Szczęście debiutanta – post gościnny

Szczęście debiutanta,

mam w roboczych post o “szczęściu debiutanta”. Tak zwykłem określać i sam fakt debiutu
i fakt odczuwania jak największej satysfakcji i radości z debiutu.
Debiut może dotyczyć kilku przypadków m.in. pierwsze bieganie, pierwsze zawody, pierwszy półmaraton czy maraton. I nie da się tego powtórzyć.
A satysfakcja to po prostu zadowolenie z siebie i radość. Warto dobrze wspominać debiut,
bo to ważny moment. Ja do tej pory pamiętam swoją radość na mecie pierwszego maratonu: sprint do mety (mam super zdjęcie z niego), brak większego zmęczenia oraz taniec po.

Czytelniczka bloga postanowiła, za moją namową, podzielić się z Wami relacją ze swojego debiutu. Słuchając relacji stwierdziłem, że doskonale odzwierciedla to co zwykłem określać “szczęściem debiutanta”. Oto, za zgodą, relacja szczęśliwej debiutantki – miłej lektury.

Szczęście debiutanta, debiut szczęściarza, a może sto procent szczęścia 🙂

Każdy z tych tytułów idealnie pasuje do mojej relacji z pierwszego w życiu maratonu.
To był bieg idealny. Taki, w którym zrealizowałam wszystkie swoje założenia.
Po pierwsze przebiegłam maraton – przebiegłam od startu do mety każdy z 42 195 metrów.
Po drugie zrobiłam to w wyznaczonym sobie czasie – 4,5 godziny (czas netto na mecie: 4:30:10) i po trzecie – po maratonie kocham bieganie tak samo jak przed i nie mam z tego biegu żadnych złych wspomnień.

Mam na imię Joanna, biegam od dwóch i pół roku i właśnie przebiegłam swój pierwszy maraton. Myśl o nim wykiełkowała w mojej głowie w okolicy sierpnia ub. roku.
Chciałam się sprawdzić, postawić sobie w życiu nowy cel i go zrealizować, ale przede wszystkim chciałam poczuć tę bezgraniczną radość i dumę jaką czułam zdobywając Mont Blanc czy Elbrus, a które później gdzieś zgubiłam. Początkowo myślałam o debiucie
w Budapeszcie w październiku, ale argumenty moich łódzkich przyjaciół sprawiły, że tuż przed Sylwestrem korzystając z przewidzianej w regulaminie najniższej opłaty startowej wpłaciłam 80 złotych i cierpliwie czekałam na nadanie numeru startowego. I go dostałam – 1146.
Trzy miesiące przygotowań minęły zdecydowanie zbyt szybko. Im bliżej startu tym częściej uświadamiałam sobie czego nie zrobiłam. Bo przecież mogłam zrobić więcej długich wybiegań, więcej podbiegów, więcej i więcej… Znacie to uczucie z czasów studenckich,
kiedy szliście na egzamin doskonale wiedząc, które rozdziały ominęliście i czego się nie nauczyliście? Z taką myślą jechałam w piątkowy wieczór do Łodzi. Jedyne co w takiej sytuacji można zrobić to … nie myśleć.

Na łódzkim dworcu czekał na mnie Michał, ubrany w koszulkę biegową łódzkiego maratonu. Zdążył już odebrać numer startowy i zwyczajnie nie mógł się oprzeć, by zamanifestować swoją radość ze zbliżającego się maratonu. Dla niego to też miał być debiut – debiut
w maratonie miejskim. Sobota minęła nam na jedzeniu (pyszne śniadanie, suflet czekoladowy
i ogromna porcja makaronu), odbieraniu pakietu startowego i poznawaniu trasy.
Michał, który trasę znał na pamięć był moim przewodnikiem po Łodzi.
Dzięki tej samochodowej wycieczce doskonale wiedziałam, że pierwszy podbieg
czeka mnie na piątym kilometrze, a w Łagiewnikach tych podbiegów będzie nawet kilka.
Z radością odnotowałam jednak także długie zbiegi. Najtrudniejszy odcinek to 23 km.
z długim, choć nie zbyt stromym podbiegiem. Później jeszcze jedna górka, a właściwie jej połowa i druga część trasy już płaska, a nawet lekko w dół. Dzień później ta wiedza okazała się bezcenna! Po wieczornych rytuałach biegacza, czyli przygotowaniu stroju biegowego, numeru startowego i niezbędnych drobiazgów poszliśmy spać. Denerwować zaczęłam się dopiero rano. Na szczęście! Bo dzięki temu spałam prawie 7 godzin.

Moja taktyka na ten bieg to spokojnie przebiec półmaraton – dystans, który biegałam wielokrotnie i z którym bez problemu powinnam sobie poradzić. Później kolejne pięć kilometrów – 26 to tyle ile przebiegłam na treningu. Kolejny etap to dobiec do okrągłej trzydziestki. Zostają jeszcze dwa odcinki po 5 kilometrów (łatwo mogę je sobie porównać
z odcinkami, które biegam na treningach). A później tylko „wisienka na torcie” i meta.
W głowie mam przygotowanych kilka trików i haseł na maraton. Po pierwsze – nie myślę,
że to maraton, bo samo słowo może przerażać. Zamiast tego powtarzam sobie, że to moje święto. Po kilku miesiącach ciężkiej pracy czas na świętowanie. NIE myślę ile to kilometrów,
a po każdym przebiegniętym NIE liczę ile jeszcze do końca. I rada, którą dostałam na czas ewentualnego kryzysu – noga za nogą, noga za nogą…

Najważniejszy i najpiękniejszy dla mnie bieg rozpoczął się dokładnie o godzinie 9:00.
Rozległ się sygnał do startu i ruszyłam wraz z grupą prowadzoną przez pacemakerkę na 4:30. Wiedziałam jaka jest jej taktyka – stałe tempo na każdym kilometrze, wolniej pod górkę
i odrobinę szybciej z górki. Pogoda idealna (słońce, chmury, 10 stopni, lekki wiatr).
Endomondo co prawda oszukiwało mnie na początku trasy i skracało kilometry,
ale doświadczona biegaczka prowadziła naszą grupę konsekwentnie. Biegniemy i przy okazji zwiedzamy Łódź – Manufaktura, ulica Piotrkowska, Teatr Powszechny… wreszcie wybiegamy za miasto. Dobry humor nie opuszcza grupy, pokrzykujemy, pozdrawiamy kibiców, machamy do kierowców, pozujemy operatorowi ogólnopolskiej telewizji (mam nadzieję, że wykorzystał te zdjęcia!). Energii mamy mnóstwo, za nami pierwsza dziesiątka. Kolejną wspominam jako wyjątkową. Tempo, które nie pozwala mi się zmęczyć, pozwala w pełni cieszyć się biegiem
i towarzystwem. Rozmawiamy i żartujemy. Na czternastym kilometrze mam taką radość na twarzy, że mam nadzieję, że uwiecznił to któryś z fotografów. Kolejne górki nie są męczące,
za każdą przecież jest z górki, a pacemakerka pilnuje bym nie zaczęła biec zbyt szybko.
Ileż to razy słyszałam: Asia zwolnij! Po drodze kilka zorganizowanych grup kibiców –
a to uczniowie łódzkich szkół, a to zespół pieśni i tańca, a to członkowie klubu jeździeckiego.
I tak mija półmaraton. Z tą tylko różnicą, że nie ma znanej mi z tego dystansu mety, a ja wciąż czuję, że mam zapas sił. Przygotowana psychicznie na najtrudniejszy i najdłuższy na trasie podbieg pokonuję 23. km. Na szczycie – punkt z wodą. Nie da się ukryć – zaplanowany w idealnym miejscu. Zaczynam też podjadać rodzynki, które ze sobą zabrałam, bo banany i żel będą dopiero na kolejnych punktach. Wracamy do centrum miasta. Zaczynam odczuwać,
że to już druga połowa – nogi robią się ciężkie, bananowy uśmiech ustępuje miejsca skupieniu, wypatruję kolejnych znaków i wolontariuszy z izotonikiem, bananami i wodą. Zmieniają się towarzysze biegu przy moim boku, ale z każdym udaje się zamienić kilka zdań.
Mijają kilometry… noga za nogą… Wsłuchuję się w siebie, w to co podpowiada mi moje ciało, głowa… czy nic nie boli, czy nie chce mi się pić, czy nie jest zbyt zmęczona.
Z radością odnotowuję, że nic co mogłoby pokrzyżować moje plany się nie dzieje.
W pewnej chwili do moich uszu dociera moje własne imię. Przez muzykę przebija się okrzyk – biegnij Asia, biegnij! To ktoś zupełnie mi obcy wypatrzył na numerze startowym moje imię
i postanowił dodać mi otuchy. Bardzo za to dziękuję. Im bliżej mety tym wprost proporcjonalnie rośnie liczba takich właśnie kibiców. Jakby wiedzieli, że zawołanie po imieniu może wyzwolić dodatkowe siły. Wreszcie czas zmierzyć się z czwartą dziesiątką, czyli zgodnie z moją taktyką z dwiema piątkami. Z zadowoleniem obserwuję, że na pierwszej tempo wciąż mam stałe, a mój własny mózg nie próbuje skusić mnie maszerowaniem. Jestem zmęczona,
ale wciąż mogę biec, im bliżej czterdziestego kilometra tym wolniej, ale wciąż biegnę.
I wygląda na to, że w tym tempie, choć już ponad 200 metrów za pacemakerką, zmieszczę się w wyznaczonym sobie czasie. Coraz częściej mijam maszerujących biegaczy. Tuż przed tabliczką z 41. km doganiam jakiegoś biegacza i … zachęcam do biegu ze mną. Chyba potrzebowałam towarzystwa na ten ostatni odcinek. Jak się okazało biegnę też z debiutantem. Po drodze podrywamy jeszcze jednego biegacza i wspólnie pokonujemy kilkaset metrów. Już wiem, gdzie jestem!! Duże skrzyżowanie przy Atlas Arenie, skręt w lewo i do mety.

Okrzyki kibiców, że to już końcówka, sprawiają, że przyspieszam. Zbiegam w kierunku bramy. I nagle robi się ciemno, a drogę do mety wskazuje szpaler utworzony przez światła lamp. Czuję się jak zwycięzca! Na ostatnich metrach dociera do mnie jeszcze wołanie moich przyjaciół i nie mam już żadnych złudzeń, że zrealizowałam swoje marzenie. Na szyi medal,
a mnie łzy szczęścia płyną z oczu! To właśnie szczęście debiutanta i szczęśliwa debiutantka.
A potem już zdjęcia, uściski, radość i świętowanie.

Tego biegu nie byłoby, gdyby nie kilka osób. Autorzy bestsellerów na końcu swoich książek zamieszczają zwykle długą listę podziękowań. Moja też jest długa, ale oszczędzę Wam czytania. Tego biegu nie byłoby bez przyjaciół, bliższych i dalszych znajomych – bez ich wsparcia, motywacji, życzeń (np. kurczak śpiewający „jestem zwycięzcą” na melodię „We are the champions”) i pomocy organizacyjno-logistycznej. Tego biegu nie byłoby bez pacemakerki na 4:30 – Izabelli Moskal, która motywowała do biegu, a kiedy trzeba skutecznie studziła moje zapędy przyspieszenia na zbiegach. Last but not least – tego maratonu nie byłoby bez autora tego bloga. A może by był, tylko w poniedziałek rano wyrzuciłabym buty biegowe 😉

A Wy jak pamiętacie swój pierwszy raz, i w maratonie i inne biegowe?

Send to Kindle

10 thoughts on “Szczęście debiutanta – post gościnny

  1. Dość dobrze :). Choć ostatnie 7 km to był mały struggling, który nie nakazywał mi więcej iść niż biec. Skończyło się na 4:10:19. W Łodzi krok do przodu, bieg na pełnym dystansie i wynik 4:02:41. Do trzech razy sztuka!!! 🙂

  2. o, pierwszy maraton to było coś! z jednej strony morderczy wysiłek, z drugiej totalna magia – obecność świetnego człowieka, który w zasadzie przez całą trasę mnie przeprowadził (i tak z obcej osoby stał się dobrym aż do dzisiaj – a to prawie trzy lata – znajomym), i ogromna radość na mecie (w euforii podobno przez dobre kilka minut przybijałam wszystkim piątki, czego zbyt bardzo nie pamiętam) z poczuciem mocy, że wszystko jest możliwe!
    p.s. Świetna relacja i świetny debiut!

  3. Pingback: Cześć :) | Asiaprosto

  4. ja debiutu na maratonie nie zapomnę. nawet nie tyle debiutu, co raczej katorgi w marsylii. kilka czynników się na to złożyło: 24h w aucie, po dotarciu na miejsce szampany wieczór przed maratonem (bo w końcu jak można we francji odpuścić?), żywienie nie takie jak należy, temperatura wysoko powyżej spodziewanej, górki na trasie też zrobiły swoje. a no i zapewne miesiąc zupełnie bez biegania wynikający z kontuzji, która oczywiście wróciła w biegu. do 13km było w porządku. wtedy wróciła awaria stopy, potem jeszcze kurcze w udach. no i za bardzo przycisnąłem w pierwszej połowie. pomimo czasu 3.35 nie zaliczam sobie tego maratonu. były momenty, że nie dałem rady biec. był kryzys gdy wszedłem do tojtoja i nie miałem siły w nogach żeby wstać – bałem się, że tam zostanę. po dobiegnięciu do mety (udało mi się ostatnie 4km przebiec bez przerw) padłem wyczerpany i nie umiałem chodzić normalnie przez tydzień. a dokładnie po tygodniu dobiłem się półmaratonem hehe.
    ale od tamtej pory wiem trochę więcej i drugi (jak na razie ostatni miejski) maraton poszedł mi zdecydowanie lepiej. ale czy w paryżu mogłoby pójść źle?

  5. Piotrze – podoba mi Twoje określenie maratonu jako święta – super podejście a Joasia fajnie rozłożyła mentalnie w głowie dystans 🙂 Dziękuję za linka :) A Joasi gratuluję udanego debiutu 🙂

    • Małgosiu
      właśnie Asia to mocno zaakcentowała – po czasie często trudnych przygotowań czas na świętowanie. W końcu to jest święto, bo na ten bieg czekaliśmy (i przygotowywaliśmy się).
      Rozłożenie w głowie dystansu jest ważne, sam tak robię.
      Dziękuję, przekażę Asi.

  6. Poczułam się jakbym tam była… Jako, że jestem łodzianką, łatwo mi było sobie wyobrazić miejsca o których pisałaś, a też emocje zmęczonego biegacza są mi znane… Pozdrawiam!

Skomentuj, bo Twoja opinia jest mile widziana :)