Kibicowanie to nie taka łatwa rzecz

Prawie pięć godzin na nogach, czerwone ręce od klaskania i zdarte gardło.

Ale po kolei:

Budapeszt, maraton Asi, jej czwarty. Z dużymi wątpliwościami jak to będzie. Do poczytania o wątpliwościach i przygotowaniach Asi zapraszam tutaj -> Kliknij

I w tym jej przeżywaniu maratonu, entym sprawdzaniu pogody, martwieniu się, kluczową rolę odegrałem ja. Bliska osoba, która rozumie te emocje, i się im nie dziwi. A daje wsparcie psychiczne, tłumaczy detale biegu, podnosi na duchu. To rzeczy niepoliczalne a jakże ważne.

Bieg biegnie się samemu. Fizycznie. Ale głowa takiego biegacza bogatsza o pozytywne emocje albo pozbawiona negatywnych emocji dzięki wparciu bliskich to nieoceniona pomoc na biegu. Zwłaszcza w długich dystansach jak maraton, gdzie głowa zaczyna odgrywać często decydująca rolę.

Moja rola kibica trwała od początku przyjazdu czeskimi kolejami do Budapesztu, na dworzec Keleti. Bo pilnowałem, aby nie chodziła ta Asia za dużo – a jak tu nie chodzić jak takie piękne miasto ten Budapeszt i jak ona lubi chodzić i poznawać nowe. Na szczęście nocleg obok startu i blisko centrum oraz moja determinacja dały rozsądne zwiedzanie miasta. Choć Asia skomentowała, że czuła niedosyt, i że w Paryżu więcej chodzenia było. Cóż zrobić, maraton ważniejszy. Za to dzięki przerwom w spacerowaniu odkryliśmy ławki dla singli 🙂

Piątkowe popołudnie i sobotę przeznaczyliśmy na poznanie miasta z nastawieniem na nie za duży wysiłek. Wieczorem usiedliśmy i zaplanowaliśmy punkty kibicowania. Tym razem Asia nie chciała, abym jej przekazywał żele albo wodę. Moim zadaniem było kibicowanie, czyli po prostu wspieranie na trasie trudnego biegu. Przy takim planowaniu warto mieć wcześniej przygotowany plan miasta, mapę trasy i wiedzieć jak się będzie poruszało między punktami. To ostatnie jest ważne zwłaszcza w obcym mieście, w dodatku z specyficznym językiem. W Budapeszcie postawiłem na metro.

Gdy Asia ruszyła w swój maraton, podobnie jak kilka tysięcy innych biegaczy to ja wyruszyłem przyspieszonym krokiem do zabytkowego najstarszego w Europie metra (1895 r.) na swój maraton kibica.

Maraton kibica, bo aż 9 razy (słownie dziewięć razy) kibicowałem Asi.

Obok oczywiście zaplanowaniu tego, zawdzięczam to poprowadzonej trasie biegu. Umożliwiło to kilka zakładek i punktów stycznych. W Paryżu na maratonie kibicowałem 5 albo 6 razy i poruszałem się piechotą i metrem. W Budapeszcie podjechałem 3 razy metrem, przeszedłem 2x500metrów i raz ok. 2 km.

Co dają takie spotkania na biegu?

Oddajmy głos Asi:

„Mój prywatny kibic na maratonie to kilka zalet. Już na trzecim kilometrze mogłam pozbyć się lekkiej kurtki, która mimo chłodu okazała się zbędna. Zdjęłam ją, wypatrzyłam Piotra i pozbyłam się balastu. Kolejne spotkanie dwa kilometry później to jeszcze zwykła wymiana uśmiechów, machanie ręką. Kolejne zaplanowane spotkania pozwalały mi podzielić trasę biegu na odcinki. Kolejne spotkanie na 15. km – tu jeszcze nie czułam zmęczenia, ale mogłam się pochwalić, że zaczęłam wolno. Zresztą za Mostem Łańcuchowym trasa była tak poprowadzona, że spotkaliśmy się jeszcze trzy razy. Co prawda słyszałam w tłumie kibiców swoje imię, ale to jednak byli tylko obcy ludzie. Kolejne spotkanie już w drugiej połowie biegu – tej trudniejszej. Cel krótkoterminowy: dotrwać do tego miejsca. Krótka wymiana zdań i biegnę dalej. Kolejny etap to prawie 10 km biegu do ostatniego spotkania. Niby tylko 10 km, ale za chwilę przekroczę trzydziesty kilometr, a mózg coraz częściej próbuje mnie namówić do marszu, albo nawet zejścia z trasy. Poddać się nie pozwala mi zwyczajny wstyd –
i świadomość, że Piotr czeka na mnie na 37. km. Stamtąd do mety już tak blisko! Mój maraton biegłam więc od spotkania z Piotrem do spotkania z Piotrem. A na ostatnich metrach przed metą w ogóle się go nie spodziewałam.”

Reasumując to w punkty to korzyści z kibicowania okiem Asi:
– dzielenie sobie trasy na odcinki od spotkania do spotkania,
– oddanie kurtki na ok. 3. km i lepszy komfort biegu,
– poczucie wsparcia,
– możliwość podzielenia się biegiem – mogła powiedzieć mi szybko, że przebiegła pierwszą godzinę zgodnie z planem, czyli nie za szybko 😉 i ja wiedziałem o co chodzi,
– tak, rozmawiała czy raczej wymieniała zdania z biegaczami i kibicami. Ale z mną mogła zrobić to i wiedziała, że rozumiem i to mnie interesuje. Z innymi to był raczej jednostronny kontakt mentalny, bo to były obce osoby.
– proste pytania „jak się czujesz” mówiły jej, że nie tylko ona przeżywa ten bieg.

Wiedziałem, w jakich okresach czasu spodziewać się Asi na umówionych punktach biegowych. Oczywiście wypatrywałem znany mi kolor koszulki. Dodatkowo znalazłem dwie czy trzy charakterystyczne osoby biegnące niedługo przed Asią, które posłużyły mi za znak, że Asia niedługo powinna nadbiec, jak one mi się pojawią. Może się zdarzyć, że na tak trudnym biegu jak maraton, ten sposób może okazać się mylący. Bo ktoś zwolni, złapie go kryzys itp. Dlatego należy traktować to jako jedynie dodatkowy sposób.

A jak tak stałem i czekałem na Asię to co mogłem robić?

Kibicowałem. Wspierałem klaskaniem i okrzykami innych biegaczy. Bo wiem jak to jest ważne dla tych co biegną. Bo sam biegam.

I tutaj w Budapeszcie klaskałem i klaskałem się a chrypa złapała mnie już po pierwszej godzinie. Wypatrywałem biegaczy z Polski i głośno ich pozdrawiałem. A i sporo obcokrajowców usłyszało swoje imię i proste „go go” albo „run run”. I to robiłem prawie non stop, robiąc przerwy na potarcie wierzchu dłoni (było dość zimno) sprawdzenie mapy i czasu i przejścia między punktami.
Próbowałem krzyczeć także po węgiersku, bo bardzo często słyszałem słowo „hajrá” ale po kilku próbach wymówienia zrezygnowałem i wróciłem do polskiego i angielskiego 😉 Podszkolę się następnym razem z narodowych słów dopingujących 🙂

I tak kibicowałem do tego stopnia, że na 37. km, czyli w moim ostatnim punkcie kibicowania na trasie, stojące na ulicy auta zaczęły mi się przesuwać w oczach. Biegacze biegną, ja stoję
a auta się ruszają…

Oj stwierdziłem wtedy w myślach, muszę odpocząć. I to było już po moim cofaniu się wzdłuż trasy i biciu równocześnie braw. A cofałem się, aby mieć te kilkadziesiąt metrów bliżej do metra i aby nie stać na wietrznym skrzyżowaniu.Wtedy poszedłem sobie usiąść na kilka minut. Dopadło mnie zmęczenie, bo nie zadbałem o jedzenie i picie od czasu małego śniadania o 8 rano. A była prawie 2 popołudniu. Przy kibicowaniu lepiej zadbać o coś do przekąszenia
i picia. Dla siebie, nie tylko dla biegnącego.

Za to jak się dobrze złożyło, gdy kilka minut później już śpieszyłem na stację metra po spotkaniu Asi. Przede mną czerwone światło na pasach, a po prawej cukiernia. A ja głodny.
W domu prawie nic do jedzenia, zatem po biegu, gdy Asię odprowadzę, czekają mnie zakupy.
I nie pomyślałem o sobie, oj nie, pomyślałem o Asi i crossaincie dla niej i uzupełnieniu kalorii po biegu. To wpadam do tej cukierni, szybkie „Do you speak English?” A potem w cukierni rozbrzmiewało słowo „two”. Sześć razy 🙂
Ponieważ sześć razy wskazywałem na smakołyki i mówiłem „two please”, jedno dla mnie, jedno dla maratonki. Za to jak cudownie wybrałem dwie bułki z parówką w wspomnianej cukierni-piekarni to cudownie szybko je spałaszowałem. Cudownie, bo nie wiedziałem co kupuję. Przypadkowo je wybrałem.

A na mecie perfekcyjnie zgrałem się z Asią i gdy ona biegła ostatnie kilkaset metrów pojawiłem się ja, zdzierając gardło i pokazując wypchaną reklamówkę z bułeczkami.
Ale w tym amoku finiszowym nie zgadła co za pychoty mam dla niej. Za to spałaszowała je
w domu, a ostatnie kęsy możecie zobaczyć na zdjęciu na dole 🙂

Gdy nie biegniecie to pokibicujcie swoim znajomym, bliskim, obcym biegaczom. Okażcie im swoje zainteresowanie i wsparcie. To małe i proste jak się o tym pisze, ale potrafi robić wielkie rzeczy na trasie.

Wiele razy kibicowałem. I bez brania udziału w biegu i po biegu. Wspierałem klaskaniem i okrzykami innych biegaczy. Wiem jak to wygląda od strony zawodnika. A przynajmniej dla mnie to jest spore wsparcie psychiczne. Gdy kibice biją brawo, dodają słowa otuchy. I ja Wam za to dziękuję. I tu w tym poście i w czasie biegu. Czasem to tylko podniesiony kciuk, bo na więcej nie mam siły. Bo walczę ze zmęczeniem, wysiłkiem i czasem. Ale odwzajemniam wasze wsparcie.

 

Send to Kindle

11 thoughts on “Kibicowanie to nie taka łatwa rzecz

  1. Pingback: Hajrá Asia, hajrá! | Asiaprosto

  2. To ja powinnam napisać pod tym postem pierwszy komentarz 🙂
    Będzie prosto i prosto z serca: DZIĘKUJĘ
    PS. Mam nadzieję, że tekst Piotra się Wam podoba, bo mnie – bardzo 🙂
    PS 2. Życzę Wam biegacze cudownych kibiców 🙂

  3. Tak, pełna zgoda, Piotrze, kibice na trasie są ważni, ich krzyk i doping dodaje skrzydeł, doswiadczyłem tego nie raz, pozdrawiam

  4. Piękny tekst Piotrze- przeczytałam go z łezką w oku. Wiem – jak ważny dla biegacza jest doping i ja też lubię stanąć jako kibic – chociaż czasami ręce bolą 🙂 Dlatego też zawsze doceniam kibicujących:)

    Piękna historia maratonu Asi i Ciebie jako osoby wspierającej – i ten psychiczny podział trasy na odcinki od spotkania do spotkania – niezwykły.

    Cudownie Kochani – z przyjemnością przeczytałam Waszą relację 🙂

  5. Joanno
    dziękuję, jesteś świadomą biegaczką, zatem wiesz jakie to kibicowanie i wsparcie bliskich jest ważne.

    Małgorzata
    dziękuję 🙂 Cieszę się, że relacja Ci się spodobała. Trzeba doceniać kibiców, że im sie chce. Tak jak oni nas doceniają, że nam się chce (biegać) 🙂

    Krunner
    świetnie, że doświadczyłeś tego nie raz.
    pozdrawiam Was serdecznie, Piotr

  6. Czołem. W tym samym miejscu i czasie kibicowalem żonie ktora walczyla na trasie swojego pierwszego maratonu. A ze robiłem to razem z corkami – 2 i 7 lat – to byliśmy jedynie na 3 punktach. Oczywiście z pomoca przyszło metro. W poniedziałek rano robilem interwaly w parku przy start-mecie. Może się mijalismy? Pozdrawiam Krzysiek

  7. Czołem Krzyśku
    gratuluję kibicowania, i to z małymi córkami. Jak małżonka zadowolona z biegu?
    Metro to świetna rzecz. Mogliśmy się mijać w tym parku, ja biegałem 9-10, bo po 11 mieliśmy pociąg.
    pozdrawiam 🙂

    Macieju, dziękuję 🙂 i wzajemnie!
    Piotr

  8. Świetny wpis. Idealnie, chłodnym okiem pokazałeś jak piękne może być kibicowanie, tylko z głową, zaplanowane i dzięki temu dużo bardziej pomocne. No a biegacz wie, jak kibicowanie jest potrzebne 🙂

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *