9 Półmaraton Warszawski relacje – post gościnny

Tak jak w przy okazji 35 Maratonu Warszawskiego
poprosiłem tym razem trzech biegaczy z grupy o napisanie ich wrażeń z biegu.
Grupy, bo tak jak poprzednio przy prowadzeniu grupy na wspomnianym maratonie, stworzyłem grupę merytoryczno-motywacyjną na Facebooku

Zapraszam do przeczytania wrażeń Kolegów z ich biegów:

Damian Truszkowski

“Niedzielny poranek zapowiadał naprawdę dobry dzień. Słońce mocno świeciło, było dość chłodno, ale do startu pozostało jeszcze trochę czasu, więc była duża szansa, że będzie cieplej. Ten bieg miał być rekordowy ze względu na ilość uczestników, czy będzie również rekordowy dla mnie? Dzień wcześniej odebrałem pakiet startowy na 9. Półmaraton Warszawski. W tym roku biuro zawodów zostało zorganizowane na Stadionie Narodowym, gdzie dodatkowo można było zobaczyć co przygotowali wystawcy przedbiegowego EXPO.
Na stoisku ERGO  przemiła Pani drukowała opaski z międzyczasami. Wystarczyło podać czas
i voilà – opaska na rękę gotowa. Więc i ja wydrukowałem sobie taką opaskę z planowanym czasem na mecie 1:37:00. Zastanawiałem się czy to nie jest zbyt optymistyczna wersja…
czy stać mnie na takie bieganie… W końcu uznałem, że dopóki nie spróbuję to się nie dowiem!
Ten wyjątkowy niedzielny poranek, zaczął się dla mnie od standardowego posiłku jaki jadam przed każdym startem, czyli owsianki z rodzynkami i orzechami. Wszystkie rzeczy potrzebne mi do startu, wyselekcjonowane dzień wcześniej leżały i czekały. Wyszliśmy z Julką o 8.30, złapaliśmy SKM i chwilę po 9 byliśmy już na błoniach Stadionu Narodowego. Zaczynałem być w swoim świecie, skupiony na czekającym zadaniu, rozpocząłem rozgrzewkę tak by 9.40 ustawić się w swoim sektorze i czekać na wystrzał. Coraz lepsza pogoda sprawiała, że przybywało zarówno zawodników, jak i kibiców. Będąc w tym tłumie, widząc tych wszystkich ludzi przygotowujących się do biegu, czułem adrenalinę w powietrzu.
Aż chce się biegać w takich warunkach!! Po rozgrzewce podreptaliśmy na miejsce, gdzie umówieni byliśmy na zdjęcie, ale oczywiście doszliśmy tam za późno i już nikogo nie było 😉 Ustawiłem się w strefie na 1h 40, z planem ewentualnie zgubienia grupy, jak starczy mi sił. Podszedłem jeszcze do Michała, który był zającem na tenże czas, aby podpytać o jego plan na bieg.

Punktualnie o dziesiątej nastąpił wystrzał. Czekałem jednak aż przyjdzie moja kolej na przekroczenie linii startu. Ruszyłem 2,5 min po pierwszym zawodniku. Pierwsze dwa kilometry biegłem spokojnie, także dlatego, że było bardzo ciasno. Część biegaczy zaczęła zachowawczo i trzeba trochę między nimi lawirować, aby ich minąć. Po trzecim kilometrze byłem już dobrze rozgrzany, biegło się lekko i przyjemnie. Plan na pierwsze 10 km to pilnować się Michała, by zachować siły na drugą połówkę i na Agrykolę. Po ok. 5 km, kilkaset metrów przed budynkiem sądu straciłem z oczu Michała. Nie wiedziałem gdzie zniknął dopóki nie odwróciłem się i nie zobaczyłem go za sobą. Biegło mi się tego dnia tak dobrze, że nawet nie zauważyłem jak go wyprzedziłem. Spojrzałem na zegarek – tempo 4:35 min/km. Super, biegnie się komfortowo, więc trzymam takie tempo i pędzę dalej. Za chwilę punkt odżywczy, potem skręcamy w ul. Stawki i teraz zbiegamy w dół na Wisłostradę. Nie przyśpieszam, puszczam nogi lekko, tempo minimalnie wzrasta. Tuż przed skrętem w Wisłostradę zaczyna mnie łapać kolka.

Pierwsza myśl: już po zawodach. Za chwilę następna: skoro ma być ze mną jakiś czas musimy się zaprzyjaźnić, nie mogę teraz zwolnić, ani odpuścić. Na szczęście ból minął po kilkuset metrach. Kilometry wzdłuż Wisły mijały dość szybko i przyjemnie. Po wybiegnięciu z tunelu po obu stronach ulicy masa kibiców, za chwilę punkt odżywczy. Tutaj zjadłem swój żel, popiłem wodą i pobiegłem dalej. Po 13 kilometrach skręciliśmy w jakąś małą uliczkę, czułem się dobrze, więc postanowiłem trochę przyspieszyć. Po chwili dotarliśmy do Łazienek.
Bardzo zielono, wiosennie, wzdłuż trasy stało dużo kibiców, super atmosfera. Minąłem 15 km, nieuchronnie zbliżał się punkt, na który każdy uczulał. To miał być prawdziwy test tego
w jakiej formie są uczestnicy biegu. Podbieg na Agrykoli nie jest bardzo stromy, ani długi,
ale czasem może pokrzyżować szyki. Skróciłem krok, pracowałem mocno rękami, zwolniłem
o jakieś 20 sekund i podbiegałem. O dziwo na górze czułem, że ciągle mam siły, więc zacząłem wracać do poprzedniego tempa. Po minięciu 17 km zacząłem jeszcze bardziej przyspieszać. Doping kibiców i adrenalina sprawiła, że przestałem już się zastanawiać nad czymkolwiek,
po prostu biegłem. Tempo – 4:20 min/km. Już tak niedaleko… Już byłem szczęśliwy,
bo wiedziałem, że dowiozę wynik 1:37:00 do mety. Na moście minąłem oznaczenie 19 km
i zwiększyłem tempo o kolejne 10 sekund. Mijałem kolejnych zmęczonych zawodników, którzy przeszacowali tego dnia swoje siły. Zbieg ślimakiem na dół i tutaj znowu bardzo dużo kibiców dodających sił na ostatnich metrach. Jeszcze kilka zakrętów i meta. Już nie miałem siły,
ani ochoty patrzeć na czas, ani na tempo, chciałem tylko przekroczyć metę. I w końcu udało się! Czas 1:36:08 zaskoczył nawet mnie. Jak później sprawdziłem ostatni kilometr pokonałem w 3:59 min. Odebrałem medal, spotkałem się z Julką i padłem na leżak rozkoszując się słońcem, sukcesem, zmęczeniem.”

Jan Biegający:

“Relacja z 9 Półmaratonu Warszawskiego.
„Bieganie to ciągłe lekcje pokory. Bezcenne. (…)”
Beata Sadowska – „I Jak tu nie biegać”

Cel.
Historia mojego półmaratonu zaczyna się niespełna rok temu, kiedy wstałem
z kanapy, z nudną do bólu motywacją zrzucenia paru zbędnych kilogramów.
Oczywiście po pierwszych zawodach (“Bieg na piątkę” w ramach Maratonu Warszawskiego) okazało się, że jestem na dobrej drodze do uzależnienia od endorfin i jako pierwszy poważny cel biegowy obrałem właśnie 9 Półmaraton Warszawski. Powody? Bo blisko do Warszawy, bo jeszcze dużo czasu, bo jako nowicjusz nie wiem w co dokładnie się pakuję. Zapisałem się pierwszego dnia, żeby mi nie przyszło do głowy zrezygnować z jakiejś błahej przyczyny, albo odpuszczać treningi z powodu deszczu. Po kilku miesiącach realizowania planu treningowego i pocenia się na siłowni przyszedł czas na sprawdzian. Dwa tygodnie przed “połówką” wystartowałem na dystansie 15 km w Biegu Zaślubin w Kołobrzegu. Jak na świeżaka bez historii sportowej poszło mi nieźle – wynik netto 1:12:13, o prawie trzy minuty lepiej niż się spodziewałem. Biegło mi się z prawdziwą przyjemnością, na mecie miałem całkiem duży zapas sił, a do Warszawy wracałem z uczuciem niedosytu. Niestety w tydzień po zawodach złapałem paskudną infekcję, która wyraźnie mnie osłabiła i skutecznie “kompensowała” moją radość z dobrej formy. Na dwa dni przed startem, mój udział był ciągle pod znakiem zapytania, nawracający suchy kaszel nie wróżył nic dobrego. W sobotę udałem się po pakiet startowy na Stadion Narodowy. Widok dużej liczby biegaczy w jednym miejscu, szybko pomógł mi w podjęciu decyzji, że nieodwołalnie w niedzielę stanę na starcie.

