We are not robots

Dużo czasu minęło od ostatniego wpisu.

Pokrótce pisząc, było to wynikiem szczególnie rozczarowania maratonem, ale błędem byłoby napisać, że to był główny powód. Potrzebowałem czasu, aby napełnić studnię*.
I pozałatwiać swoje sprawy. Bo życie zaskoczyło mnie zmianami. A ja nie byłem na nie należycie przygotowany.

Po wspomnianym rozczarowaniu potrzebowałem odpoczynku. Fizycznego i przede wszystkim psychicznego. Przeanalizowałem oczywiście przygotowania do maratonu. Trzeba było wyciągnąć odpowiednie wnioski i je zaimplementować.

Dla przypomnienia – zrobiłem życiówkę 3.20.50 poprawiając o ok. 6 minut swój poprzedni rekord.
Moją (nie)wielką radość z tego biegu, niech tłumaczy sytuacja, która wydarzyła się na peronie w Łodzi. Ja, moja przyjaciółka Asia i nasza gospodyni Magda czekaliśmy na nasz powrotny pociąg. Asia powiedziała do Magdy: „to nie jest normalny, zadowolony Piotr”.
Bo nie byłem sobą. Przybita mina, brak chęci do uśmiechu i rozczarowanie biły po oczach tych, co mnie znają.

Zrobiłem sobie przerwę. Po każdym maratonie odpoczywam, aby organizm wrócił do stanu około wyjściowego. 42 km – w moim przypadku w tempie 4.46 pierwszy raz w życiu – powoduje spore „spustoszenia” w ciele. Polecane są różne długości odpoczynku,
ja odpoczywam około 4 tygodni, traktując to jako jedną z dwóch przerw regeneracyjnych
w roku. To moje tak zwane wynagrodzenie odpoczynkiem. Im lżej, czyli poniżej swojego maksymalnego poziomu biegnie się maraton, tym można rozważyć krótszą przerwę.
Ja stosuję zasadę maratonu w systemie wiosna-jesień albo tylko raz w roku. I to biegniętego na maxa, chyba że pojawią się nieprzewidziane okoliczności

Jednak przede wszystkim chciałem odpocząć psychicznie. Mentalnie byłem rozczarowany.
I zestresowany, i do tego nie tylko biegiem. Przełom roku 2015 i 2016 oraz kilka pierwszych miesięcy to konieczność zmierzenia się z dużą i niespodziewaną dawką stresu. Nie chcę tutaj dzielić się konkretnymi faktami, ale musiałem zmierzyć się z wyzwaniem szukania nowej pracy, a potem kolejnej. Zainteresowani wiedzą, że było ciężko i dlaczego.
Pomijam także kwestie moich ambicji, pewności siebie i nastawienia psychicznego.
Owszem, nauczyłem się szukać plusów, jednak trochę to wszystko mnie przerosło. Dziękuję bliskim za konieczne wsparcie.

Podczas tego okresu czasu – szukania pracy, pracowania i znów szukania – nie miałem głowy do biegania. Owszem biegałem. W końcu to bardzo lubię – i to pomimo siódmego roku biegania w nogach i w głowie 🙂
Ale:
– minimalnie czytałem o bieganiu, tyle by być na bieżąco,
– po maratonie zrezygnowałem z wpisów na endomondo,
– nie miałem chęci, ani odporności psychicznej do ciężkich treningów.
To ostatnie było jednym z decydujących czynników takiego, a nie innego wyniku w maratonie.

Podsumowując, nie pisałem także na blogu. Chęci na zajmowanie się bieganiem wystarczało mi głównie na bieganie. Samo bieganie i tylko to.

Nawet skupiając się na planowanym maratonie, schowany z tyłu głowy stres oddziaływał na mnie. I nawet zachowując na zewnątrz spokój, to i tak ten stres miał na mnie olbrzymi wpływ. Na moją gotowość do walki na treningach i na trasie maratonu. I na mój organizm. Jak to lubię powtarzać – we are not robots – nie jesteśmy robotami, mamy swoje uczucia, emocje, świadomość!

Nagromadzony stres, niepewność co do wyników rozmów kwalifikacyjnych, a tu trzeba było odliczać dni do startu, dopilnować logistyki oraz mentalnie się przygotowywać.

Maraton, biegnięty na życiówkę, to wielkie wyzwanie. Wymagający obok przygotowania fizycznego także odpowiedniego przygotowania mentalnego. To nie jest bieg na 10 km, gdzie można polegać na sile fizycznej i dostępnych zasobach mentalnych. Dostępnych, czyli chodzi po prostu o przeciętnego biegającego człowieka, który jest w stanie utrzymać motywację
i przez to użyć także głowy w biegu na 10 km. Dłuższe biegi wymagają mocniejszej głowy. Wyrażając się precyzyjniej wymagają używania także naszej psychiki w czasie biegu. Przykładów z historii można mnożyć.

I tej odporności psychicznej mi zabrakło. I przez to także, ale to moja wina, nie skupiłem się na biegu. Bo gdybym się skupił, to wiedziałbym już przed biegiem jak pobiec.
Nie popełniłbym pewnych błędów. Bo je popełniłem, i to takie, których normalnie bym nie popełnił. Prawdopodobnie jestem za surowy w stosunku do siebie, ale tak już mam. A spory udział w moim podejściu miały permanentny stres i moja obniżona mocno odporność psychiczna. Bo swoje zrezygnowanie mentalne na biegu widziałem na trasie…
Obok niewystarczającego przygotowania fizycznego.
W okresie maratońskim zatem moimi celami było pozałatwianie spraw wymagających zakończenia. Ustabilizowanie życia zawodowego. Działałem na bieżąco, ale rozwiązywanie tych problemów musiało potrwać, a maraton trzeba było pobiec.

Odpocząłem psychicznie. Załatwiłem swoje sprawy. I przede wszystkim napełniałem swoją studnię.
Co to znaczy?

Wróciłem do biegania, gdy poczułem jego brak. Odpuściłem sobie na razie ambicje czasowe
i skupiłem się na „bawieniu się” bieganiem. Co nie znaczy, że nie było ciężkich treningów. Były. Były solidne podbiegi, bieganie dzień po dniu, mocne zawody, 2h w upale w słońcu bez wody.
Biegałem w lokalnych zawodach – https://asiaprosto.wordpress.com/2016/06/05/biegam-lokalnie/ – i zgodnie z zasadą „przerwa ma swoje prawa” rozważnie wróciłem do biegania.
Z racji innego systemu czasu pracy biegam inaczej niż do tej pory. Cieszę się starymi trasami biegowymi i odkrywam nowe. I cieszę się tym bieganiem.

Potrzebowałem także czasu na oswojenie się z pozornym zwycięstwem z Łodzi.
I na załatwienie swoich wspomnianych spraw, bo one były ważniejsze.
Jak to pisałem przy przygotowaniach do poprzedniego rekordowego maratonu Maraton Beskid Niski (Gorlice-Wysowa Zdrój 2015) niepotrzebny stres … jest niepotrzebny.

I tak, niejako przy okazji, na koniec, pamiętam o plusach. Bo mimo tych gorzkich zdarzeń wiele się nauczyłem. I niektóre z tych lekcji to pozytywne rzeczy. A i moja wiedza o biegowym sprzęcie znacząco się zwiększyła, a i (chyba) odkryłem swoją nową pasję.
I nadal biegam. Bo to kocham. I biegam po swojemu, dla siebie.

* Termin ten zaczerpnąłem z książki „Biegać mądrze”, Richard Benyo i inni.

Send to Kindle

8 thoughts on “We are not robots

  1. Widzę, że Piotrze ciężka lekcja za Tobą i powiem jedno …. życie. Dobrze, że masz tą sytuację za sobą ,Chyba to nawet kiedyś przeczytałam u Ciebie na blogu, że na treningu jest się przez cały czas a nie tylko w czasie biegania a takie czynniki jak stres mogą się znacząco odbić na naszych rezultatach i na nas samych.
    Najważniejsze aby bieganie przynosiło Ci radość. Mam nawet na blogu taki post, który o tym mówi:
    http://www.zakochanawbieganiu.pl/to-co-najwazniejsze-w-bieganiu/
    i tego się trzymam 🙂

    Mam nadzieję, że biegać będziemy jeszcze długo; przed nami cała biegowa wieczność więc róbmy to co nas cieszy, po prostu 😉

  2. A na jaki czas biegłeś w Łodzi? 3:25, 3:20, 3:15? Życiówka to życiówka ale tak pytam, czy niechcący nie dołożyłam od siebie tego złego dając Ci w prezencie (już po Łodzi) rozpiskę na rękę na wynik 3:15 na kolejny maraton…
    Do zobaczenia na trasach, nie tylko podczas zawodów. Pozdrawiam, Hanka
    p.s. Skończyłam miesięczną przerwę od biegania. Wczoraj pierwsze 8km za mną i planowanie zawodów na jesień 🙂

  3. Małgorzato
    si, ciężka lekcja ale konieczna do dalszego rozwoju. To zdanie o byciu w treningu może być mottem tego postu. A przyjemność z biegania to u mnie nadrzędne. Po co robić coś na dłuższą metę czego się nie lubi? Dziękuję za link 🙂
    Hana
    na 3.10. Nie byłem przygotowany jednak, co zresztą wynika z tego postu.
    A co do prezentu to postaram się zaskoczyć Ciebie 😉

    I jak się czujesz po tej przerwie? Na ile Ci się przydała?
    Ja właśnie robię sobie 2 tyg., będzie dużo chodzenia po górach 🙂
    pozdrawiam serdecznie, Piotr

  4. Chyba błędem była ta przerwa… mogłam chociaż raz w tyg przelecieć się tak proforma. Po tygodniu i 4 biegach (po 8-10km) kolano się odezwało. We wt idę do fizjoterapeuty. Niech oceni czy to normalne przy rozruchu czy coś się dzieje. Ale zawody i tak planuję 🙂 – dogtrekking w Wiśle na 26km.

  5. Ewelina
    dziękuję. Porażki staram się traktować jako lekcje.
    Hana
    a może za mocno zaczęłaś po przerwie? Miesiąc nie biegania to już poważna rzecz. Pisałem o tym tutaj: http://www.piotrfit.pl/2014/10/18/przerwa-ma-swoje-prawa/
    W tamtym roku po 1,5 miesiącu przerwy zrobiłem ten błąd, że wyszedłem z Asią w dość upalny dzień na trening. Po 30 minutach miałem marszobieg i Asię daleko z przodu.
    trzymam kciuki

  6. No i właśnie, to samo powiedział mi fizjoterapeuta. Marsz, marszobieg i dopiero na trzeci dzień bieg. Zrozumiałam tyle, ze jedne mięśnie załapały, że koniec przerwy a inne jeszcze nie, stąd nierówne napięcie itd i ból. Rozciąganie, dociskanie, układanie itd i można było ruszać. Marszobiegi i truchciki za mną i jest ok 🙂
    A wydawało mi się, że zaczęłam delikatnie z km i tempem a tu jednak. Ech.
    Do zobaczenia na trasach!

  7. Pingback: Błędy i lekcje i nowa wiara | Piotr Stanek o bieganiu

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *