PMS, czyli syndrom przedmaratoński – felieton gościnny

Tym razem zapraszam na felieton. Zatem będzie z mocnym przymrużeniem oka, czasem ironicznie, z przejaskrawieniami i podkoloryzowaniem. Jednocześnie ciągle w temacie.
Taka natura felietonu 😉

A temat ważny. Bo dotyczy PMS (Pre–marathon syndrome) czyli syndromu przedmaratońskiego. Autorem pojęcia jest Joan Benoit Samuelson. Tim Noakes w Lore of Running wspomina, że maratończyk przed ważnym upragnionym biegiem jest jak na ostrzu noża. Przytacza historie biegaczy, którzy wyłączają się na różne sposoby z życia publicznego, aby tylko nic nie zakłóciło ich przygotowań i formy.

Autorem tego felietonu Joanna Kurek. Miłej lektury 🙂

PMS czyli syndrom napięcia przedmaratońskiego oczami postronnej, choć też biegaczki.

Maratończyk gromadzi energię

Maratończyk przed maratonem jest niczym piłkarz na Mundialu… Unika więc najmniejszego, zbędnego wysiłku a całą swoją energię kumuluje, by wykorzystać ją w godzinie „0”.
Spacer – tylko na ławkę w parku zdrojowym, zakupy – tylko dlatego by starczyło pieczywa na śniadanie, wizyta w biurze zawodów – no tak, bez tego się nie obejdzie. Na szczęście przyszły maratończyk wie, że seks to także endorfiny, a te na wieczór przed startem łagodzą objawy stresu.

Maratończyk zdrowo się odżywia

W domu maratończyka pachnie cebulą i czosnkiem. Maratończyk chucha na siebie i dmucha. Nie zaśnie bez tradycyjnej kanapki z ząbkiem czosnku. A do wszystkich potraw najchętniej jadłby cebulę – bogatą w witaminę C. Przed maratonem wzrasta więc w kraju spożycie czosnku, a najbliższe otoczenie biegacza oswaja się z charakterystycznym zapachem.

Maratończyk sypia jak dziecko

Osiem godzin snu to podstawa. Ostatni tydzień przed maratonem to czas regeneracji. Maratończyk je, śpi i odpoczywa. Skrupulatnie wylicza, o której powinien się położyć,
by budzik zadzwonił po ośmiu godzinach. Chcesz czy nie, o godzinie 22.00 najczęściej gasi światło i pada komenda – śpimy. A w ciągu dnia maratończyk leżakuje.
Kanapa jest więc non stop gotowa do drzemki – poduchy służą nie do opierania się, ale pod nogi, dla lepszego relaksu.

Nieustające pasta party

Tydzień przed maratonem menu dostosowane jest do potrzeb biegacza.
Czyli w poniedziałek makaron, we wtorek makaron, w środę makaron… A ty kobieto wymyślaj atrakcje do tego makaronu. To rzeczywiście niezły test kreatywności. Na szczęście łasuch biegacz da się namówić także na bogate w węglowodany racuchy. Godzina smażenia,
a biegacz pochłania kolejne porcje. Przy dwunastym traci rachubę. A, że osiągnął już wagę startową, Ty kobieto pilnuj go, by nie przytył. Czyli odwieczna zagadka jak by tu mieć ciasteczko i zjeść ciasteczko 🙂

Ostatnie godziny do startu

Nastaw budzik, przypilnuj, żeby wstał na czas, podaj kawę, zrób śniadanie – zgodnie
z zamówieniem, przypilnuj wizyty w toalecie, odpytaj czy ma wszystko i wspieraj, wspieraj, wspieraj. Gdy czas przygotowań do startu się kurczy – czas na radykalne metody. Jeszcze chwila i sama będę musiała pobiec ten maraton 😉

Upragniona meta

Tutaj najwierniejszej z fanek zabraknąć nie może. Już na pół godziny przed spodziewanym czasem stoi na mecie. Wytęża wzrok wypatrując różowej koszulki. Na wszelki wypadek cyka fotkę każdej różowej koszulki. I wreszcie jest – pamiętaj kobieto ustaw program na sport,
bo najważniejsze zdjęcie musi być ostre jak żyletka. Już za chwilę trafi przecież na fejsa,
a finisher będzie liczył lajki i odczytywał kolejne komentarze z gratulacjami.

Uff zdążyłam! Choć na taką życiówkę mnie nie przygotował! Za to moje wsparcie docenił sam komentujący bieg. A teraz kolejne formy wsparcia – woda, izotonik, jedzenie, woda, izotonik… do potęgi n. I nieśmiertelne pytanie – co jutro jemy…

Maraton, maraton i po maratonie

I teraz kobieto myślisz zapewne, że odpoczniesz… koniec okresu napięcia przedmaratońskiego, biegacz dotarł do mety i pełnia szczęścia! Nic z tego – teraz zaczyna się okres napięcia… pomaratońskiego. Głodny, spragniony, zmęczony… więc nakarm, napój, pomasuj, podziwiaj i podziwiaj.

Ufff… kiedy on biegnie swój maraton ja też mam czas na bieganie. Tym razem dyszka, ale jaka piękna. Zielono wokół, pod górkę więc i pomyśleć można. Zaraz, zaraz… kiedy to kolejny maraton? A… w październiku! Tylko tym razem to ja biegnę czyli za pięć miesięcy mój okres napięcia przedmaratońskiego 😀


A jak to wygląda u Was? Coś podobnego u siebie widzicie, albo macie inne objawy?
Podzielcie się nimi w komentarzach. Zapraszam 🙂

Send to Kindle

5 thoughts on “PMS, czyli syndrom przedmaratoński – felieton gościnny

  1. W kontekście szukania równowagi energetycznej wspomnianej w pierwszym akapicie, warto podjąć w osobnym artykule/felietonie temat utraty białka w relacjach damsko męskich w noc poprzedzającą start i wpływ tegoż zachowania na wyniki. Może warto zebrać jakąś partię ochotników i wykonać pomiary? 😀

    • Tomku
      w mojej skarbnicy biegowej wiedzy, czyli wielokrotnie tutaj przywoływanym Lore of Running jest krótki wątek na temat seksu przed bieganiem. Noakes napisał, że pomimo atrakcyjności aka zainteresowania tą sprawą w środowisku biegaczy temat budzi małe zainteresowanie badaczy 😀 Trzeba samemu testować 😉
      Choć jedno jest – na maratonie londyńskim badana grupa zawodników, która uprawiała seks noc przed pobiegła średnio o 5 minut krócej. Tylko to za krótkie na post 😉
      Osobiście myślę, że seks nie ma za dużego negatywnego wpływu. Lepszy jest niż bycie pobudzonym ale nie zaspokojonym całą noc.
      pozdrawiam 🙂

    • Witaj Olu na blogu 🙂
      Dziękuję. A jak sobie radzisz w obu przypadkach?
      Szczególnie jako obserwator?
      Przypuszczam, że podzielając tą samą pasję, jest łatwiej.
      To także wynika z postu, choć to nie reguła, bywa różnie – dlatego pytam.
      pozdrawiam serdecznie, Piotr

  2. Dziękuję Ola 🙂 miło, że tekst Ci się podoba, a to co zaobserwowałam dostrzegają też inni 🙂 Za kilka miesięcy zamierzam sprawdzić na sobie czy też mam takie objawy PMS.

Skomentuj, bo Twoja opinia jest mile widziana :)