Przed startem.
Od początku było widać, że jest to kolejna świetnie zorganizowana przez Fundację Maratonu Warszawskiego impreza. Pomimo tłumów biegaczy, praktycznie nie było kolejek
w depozytach, niespecjalnie długo czekało się na dostanie do toalety, przygotowania przedstartowe trwały kilka minut. Dzięki temu miałem jeszcze czas na dyskusję z napotkaną koleżanką, która oceniając “na oko”, już prawie nic nie waży i na dodatek biegnie na czas 1:35. Niepokoił mnie trochę u niej przesadnie dobry humor, ale po rozejrzeniu się dookoła, okazało się, że to w tym miejscu norma. Wymieniamy kilka miłych zdań i udajemy się w kierunku odpowiedniego sektora. Rozgrzewam się i wypatruję w tłumie mojego forumowego pacemakera Piotra, który prowadzi na 1:45. Odgrażam się, że ma mnie dociągnąć co najmniej do Agrykoli. Zwracam uwagę na piękną pogodę, ale jest chyba zbyt gorąco jak na koniec marca. Nie zdążyłem przyzwyczaić się do takiego ciepła – jeszcze niedawno robiłem wybiegania w temperaturze poniżej zera, a tu przed godziną 10 jest już kilkanaście stopni.
Na szczęście te przemyślenia przyszły mi do głowy już po biegu.

Od Poniatowskiego do Łazienek.
Wystartowaliśmy. Rzeka biegaczy, widok piękny ale jest zbyt tłoczno, nie ma szans żeby przyśpieszyć. Kilka razy zerkam na zegarek z niepokojem – na moście średnie tempo wynosi 5:40, na rondzie de Gaulle’a zaś 5:00 – to dużo wolniej niż zakładaliśmy.
Skręcamy w Marszałkowską i dalej jest ciasno. Piotr radzi sobie asertywnie z innymi biegaczami, którzy zastępują mu drogę i wyrywa do przodu. Nie wiem, może to autorytet pacemakera tak działa, mi niestety nie idzie tak dobrze muszę walczyć o każdy metr. Kiedy analizowałem ten odcinek, okazało się, że średnie tempo 3-5 kilometra wynosiło 4:30 min/km, najszybszy odcinek przebiegłem w tempie 4:20 – przez cały ten czas próbując dogonić “baloniki 1:45”. Gdy tylko pojawiała się luka umożliwiająca wyprzedzanie, podkręcałem obroty. Oczywiście nic głupszego nie mogłem zrobić, takie szarpane tempo na zawodach nie mogło się dobrze skończyć. Zbyt mocno usztywniłem się na dotrzymywanie kroku pacemakerowi. Po dobiegnięciu do pierwszego “wodopoju” czuję, że chyba robi się gorąco, bo wyraźnie mam ochotę się napić. Daje mi to do myślenia – coś tu nie gra – po 5 km takie pragnienie? Wypijam kubek wody. Przypominam sobie z długich wybiegań, że dla mnie bieganie zaczyna się od połowy dystansu. Zapominam natychmiast o chwilowym kryzysie. Rzeczywiście jest bardzo fajnie, odrobiliśmy straty, biegniemy równym tempem, ciągle widzę tych samych biegaczy wokół Piotra. Czuję się bezpiecznie. Przypominam sobie, że jest coś takiego jak flow i jestem pewien że właśnie wtedy to czuję. Na trasie nie brakuje atrakcji: prawie na każdym kroku są kibice, ktoś gra, ktoś krzyczy – jakaś kibicująca kobieta jest już zachrypnięta, ale nie poddaje się i mocno nas dopinguje, a przecież to wszystko dla nas – biegaczy. W tunelu na Wisłostradzie najpierw słyszę spontaniczne wrzaski zawodników (rewelacja, żałuję że oszczędzałem siły), a po chwili mijamy śpiewający chór. Odnoszę wrażenie, że to wszystko jest trochę surrealistyczne, ale oczywiście bardzo mi się to wrażenie podoba. W takim nastroju dobiegamy do Łazienek.

Brama w Łazienkach z barankiem.
Robi się tłoczno, chyba jeszcze bardziej niż po starcie. Biegacze wlewają się do łazienek bramą, która wydaje mi się teraz strasznie wąska. Tutaj też rozegra się moja przygoda. Potykam się o wąski pas bruku w bramie i przewracam w nietypowy sposób – zamiast po prostu upaść, robię coś w rodzaju fikołka (nie byłbym w stanie dzisiaj tego powtórzyć).
Słyszę komentarz “ojojojoj” i w tym samym momencie czuję jak ktoś mnie podnosi
i pcha do przodu. Całe zdarzenie trwa może kilka sekund. Myślę, że to są właśnie takie momenty, kiedy odzyskuje się wiarę w ludzi. Biegnąc oceniam straty i myślę uśmiechając się w duchu, że jestem w dobrym towarzystwie, że biegacze to bardzo pozytywna społeczność.
Okazuje się że, mam tylko trochę pozdzierane ręce, strata czasu jest również niewielka. Mijam piętnasty kilometr i myślę, że teraz to będzie już z górki tzn. będzie pod górkę, ale akurat podbiegi solidnie trenowałem cały rok, więc żadna marna górka ze mną nie wygra. Rzeczywiście skracam nieco krok i spokojnie wbiegam w tempie około 5:10. Niestety balonika z napisem 1:45 już nie widzę, zgubiliśmy się w Łazienkach (szkoda). Mijam Plac na Rozdrożu
i wbiegam w Aleje Ujazdowskie, jest znacznie więcej miejsca, wydaje mi się, że biegnę prawie sam. Podczepiam się pod mniej więcej dwudziestoletnią biegaczkę, która wygląda tak świeżo, jakby dopiero przed chwilą zaczęła bieg. Dzięki niej udaje mi się wrócić do zakładanego tempa.

Pić!
W Łazienkach był przyjemny cień, teraz zaczynam dostrzegać jak jest mi gorąco. Zaczynam przeklinać organizatorów, że nie umieścili „wodopoju” za Agrykolą. Po kilkuset metrach przychodzą mi do głowy głupie pomysły np. żeby wyrwać jakiemuś przedszkolakowi butelkę
z soczkiem i dać nogę w stronę mety. Na szczęście dobiegam do punktu odżywczego i od razu chwytam dwa kubki: jeden wypijam, drugi przeznaczam na “odkażenie” pozdzieranych rąk. Oczywiście okazuje się, że w kubku jest izotonik, więc się cały kleję, ale niespecjalnie mi to przeszkadza. Mój nowy “zając” wyrywa ostro do przodu – dla mnie jest za szybko, ja biegnę
w tempie około 5 min/km.

Ostanie kilometry – umysł, głupcze!
Spokojnie dobiegam do narodowego, co prawda zostaje niespełna kilometr, ale zaczynają się dziać niefajne rzeczy. Widzę coraz więcej “plażowiczów”, którymi opiekują się ludzie z ekipy medycznej. To zadziwiające, że nigdy nie pokazuje się tego na w fotorelacjach z takich imprez. Jeden leżący mężczyzna wygląda bardzo źle, jest bladosiny – przyglądam mu się przez chwilę – nie wygląda na przytomnego. Przychodzą mi do głowy, głupie myśli że jeżeli przesadzę z ostatnim kilometrem, to mogę do nich dołączyć. Mój wzrok pada na na słynny banner
“700m. Boli? Musi boleć” – nie wiem co o tym myśleć, bo coś tam boli, ale nie mogę zlokalizować co dokładnie. Chyba bardziej jestem zblokowany psychicznie. Z zamyślenia wyrywa mnie kibicująca starsza kobieta, która mówi do mnie “ja pana błagam, już niedaleko” – śmieję się w duchu, że spotkałem skutecznego psychologa sportu. Dzięki takiemu wsparciu wyraźnie przyśpieszam i odzyskuję siły na tyle, że doganiam biegacza z drużyny STO-nogi Milanówek. Nasza rozmowa sprowadza się do wymiany zdań, że jest “cholernie ciężko, oj cholernie ciężko”. Mijamy cheerleaderki, a wyprzedzający nas biegacz w koszulce w kolorach reggae krzyczy – “dawaj, dawaj, już niedaleko” i jest to ostatnia rzecz, którą pamiętam przed finiszem.

Meta (01:46:43)
O dziwo czuję się świetnie, nie padam na trawę tylko truchtam przez dobre kilka minut schładzając organizm. Radość jest wyraźnie większa niż przed startem. Co jeszcze czuję?
Na pewno wielką radość, że podołałem, że byłem w stanie solidnie trenować i wystartować mimo choroby, że jest to mój osobisty rekord, że spotkałem wspaniałych biegaczy, którzy mnie nie zadeptali w Łazienkach, tylko pomogli wstać. Czułem się częścią wyjątkowej dla mnie pod każdym względem imprezy. Dziękuję wszystkim, którzy stworzyli ten bieg – biegaczom, organizatorom i kibicom – widzimy się za rok w tym samym miejscu.”

Marek Reszka

Można powiedzieć, że wszystko zaczęło się od „O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu” Murakamiego. Wtedy to poczułem, że w bieganiu jest coś głębszego.
Mam na imię Marek, lat 27 i jestem po swym pierwszym półmaratonie. Bardzo ważnym biegu, który wiele mnie nauczył. Ale o tym później. Rano w sobotę dowiedziałem się, że jadę sam. Kolega skręcił kostkę dnia poprzedniego na lekkim rozruchu. Co za pech! Jako, że jestem z Lublina, musiałem wsiąść do wcześniej zarezerwowanego busa i dojechać na miejsce, odebrać pakiet i pójść wcześnie spać. Po dojechaniu do centrum i posileniu się w Złotych Tarasach udałem się na stadion celem odebrania pakietów. A tam? Wielkie poruszenie! Rolkarze skaczący pod niebo i robiący jakże skomplikowane figury! Setki osób z białymi workami. Expo z najnowszymi biegowymi produktami. Wszyscy uśmiechnięci i poruszeni.
I właśnie wtedy dotarło do mnie, że jutro będę biegł. Pierwszą połówkę. Czy stresowałem się? Chyba nie. Bo przecież czym się stresować? Przygotowany byłem, treningów nie odpuszczałem. Z uśmiechem, śpiewając w myślach „Bieg bieg, rwie serce do galopu” (tak w myślach, bo przecie głos marny) i dzierżąc swój pakiet, udałem się na miejsce noclegowe.
A tam, wraz ze znajomymi rozmowy o biegu, o dojeździe na start, kolacja i spanie.

To nic że przestawiłem zegarek o godzinę do przodu. Zadzwonił godzinę przed właściwym czasem… (sick!) Bałem się wcześniej, że w dzień startu od samego rana będę się stresował. Ale nie tego dnia. Rozpierała mnie mega pozytywna energia. Po zjedzeniu pożywnej owsianki z bananem i spakowaniu się, ruszyłem stronę stadionu. A tam tłumy. Tysiące biegaczy nerwowo oczekujących na start, przebierających się. Każdy truchta, rozciąga się, podskakuje. Czuć było w powietrzu nerwowe oczekiwanie na start. Każdy już chciał dać upust nagromadzonej energii. To widać w oczach biegacza. A ja nadal zastanawiam się gdzie się ustawić, za którym zającem. Czy 1:45:00 czy 1:40:00? Niby niewielka różnica.
Ale na długim dystansie każde sekundy się liczą przecież. Decyzja podjęta. Ustawiam się za balonikami na 1:45:00 – co było planem minimum. Myślę sobie, że dam radę przyspieszyć.
Tylko kiedy, w którym momencie?! Strzał! To już, ta chwila. Powoli idący tłum, bo przecież na starcie stanęło 11,5 tysiąca biegaczy, podążał ku linii startu. Kilka minut później przy właściwym tempie biegu mija mnie Piotr Stanek. Jeden z zajęcy na godzinę i czterdzieści pięć minut. Niewiele myśląc postanawiam trzymać się u jego boku. Bo przecież udzielał mnie, nie tylko zresztą mnie, cennych rad na internetowej grupie założonej na Facebooku. I tak u boku Piotra mijały mi kilometry. Dużo gadaliśmy. Naprawdę dużo. Ale dzięki tym rozmowom człowiek nie myślał aż tak bardzo o małym kryzysie, który dopadł mnie przed tunelem na Wisłostradzie. Ten zagrzewający krzyk setek gardeł! I wtedy przyszła myśl: Jest dobrze!
Nogi świeże, brak zadyszki. Przecież się dobrze przygotowałem. Jest moc!

Po lekkim podbiegu, przed Łazienkami Królewskimi wciągam żel. Przyda się dodatkowa energia na Agrykolę. Aż człowiek miał chęć urwać się Piotrkowi 😉 Z lekkimi obawami postanowiłem zobaczyć jak będę się czuł po podbiegu i ewentualnie wtedy mu ucieknę.
I wtedy jeden z biegaczy powiedział: „Zobaczymy kto teraz okaże się chłopcem a kto mężczyzną!”. Po wybiegnięciu z Łazienek i skręcie na ten podbieg byłem nim zaskoczony.
Na „obrazkach” wydawał się bardziej stromy. Przyzwyczajony do lubelskich górek, mijaliśmy
z naszą grupką kolejne osoby. Po tym podbiegu moje nogi były nadal świeże. Przecież robiłem podbiegi, ciągnąłem oponę. Robiłem biegi tempowe, interwały. Przed samą połówką zdążyłem zrobić siedem długich niedzielnych wybiegań po ponad 30km. I wtedy coś we mnie zawrzało. W mojej głowie pojawił się głos: „Mogłeś pobiec szybciej”. Na Alejach Ujazdowskich urywam się Piotrkowi. Przyspieszam o około 30 sekund na kilometr i tak lecę już do samej mety. Ostatnie kilometry mijają mi z bananem na twarzy. Przybijam piątki, karmię się energią kibiców, których zresztą nie brakowało na całej trasie. Jest i meta. Upragniony medal na szyi. W lekkim oszołomieniu padam w ramiona znajomym i gratulujemy sobie ukończenia biegu.
Po podejściu przed stadion odwracam się i dopiero teraz widzę ogrom tych wszystkich osób. Nigdy nie widziałem takiej ilości osób w jednym miejscu. W lekkiej euforii pobiegowej zaczynam tańczyć i żartować. Pamiątkowe fotki i pierwsze przemyślenia. Powrót do szatni, zupa i odpoczynek.

Powrót do Lublina busem i rozmyślanie. Lekko zły na siebie kalkuluję. Bo przecież 1:43:12 plasuje mnie na około 2500 pozycji w ogólnej klasyfikacji wśród wszystkich 11500 osób.
To bardzo dobry wynik w debiucie. I od razu życiówka 😉 Jaki jest morał mej historii?
Wierzyć w swoje możliwości. Owoc tego biegu? Jeszcze większa motywacja do dalszych treningów. Kończąc moją relację z biegu chciałbym podziękować Piotrkowi za zającowanie i dobrą robotę, którą wykonał. Bartkowi M. za cenne rady treningowe. Michałowi, Kubie i Vitalijowi za wspólne bieganie. Wszystkim znajomym za krzepiące sms’y i wsparcie, które odczuwałem. A w szczególności wielkie dzięki dla KK za wiarę we mnie. Keep passion alive!”

Dziękuję Wam za podzielenie się wrażeniami z biegu.

Marcin, kolejny biegacz z grupy, na swoim blogu napisał relację z tego biegu.

Send to Kindle

3 thoughts on “9 Półmaraton Warszawski relacje – post gościnny

  1. Po pierwsze primo, złota myśl Marka: “Wierzyć w swoje możliwości”. Po drugie primo, złota myśl Damiana, która nie ukrywam dała mi dużo do myślenia: “Więc i ja wydrukowałem sobie taką opaskę z planowanym czasem na mecie 1:37:00. Zastanawiałem się czy to nie jest zbyt optymistyczna wersja…czy stać mnie na takie bieganie… W końcu uznałem, że dopóki nie spróbuję to się nie dowiem!”. GRATULUJĘ wspaniałych wyników, wspaniałych postaw życiowo-biegowych, oraz wspaniale czytających się relacji.

  2. Gratulacje dla Wszystkich uczestników PMW! Gratulacje za wyniki, za emocje i za umiejętność podzielenia się nimi z nami! Myśli biegaczy, którzy opisali swoje wrażenia z biegu, to lektura obowiązkowa przed maratonami! Czytajmy, cieszmy się ich radością i energią, kumulujmy! Zamierzam to wszystko wykorzystać już w niedzielę!! Gdyby moja głowa chciała mi wmówić, że dalej nie dam rady, to mam nadzieję przypomnieć sobie Waszą radość, swoją radość i pomyślę o tej radości, której jeszcze nie znam. Powodzenia dla wszystkich biegaczy. Czekam na kolejne relacje z super biegów, nie tylko w formie postów gościnnych 😀

  3. Pingback: 9 Półmaraton Warszawski | Bezgranicznie oddany

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *