Bez znieczulenia – relacja Asi z maratonu z Paryża.

Uważaj o czym marzysz… marzenia się spełniają (choć nie same!).

Gdyby rok temu, tuż po moim debiucie w maratonie w Łodzi, ktoś powiedział mi, że
w kwietniu 2015 r. pobiegnę po raz trzeci 42 km w mieście nad Sekwaną, to zwyczajnie zaczęłabym się śmiać. To przecież nierealne i dla żartu a może kusząc los zapisałam się na losowanie. W jakim byłam szoku końcem kwietnia, gdy w mojej skrzynce mailowej wylądowała wiadomość zatytułowana „L’inscription c’est maintenant!”. Omal jej nie skasowałam myśląc, że to spam. I tak o to rok później 10 kwietnia 2015 r. odebrałam pakiet startowy a dwa dni później stanęłam na starcie. Zapowiadał się piękny, słoneczny i ciepły dzień… za ciepły.
W Polsce jeszcze na początku tygodnia biegałam w zimowych ciuchach, a dziś krótkie spodenki i najcieńsza koszulka.

To był mój trzeci maraton, ale pierwszy który przebiegłam sama i bez znieczulenia.
Sama – bo obawiając się wzrostu temperatury nie czekałam na start pacemakerów na 4:15:00, bez znieczulenia – pierwszy raz pobiegłam bez muzyki a za to z własnymi myślami. Sama musiałam pilnować tempa – a mam tendencja do wyrywania na początku. Tylko ja mogłam powiedzieć sobie – zwolnij. Brak muzyki też był dla mnie zupełną nowością. O ile przez połowę dystansu podziwiałam Paryż, cieszyłam się kibicami i słuchałam muzyki na różnych punktach, o tyle gdzieś w okolicach 30. km musiałam zacząć sobie radzić ze swoim prywatnym Gremlinem. A ten był wyjątkowo złośliwy tego dnia.

Jako biegacz lubiący niskie temperatury już od początku biegłam z własną wodą. Co kilometr to łyk, a nawet dwa małe. W ten sposób na pierwszym punkcie odżywczym ominęła mnie walka przy stołach, a ja widząc znaki przygotowane przez organizatorów ustawiłam się po przeciwnej stronie wodopoju. I pobiegłam dalej. Luwr, Bastylia i piękny Lasek Vincennes. Maraton to cudowny sposób na zwiedzanie Paryża. Tu strażacy nad drogą, tam bębniarze,
a za rogiem orkiestra dęta. Na 9. km dostałam jeszcze motywacyjnego klapsa od najlepszego kibica Piotra (który tego dnia przejechał trasę biegu metrem, towarzyszył mi w 5 punktach,
a ja biegłam od spotkania z nim do spotkania) i nagle zapadła cisza. Wybiegliśmy z miasta
i zamiast kibiców usłyszałam miarowe szur szur szur i sapanie. Jeszcze nie zdawałam sobie sprawy, że po kilkunastu kilometrach biegu w słońcu w twarz miałam już piękną paryską opaleniznę. Na 10. km wymieniłam butelkę z wodą na nową, pięć km później złapałam garść rodzynek i zadowolona dobiegłam do półmetka. Tu jeszcze marzyłam o spektakularnej życiówce, biegłam praktycznie zgodnie z planem i czułam się dobrze. Złapałam oddech na delikatnym zbiegu i wraz z kolorowym tłumem pobiegłam wzdłuż Sekwany. O tych głębszych oddechach zgodnie z zaleceniem trenera, przypominał mi każdy turysta wykrzykujący moje imię. Allez Joanna! Allez!

Tu udało mi się wypatrzyć w tłumie troje Polaków – najpierw dzięki charakterystycznej biało-czerwonej koszulce, a kolejne osoby dzięki strojom z polskimi logotypami.
Ostatni z zaczepionych nawet podniósł moje morale, mówiąc, że nie da rady biec ze mną, bo za szybko.Jeszcze przed 30. km mijam sporo biegaczy, którzy już przeszli do marszu i choć sama wypatruję znaków zwiastujących kolejny kilometr, kolejną milę i zajmuję mózg żmudnymi obliczeniami, jeszcze wydaje mi się, że upragniona życiówka poniżej 4:15:00 jest w moim zasięgu.

Kolejne spotkanie z Piotrem wyznaczone jest za 32. km, postanawiam więc biec od spotkania do spotkania. Ale zwalniam, może nieznacznie ale suma wielu sekund przełoży się w końcu na walkę na ostatnich dwóch kilometrach o poprawę PB. Od 35. km mam wrażenie, że boli mnie już każdy fragment ciała. Najpierw zaczynam czuć mięśnie ud – bolą i to solidnie, a za chwilę w Parku Bolońskim moje stopy natrafiają na kocie łby. Też boli! I jaką wielką pokusą są ci wszyscy biegacze, którzy zwyczajnie idą do mety. Może by tak do nich dołączyć? Po co tak biegniesz? Przejdziesz sobie 7 km i też dostaniesz medal… to mój gremlin dochodzi do głosu. Już nie podziwiam Paryża, nie rozglądam się po Parku…

Zamiast słuchać podszeptów wyprzedzam kolejnych biegaczy, oni idą – ja wciąż biegnę. Nawet jeśli od czasu do czasu wyję pod nosem z bólu to jednak biegnę. 36 km i wycie.
37 i znowu wycie. Nie jestem mięczakiem, rzadko przyznam się, że boli a teraz jest mi wszystko jedno. Biegnę i jęczę. Gdzie ten kolejny kilometr… Cztery kilometry do mety, to przecież nie jest nawet moja trasa do Dębowca i z powrotem, a tu dłuży się niemiłosiernie! Gdzie ten Łuk Triumfalny (co za ironia z tą nazwą!) Wreszcie jest 40. km. Żeby sprawdzić czas zerkam na Endomondo i szybie obliczenia wskazują, że czas przyspieszyć, bo życiówka umknie mi sprzed nosa. Jęczę pod nosem i przyspieszam. Wiecie jak to jest nie znać francuskiego a jednak świetnie zrozumieć organizatora, który krzyczy – jeszcze tylko 400 metrów?! No to szybko, 400 metrów i będzie po bólu. Wreszcie zza zakrętu wyłania się zielona brama mety. Tuż przed nią wyprzedzany biegacz postanawia przybić piątkę kibicowi i myślę, że zrozumiał mój polski komentarz! Nareszcie mogę iść. Po co mi to było! Nogi sztywne, wszystko boli, życiówka jest ale nie taka jak miała być… No dobra, mam fajną koszulkę finishera, poszpanuję w Bielsku-Białej. Tak, tak to wszystko mam w głowie. Żadnej euforii znanej mi z Łodzi, żadnych endorfin i znieczulenia. No meta, jak meta. I nagle jeden z wolontariuszy wyciąga do mnie rękę z medalem a jak znowu mam łzy na policzkach. To po to! Po ten piękny złoty krążek, który nie jest już za szybką, ale na mojej szyi, to za te przebiegane kilometry na treningach, za pokonane lenistwo, za przebiegnięty każdy metr tego maratonu, za walkę ze słońcem, zmęczeniem i chęcią poddania się.

A że mam niedosyt… i jestem ambitna… już wieczorem przy winie szukałam maratonu na październik. Katowice, Poznań czy może jednak Budapeszt? No bo Wiedeń wiosną 🙂

Maraton w Paryżu nauczył mnie kilku rzeczy – jestem twarda sztuka. Mogę pobiec taki dystans sama, przez ponad 4 godziny ze swoimi myślami. Wiem, że chcę biegać szybciej – trochę za późno zaczęłam. I może nie ma się co spinać na spektakularne efekty… w końcu rekordu świata nie pobiję, a własne dają mi wystarczająco dużo satysfakcji. I wciąż lubię biegać, nie zarzekam się, że nigdy więcej…

Aha, a do paryskiego metra powinno być więcej wind i schodów ruchomych 😉

This slideshow requires JavaScript.

 

Send to Kindle

2 thoughts on “Bez znieczulenia – relacja Asi z maratonu z Paryża.

  1. Pingback: Hajrá Asia, hajrá! | Asiaprosto

Skomentuj, bo Twoja opinia jest mile widziana :)