Ewolucja zawodowa, czyli zmieniamy się

Ewolucja zawodowa, czyli zmiany zmiany. Zmian, zmiany, zmiany …

Rok 2010 maj.  Biegnę swoje pierwsze w życiu zawody. Bieg na 10 km. Bieg Europejski
w Gdyni organizowany przez m.in. Piotra Suchenię http://run-passion.pl/ – drugi bieg z cyklu 4 biegów, które później będę często biegał. Tym razem to moje pierwsze zawody. Jak się okaże później, mimo kilku błędów początkującego wsiąkłem w zawody.

Bo bardzo polubiłem bieganie w zawodach. W lipcu przebiegłem swój pierwszy półmaraton, nigdy wcześniej nie pokonując na treningu takiego dystansu. Dorzuciłem do treningu kilka podbiegów na sopocko-gdyńskim lesie i …. dałem radę. Puck i okoliczne wioski, bo tam był bieg, zwiedziłem w czasie nieco powyżej 2h. Do dziś pamiętam, te kostki cukru na ostatnim punkcie.

Bieganie stało się moją pasją. Starałem się biegać zawody jak najczęściej się dało. Pamiętajcie to były lata 2010-2012, zatem to nie było jak współcześnie, że co weekend są zawody i często się nakładają na siebie. Wtedy imprez biegowych było znacznie mniej niż teraz. Dobrze było należeć do jakiegoś klubu lub grupy biegaczy, aby dzielić się wieściami o biegach i razem na nie jeździć. To kolega z fundacji namówił mnie na pierwsze zawody. Także od innych lokalnych biegaczy czerpałem wiedzę o biegach. Organizowaliśmy wspólne wyjazdy na okoliczne i czasem dalekie biegi. Wielkim ułatwieniem była strona maratonypolskie.pl z ich wspaniałym kalendarzem i podziałem na województwa.

Lata 2011 do 2014 to bardzo częste starty w zawodach. Zdarzało mi się biec dwa razy zawody tego samego dnia czy biegać zawody w sobotę i w niedzielę. Medal do medalu. Szkoda, że numerów startowych nie zbierałem, bo byłaby całkiem pokaźna kolekcja i IMO atrakcyjniejsza od medali. I na pewno łatwiejsza w przechowywaniu. Biegałem co drugi dzień, pilnując też regeneracji po zawodach. Wzorem właściwego treningu to na pewno nie było, jednak ja biegałem dla siebie. Przebiegłem maraton w Poznaniu w debiucie.
Wybiegałem kilometry w Trójmiejskim Parku Krajobrazowym, gdzie pobiegłem pierwsze górskie zawody (CRSS Górska Połówka).

Po drodze podejmowałem się roli pacemakera. Najpierw indywidualnie, potem grupowo.
Bartosz, Janek, Kinga, Adam i inni poprawiali ze mną swoje życiówki, albo debiutowali z sukcesem.
To była dla mnie wielka przyjemność i odpowiedzialność wspierać ich w tym. Później przyszła misja zająca w Półmaratonie Warszawskim i Maratonie Warszawskim organizowanych przez Fundację Marka Troniny.
Szczególne pierwsze prowadzenie przyszłych maratończyków w Warszawie to była prześwietna rzecz.
Grupa 3.55 pamięta 🙂

A w międzyczasie życie się toczyło swoim torem. Bo obok biegania jest życie, które wpływa na nasze bieganie www.piotrfit.pl/2014/01/11/bieganietonietylkobieganie/. Po kilku przeprowadzkach w obrębie Trójmiasta, przeprowadziłem się do Bielska-Białej. Średniej wielkości miasto, tuż obok gór. Wybiegasz w miasto i widzisz góry, w tym nawet Babią Górę.
A z osiedla w góry mam 4-5 km, po prostu bajka. Na Szyndzielnię 1028 m npm biegnę ok. 60 minut spokojnym tempem. Ale za to płaskich tras tu jak na lekarstwo.

Jednocześnie obowiązki, praca i zmiana we własnym nastawieniu ograniczały ilość zawodów. Początkowo często jeździliśmy z Asią na zawody, choć zaczęliśmy unikać powtarzania biegów. Warszawę, Kraków odwiedziliśmy kilka razy, zatem po co jechać tak daleko na znane nam miasto a często i trasę?
Działo się to stopniowo. Asia pobiegła maratony w Paryżu i Budapeszcie. Razem pobiegliśmy królewskie dystanse we Florencji i Walencji. Taka turystyka biegowa. W międzyczasie odwiedzaliśmy małe lokalne biegi, jak Kęcka Piątka, Bieg o Złoty Gwizdek czy parkrun w Cieszynie.

Zauroczony bieganiem w górach, pobiegłem kilka górskich zawodów jak debiut w Brennej klik, bieg na Babią Górę czy 34 km w Krynicy Zdrój podczas Festiwalu Biegowego. Rezygnowałem jednak z lokalnych biegów górskich. Wychodziłem i nadal wychodzę z założenia, że po co mam płacić te kilkadziesiąt i więcej złotych, jak sam sobie mogę za darmo pobiegać po górach. Tak, wiem, bieganie na zawodach to co innego niż na treningu. Zgadzam się z tym. Jednak płacenie za pobieganie po górskiej trasie, co sam mogę zrobić wychodząc z domu, to jednak przesada dla mnie. I jak się nad tym teraz zastanawiam, to takie zawody u siebie w górach nie są dla mnie też atrakcyjne. Bieg na Pilsko czy na Diablaka były, zatem w nich wystartowałem. Lokalne biegi górskie jednak nie stanowiły dla mnie wyzwania.
I dodatkowo prowadziły po znanych mi trasach, górach. To wolę te 50-150 złotych wydać inaczej.
Sorry, nothing personal.

Przykładem wyzwania i zauroczenia był już nieistniejący Maraton Beskidu Niskiego. Beskid Niski jest piękny, asfaltowa w 98% trasa, podbieg na Przełęcz Małastowską (i potem kawałek dalej w górę sic!), 900 m w górę i 600 w dół. Oj, powiem Wam, że solidnie się pod niego przygotowałem. To był CEL, to było atrakcyjne Wyzwanie dla mnie. Mimo cięższej pracy, harowałem na treningach. Przygotowałem się także bardzo dobrze mentalnie, dzięki książce Tima Noakesa Lore of Running. I mimo, że zrobiłem potem trzy razy, i to lepsze czasy na maratonie, to ten właśnie bieg z Gorlic do Wysowej wspominam najlepiej.

Na mecie MBN, wzruszyłem się 🙂

Stopniowo ilość startów malała. I to znacznie. Stałem się mocno wybredny. Jeśli zawody nie były mi potrzebne, to ignorowałem je. Dlatego, mimo że mieszkam w Bielsku-Białej już czwarty rok to mam tylko dwa zaliczone Biegi Fiata. Po części skupiałem się na treningach, zwłaszcza podczas okresu przed maratonem w Walencji listopad 2017 r., po części chodziło o przydatność i atrakcyjność biegu.

Często też wygrywały … góry. Wędrówki po górach. Pod okiem doświadczonej w górach Asi odkryłem w sobie pasję do nich. W weekendy wsiadaliśmy w auto i łaziliśmy po górach. Beskidy, Mała i Wielka Fatra, Bieszczady, Tatry itd. Trekking w postaci 30-40 kilometrów dziennie to była norma. Oj, nachodziliśmy się dużo po tych górach, że ostatnio musimy się postarać, aby nie chodzić kolejny raz tymi samymi ścieżkami. Zawody zatem często przegrywały z górami. To temat do rozwinięcia, te nasze i moje góry.

Apogeum wybredności w zawodach biegowych to obecny rok 2018.
Półmaraton Żywiecki – odpuściłem, bo za późno zacząłem sensowniej biegać. Ciemne popołudnia, słaba zima, fuck you smog. Byłoby fajne pobiec, aczkolwiek nie widziałem sensu i przyjemności w przybiegnięciu kilka minut wolniej niż powinienem. Odpuściłem.
Bieg Fortuna w Cieszynie. Przyjechaliśmy, bo Asia biegła z teamem z pracy. Ja odebrałem koszulkę, zjadłem swoją porcję posiłku po biegu i … tyle 😀 Nie pobiegłem.
Bieg Fiata już pobiegłem, bo na miejscu. I w jako takiej podstawowej formie już byłem. I szkoda było drugiego opłaconego startu. Za to kameralnego biegu Śnieżnej Pantery czy słowackiego biegu Zelene pleso nie mogłem sobie odmówić 🙂 Nie mówiąc już o lokalnym górskim biegu Corsa dell’Angelo we włoskich górach obok Lecco podczas urlopu 🙂

Jak widzicie, przeszedłem drogę od stanu “Hurra, to gdzie są następne zawody!” do “Na co mi ten start?”
Moje pierwsze kilka lat biegania to więcej przyjemności, gdzie mogłem pielęgnować swoją chęć biegania i frajdę z niego.  Liczyły się dla mnie życiówki, jednak tak naprawdę mało wychodziłem poza strefę komfortu.
Zwłaszcza na treningach, bo tam dzieje się większość magii, czytaj ciężkiej roboty. Odpowiednie moje podejście do biegania zaowocowało dobrymi czasami, potem ze względu na zlekceważenie treningu (mniej i bardziej celowe) zatrzymałem się w miejscu z rekordami. Uświadomił mi to m.in Wojtek W. Dzięki niemu, podjąłem większą pracę na treningach. Dzięki temu poprawiłem rekordy w półmaratonie i maratonie o odpowiednio 6 i 11 minut. Tyle, że to stało się niedawno – w 2017 roku.

I m.in. przez zmianę podejścia do treningów, większe ambicje czasowe i pragmatyczność aka wybredność porzuciłem masowe bieganie zawodów. Fajne, kameralne zawody w nowym miejscu – tak. Zawody w górach na urlopie – jak najbardziej tak. Chudy Wawrzyniec 50 +? Czemu nie 😉 ?

Send to Kindle

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *