂 Chyba najzabawniejsze jest to, że tak jak przez lata nienawidziłam biegania (traumatyczne lekcje wf, gdy w biegach na setkę zawsze byłam ostatnia), tak dziś uwielbiam, kocham biegać! W tej nienawiści miałam jednak przebłyski: chciałam móc biec przed siebie. I tak pod koniec października 2011 r. wstałam z fotela (dosłownie), wyjęłam z szafy stare adidasy i ruszyłam przed siebie 🙂 Miałam w tym zaczynaniu biegania sporo szczęścia, już za pierwszym razem okazało się, że jestem w stanie przez prawie godzinę powoli truchtać. Miałam szczęście, bo wykorzystałam formę jaką dało mi przejście GR 20 (polecam, piękne miejsce dla kochających góry). I tak sobie biegnę już trzeci rok i biegnę i mam zamiar się nie zatrzymać 🙂 I już nie mogę doczekać się kolejnego roku, bo mam tyle pięknych planów biegowych 🙂 Jakkolwiek górnolotnie to zabrzmi to bieganie zmieniło mnie – na zewnątrz 🙂 i w środku – co chyba ważniejsze 🙂 Powodzenia i do zobaczenia na trasie!!

  2. W moim przypadku samo bieganie było owym brakującym składnikiem – w życiu. Dzięki temu odnalazłam: energię, radość, dyscyplinę, refleksje, zmęczenie – jak ja lubię się spocić 🙂 i przestrzeń – czasową i geograficzną. Szybko mnie wciągnęło i “wystartowałam” z bieganiem za pierwszym razem, choć z małym falstartem ze względu na nagłe problemy ze zdrowiem.
    … a te pierwsze okrążenia pokonywane na zmianę marszem i biegiem (tak, w tej kolejności 🙂 ) doskonale pamiętam, bo sama niecały rok dopiero (już!) biegam.

    Piotrze (autorze postu gościnnego) dziękuję, ze podzieliłeś się swoją historią. Przywołałeś nią, we mnie, wspomnienia z moich początków. 🙂 Trzymam kciuki za kolejne cele biegowe i przyjemne bieganie w ogóle.

Skomentuj, bo Twoja opinia jest mile widziana :)