Komfort na bok

Sprawdzam. Powinien tak sobie powiedzieć stojąc na starcie maratonu w Walencji. Sprawdzam – i nie chodzi tu o pokera. Sprawdzę, na ile mój eksperyment się powiódł.
Bo maraton to ten najważniejszy dla mnie test. Dystanse krótsze są ważne, są trudne, potrafią zaboleć, ale to maraton ma dla mnie magię. I teraz sprawdzę na ile wybiegane setki kilometrów, pot, chęci i niechęci do biegania okażą się warte wysiłku. Stoję teraz w grupie 3.00-3.15 listopadowego ranka w Walencji.

… przenieśmy się najpierw do słonecznej Toskanii. Tu zaczyna się nowy etap mojego biegania. Jest druga połowa mojego urlopu. I czwarty tydzień mojego niebiegania po sezonie wiosennym. Pierwszy tydzień we Włoszech to intensywne wędrówki po Alpach Bergamskich. To takie przygotowanie pod bieganie po kilkunastu dniach laby. Nachodziliśmy się wtedy, że hej KLIK! Po przenosinach do Toskanii, w małej wiosce na wybrzeżu zaczynam biegać. Codziennie. To była dla mnie nowość.

Po maratonie we Florencji XI.2016 r. byłem kontent. Tyle i aż tyle. Zrobiłem życiówkę, wyciągnąłem wnioski z łódzkiej lekcji. Jednocześnie wiedziałem, że stać mnie na więcej. Po maratonie rozmawiałem z Wojtkiem, który przekonywał mnie do większej pracy i codziennego biegania. Zacząłem też myśleć nad swoim podejściem do biegania.
Do tej pory moje podejście do biegania było takie – przyjemność na pierwszym miejscu. Bieganie to dla mnie przyjemność połączona ze zdrowiem i wynikami. Zdrowiem, bo nie chcę za kilkadziesiąt lat żałować, że mam problemy przez bieganie. Unikam kontuzji i jak na razie dobrze mi to wychodzi. Co do wyników to też są ważne, bo poprawianie życiówek sprawia mi frajdę. Dobrze jest coraz szybciej biegać.
Ale najważniejsze do tej pory było to, aby mieć sporo fun’u i przyjemności.

Ta przyjemność przybiera czasem specyficzne odmiany. Takie jak kilkadziesiąt podbiegów na stromej ulicy na osiedlu jak chomik. Czy kilkanaście podbiegów na Pachołek w Gdańsku po schodach (czyli stromo) w upale. Czy wybieg na Szyndzielnię w 60 minut z osiedla. I tak dalej i tym podobne. Przyjemność to także dla mnie wysiłek, czasem naprawdę solidny. Ale dawkowany stopniowo, tak aby mieć z tego zabawę i przyjemność. Plus pamiętanie o regeneracji.
Tylko to moje podejście zaczynało mi przypominać o pewnym miejscu, gdzie rzadko dzieją się rzeczy ciekawe, ambitne. Wielu z was zna to pojęcie. Strefa komfortu. Siedziałem sobie w wygodnej strefie komfortu, gdzie od czasu do czasu wybiegałem na jakiś mocniejszy trening. Większość treningów to nie było przekraczanie swoich granic, stawianie sobie wyższych celów… tylko po prostu bieganie. Nie trenowanie. To było zadekowanie się w tej niemęczącej, wygodnej i przyjemnej strefie komfortu.

I nie, nie chodzi o ciężkie treningi za każdym razem. Nie. Chodzi o powzięcie postanowienia i wysiłku do codziennego biegania. A de facto o spróbowanie nowego podejścia.

Sportowo można by rzec, że tym swoim podejściem doszedłem do swojego maksimum w osiągach. Doszedłem do maksimum i zatrzymałem się. Miałem swoje życzeniowe cele jak złamanie 40/10 czy 90 minut w półmaratonie. Ale nic za tym nie szło. Do 1.30.30 i 40.30 doszedłem i tyle. Bo jak pisałem wyniki nie były najważniejsze.

Postanowiłem, że chcę spróbować innego, czegoś nowego. Jeśli stare metody już się wypaliły,
to nie oczekujmy po nich nowych efektów.Trzeba wypróbować nowe – zacząć biegać więcej i mocniej. Zrobię zatem eksperyment. Przesunę swoje podejście do biegania bardziej w stronę wyników.

Nie skrajnie, bo pamiętam o balansie. Jednak taka zmiana i tak powinna dużo zmienić w całości. Wojtek pisał o tym. Paweł Ignac też:
“Przeżyłem spory szok i czułem się jak żółtodziób, którego ktoś rzucił na głęboką wodę. Kilometraż o wiele większy od tego, do którego byłem przyzwyczajony. Więcej szybkiego biegania. Szybkie oznaczało naprawdę szybkie, a nie trochę szybsze.”
(daleko mi do Pawła wyników i treningu, jednak chodzi o samą zmianę)
Zatem dlaczego nie? Poza tym ciągle powtarzanie tego samego nie da innych wyników, nieprawdaż?

Zatem zacząłem codziennie biegać, ale prawie. W Toskanii uznałem, że będę biegał sześć dni w tygodniu. Jeden dzień ma być wolny. Przeznaczony na odpoczynek od biegania, na rower, na górskie wędrówki, lenistwo czy realizację nagromadzenie domowych obowiązków. To i tak da mi wystarczającego kopa. Z 40-60 km tygodniowo będzie 80-100. Kilka tygodni i różnica robi się duża.
Z tego, przy mądrym treningu, mogłem ugrać dla siebie dużo. Choć mogłem i zepsuć i uznać eksperyment za porażkę.

Maraton w Walencji zakończyłem z nową życiówką 3:00:56. Hurra! Prawie 13 minut lepszą.
I na mecie mogłem stwierdzić, że miałem zapas sił, co tylko dobrze prorokuje na następne podejścia do maratonów. Ale droga do celu nie była już tak radosna. Droga była … drogą.
Ja na kilometr do mety

Send to Kindle

6 thoughts on “Komfort na bok

  1. miałem pytać czy olałeś całkiem pisanie, kontrolnie wszedłem na bloga i taka niespodzianka. fajnie.
    pięknego czasu gratuluję. a przy zmianie podejścia życzę żebyś nie przestał znajdować w tym wszystkim przyjemności.

  2. Ja tu czekam na jakieś podpowiedzi czy nawet gotowy plan a tu bach, koniec. Przewijam w górę, w dół i nic! Pokazałeś mi lizaka i zabrałeś zostawiając z otwartym dziobem Musisz dopisać dalszy ciąg, koniecznie. Pozdrawiam

  3. Maciek
    dziękuję 🙂
    Co do pisania to poczekałem z postem na wynik eksperymentu. Nie lubię pisać przed, wolę pochwalić się efektem.
    Mottem blogu i moim nadal jest m.in. balans. Staram się to odpowiednio wyczuć u siebie. Jednocześnie jak na razie frajda z wyników jest (dodatkowo w połówce w Katowicach 1.25:14) Zatem zobaczymy jak dalej to mi wyjdzie łączenie funu z większym naciskiem na wyniki.
    Hana
    A widzisz 😉 O drodze będzie następny post. Stay tuned! 🙂

  4. Gratulacje Piotr, ładny wynik… dla mnie nieosiągalny… póki nie przejdę ze strefy lenistwa do komfortu, a później to już z górki 😉
    P.S. Masz nieaktualną zakładkę „Moje wyniki”.

  5. Najpierw przyjemność, Twoje motto pomogło mi zacząć i wejść w etap uzależnienia, pomogło mi poprawiać wyniki i eksperymentować. Przyjemnością jest wyjść czasem poza strefę komfortu i zobaczyć, że tam też może być pięknie. Ciężko, ale pięknie. Codzienne bieganie jest super! W następnym sezonie też spróbuję.

  6. Pingback: Nowe smaki biegania | Piotr Stanek o bieganiu

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *