Błędy i lekcje i nowa wiara

Niebieski dywan. Wbiegam, dysząc ze zmęczenia i wysiłku. Zatrzymuję stoper i widzę, że złamałem czas 3.14. Maraton we Florencji przeszedł do historii. Krótki postój i mogę iść dalej przez przygotowaną strefę dla kończących bieg.

Kilometry od 35. do 40. km biegnę w tempie 4.18 a ostatnie dwa po 4.05 – widzę to w domu.
I wcale na starcie tak nie planowałem. Zresztą, w ogóle nie mierzyłem w żaden czas, poza złamaniem 3.20 i zrobieniem życiówki. W końcu to mój pierwszy zagraniczny start, warunki pogodowe dobre, dałem radę mimo ciężkiego miesiąca w pracy potrenować – to warto byłoby zrobić życiówkę.

I z takim nastawieniem stanąłem na starcie biegu. Na rękach biegaczy dojrzałem opaski czasowe – 3.12, 3.20. Przez chwilę żałowałem, że nie poszukałem ich na expo, ale jak Asia powiedziała, trzeba było je wcześniej zamówić na stronie. Nic to, olać to, biegnę swoje. Włączam stoper w wysłużonym Polarze, który służy mi 7. rok a wcześniej służył Andrzejowi (kolega biegacz z Gdańska, który wciągnął mnie w bieganie) i biegnę. Pamiętałem tylko planowane czasy na 5., 10. km i na półmaraton przy planowanym czasie 3.20 na mecie maratonu. Poza tymi kilkoma liczbami moja głowa była wolna od myśli o maratonie.

Maratony biegam wg taktyki negative split. I tak było tym razem. Dodatkowo stosuję sposób Tima Noakesa o dzieleniu sobie trasy na 3 odcinki. Dwa razy 16 km i 10 km. Sprawdziło mi się to na maratonie Beskidu Niskiego, w Warszawie i sprawdziło się we Florencji. Pomagałem sobie na trasie w trudniejszych momentach myśląc motywacyjnie, że mam już połowę z drugiej szesnastki czy osiągnąłem dystans półmaratonu czy 30 km. Takich momentów było niewiele, bo po prostu biegłem.

Jedyne znużenie dopadło mnie na odcinku około 15-25 km. Trasa we Florencji jest dość kręta, ale to rezultat tego, że jest dobrze poprowadzona. Dobrze, bo biegnie się przez dużo przez zabytkowe centrum miasta i nie wybiega się zbyt daleko na peryferia.
Nie dopuszczałem do siebie myśli, że to dopiero 15. km i tyle jeszcze trasy i tyle jeszcze zakrętów przede mną. Trasę znałem – w ramach przygotowania obejrzałem kilka razy film z trasy oraz dokładnie przestudiowałem ostatnie 10 km trasy. Ze znużeniem na wspomnianym odcinku poradziłem sobie trzymając się dobrze biegnącej kobiety przede mną, do czasu gdy zwolniła na punkcie żywieniowym a ja pobiegłem dalej chwytając kubek z wodą. Rozwiązaniem na znużenie było zatem niemyślenie o tym jak daleko jeszcze i nieprzejmowanie się tym. Trzeba biec to biegnę. Jeszcze jakaś godzina, półtorej i finisz. Tak samo pomagałem sobie z rzadka, gdy wydawało mi się, że mój pęcherz zrobi mi psikusa – uznałem, że jak nie wytrzymam to przystanę, ale dopóty jest ok to nie przejmuję się.

W okolicach 30. km zauważalnie przyśpieszam. Zaraz będzie 32. km – koniec drugiego 16-kilometrowego odcinka – i ostatnie 10 km do mety. Biegnie mi się dobrze, biorę ostatni, czwarty żel i już regularnie wyprzedzam wszystkich po drodze aż do mety. Wtedy właśnie minął mnie jeden biegacz, ale uznałem że za wcześnie na jego tempo. Być może go później złapałem. Zresztą wyprzedzanie na ostatnich km było trochę zwodnicze. Dlaczego? Aby złamać 3.15, gdy widziałem że jest wielka szansa na to, musiałem przyśpieszyć i trzymać swoje tempo. I nie kierować się tylko tym, że wyprzedzam wolniejszych biegaczy, bo mogłem przecież biec wolniej a i tak ich wyprzedzać. Tu musiałem mieć odpowiednio szybsze tempo.

Na mecie melduję się z czasem 3.13.52 i lepszym o blisko 7 minut od poprzedniego.

Tego z kwietniowej Łodzi. Bo tam, w tej Łodzi, miałem pobiec tak jak we Florencji.
Dość napisać, że byłem tak rozczarowany swoim wynikiem z Lodzi, że swego rodzaju trauma po biegu trzymała się mnie kilka tygodni. A zrobiłem tam życiówkę. Przeczytajcie zresztą “We are not robots” LINK

Czemu we Florencji tak dobrze pobiegłem? Bo wyciągnąłem odpowiednie wnioski z maratonu łódzkiego.

Czego się nauczyłem z Łodzi?

Niepotrzebnie zbudowałem sobie pewną dużą presję. Dosyć dużo mówiłem o swoim maratonie, o ambitnym celu, za dużo wrzucałem postów o swoim treningu. Często patrzyłem na endomondo i sprawdzałem sobie średnie tempo. A przecież ja jestem z tych, co wolą robić swoje niż rozwodzić się o tym. I jestem nastawiony na wyczucie swojego organizmu, na słuchanie go. Bo od kilku lat biegam z zegarkiem ze stoperem, bo od kilkunastu miesięcy często w ogóle go nie zabieram na trening. I z dokładnością do kilku minut jestem na treningu tyle ile chcę być. Bo biegam bez rozpisanego planu, poza ostatnim miesiącem-półtora przed ważnym startem – najczęściej dotyczy to właśnie maratonu (a ten plan to tak naprawdę uświadomienie sobie ile dni zostało i ile treningów mocniejszych mogę zrobić).
Tu można by napisać, że w Łodzi nie byłem sobą, co wyjaśniam właśnie w poście „We are not robots”.

Bo gdybym był sobą, to zatrzymałbym się podczas ostatnich kilku dni  i spojrzał w przysłowiowe lustro i boleśnie szczerze odpowiedział sobie na pytanie – jesteś przygotowany na te 3.10? To jest Twój cel czy jednak bardziej zbyt ambitny cel przesłonił Ci oczy? Może chcę zaimponować innym?

I tu trzeba powiedzieć – fizycznie, czyli treningowo pół roku temu nie byłem przygotowany na 3.10. Można tylko szacować szanse, czy gdybym od początku pobiegł na 3.15-3.20 i stosował skuteczną u mnie taktykę negative split, to na ile zbliżyłbym się do wyniku 3.10.
I co bardzo ważne, psychicznie także nie byłem gotowy na walkę o 3.10. Długotrwały stres wyczerpał mnie i moje zdolności radzenia sobie z obciążeniami, jakie wymaga szybki bieg przez ponad 42 km. Maraton biegnięty na maksa wymaga solidnie przepracowanego podejścia do niego i treningu głowy.

Ten brak refleksji spowodował, że od startu pobiegłem na 3.10, i że na 28. km straciłem siły.
I nie wziąłem też poprawki na pogodę. Tak, to tak śmieszne i żałosne, że takie błędy wtedy popełniłem.
Ja, który do maratonu Beskidu Niskiego byłem przygotowany tak solidnie, że uważam to za godne naśladowania.
I mimo tego, że zrobiłem życiówkę, lepszą o ponad 6 minut, to bylem rozczarowany. Bo nie tak miało być, miało być lepiej. A rozczarowany byłem przede wszystkim swoim podejściem i błędami. Może za surowy jestem, może.

Maraton we Florencji, jako pierwszy zagraniczny start, był dla mnie ważny. Nie po to wydaję kasę na cały wyjazd, aby nie sprawić sobie przyjemności tym startem. Dobrym startem. Jednocześnie nie przejmowałem się nim więcej niż to konieczne. Nie celowałem za wszelką cenę w dany wynik czasowy. Pobiegnę na 3.20, patrząc na swoje tempo i samopoczucie, i tyle – planowałem – co będzie to będzie, ale rozmyślać o tym nie zamierzam.

I dzięki temu zrobiłem – bez większego wysiłku – życiówkę i to lepszą o 7 minut. Dobrą, wręcz bardzo dobrą prognozą jest to, ile sił zachowałem po biegu. A sam maraton we Florencji chyba najlepiej podsumuję tym, że odzyskałem wiarę w siebie.

Wdzięczny jestem i dziękuję koledze Wojtkowi za rzeczowy feedback po Łodzi.
Bardzo mi to pomogło.

Ps. Jeśli chcecie poczytać więcej o maratonie we Florencji odsyłam do relacji Asi LINK
a moim zdaniem warto rozważyć swój bieg maratoński we Florencji.

Send to Kindle

2 thoughts on “Błędy i lekcje i nowa wiara

Skomentuj, bo Twoja opinia jest mile widziana :)