Jestem ultrasem czy nie jestem…

Nie biegam ultra. Pieprzyć to. To dla mnie zbyt dużo. Taka myśl przyleciała mi przez głowę podczas biegu górskiego na 34. km na Festiwalu Biegowym w Krynicy. I to przekonanie solidnie zagnieździło się we mnie. Na cztery bite lata.
4 lata później… 11 sierpnia 2018 roku pobiegłem swoje pierwsze ultra. W górach. Podobno całkiem nieźle – 17 miejsce w open.
Jak? Przypadkiem. I nie ma w tym ani krzty przesady.

To nie będzie post o łzach, przeżyciach, transcendencji czy przekraczaniu barier. Po prostu przebiegłem, posiłkując się marszem na niektórych podbiegach. Nie uważam się za ultrasa. To stanie się IMO jak przebiegnę dłuższy dystans/e. I to nie raz. Gdy będzie niepogoda, walka ze swoimi słabościami, praca głową. Tutaj nie było tego wiele, ba prawie wcale tego nie było.
Ale po kolei…

23 lipca, niecałe trzy tygodnie przed 11 sierpnia.
Asia pyta mnie online, czy chcę pobiec Chudego Wawrzyńca
Pierwsza myśl: ja z biegów ultra odpadam. Bo dawno temu, po przywołanych powyżej górskich zawodach, podjąłem decyzję, że ultra nie. Ale pytam dalej, bo mnie zaskoczyła. Jest do wzięcia opłacony już pakiet (trzeba go tylko za 25 zł przepisać na mnie) na którykolwiek dystans 50/80/100. Okazja! Po kilku minutach odpowiadam, że tak. Bo… czemu nie?

Jestem w dobrej formie biegowej. Biegam 9 lat. Od 2014 roku chodzę intensywnie po górach. Rocznie robimy z Asia kilkaset km po górach. Rzadko mamy wolne weekendy, a już bardzo rzadko oba dni weekendu. Nawet, jak od święta zostajemy w mieście, to robimy jakąś trasę 10-20 km w okolicznych górach. W Tatrach na Rysach czy Rohaczach i Banikovie potrafimy urwać dwie godziny z czasów podanych na mapie. Idąc, nie biegnąc. Zrobiliśmy 50 km zimą w Beskidzie Niskim, a kilkanaście razy przekroczyliśmy 40 km – na raz. Średnio robimy 30-40 km w górach. To dawało mi pewne poczucie braku strachu przed tym dystansem.

I jednocześnie dawało mi podstawy do tego, aby mieć pewne przekonanie, że co najwyżej zrobię to trekkingowo. Marszem, bądź marszobiegiem. Jak widzicie kompletnie nie wiedziałem czego oczekiwać. Iść Chudego? Ale przypominam, ja i ultra to do tej pory były dwa bieguny. Ogień i lód. Północ i południe. Dlatego zachowawczo stwierdziłem, że zawsze mogę tam zrobić szybki trekking. Poza tym nie przygotowywałem się pod taki dystans. Biegam regularnie od początku lipca po miesięcznej przerwie.
Limit jest długi, dystans niewiele dłuższy od wspomnianych 50 km. Mogę też przecież to biec, to maszerować.

Pierwsza myśl sprzętowa – kijki! Zaraz potem Black Diamond. Przecież są takie fajne carbonowe, składane. Niestety tego modelu nie ma w mojej długości. Są zbliżone, ale regulowane i nie nie przekonują mnie. Są też aluminiowe. Zaczynam wertować strony w sieci, pytać ultrasów o kijki.  Dzwonię do nieocenionego Sebastiana ze Sklepu Podróżnika w Bielsku-Białej i gadamy o kijkach. Z Joanną coraz bardziej nas przekonuje speedhiking, czyli takie kijki wykorzystalibyśmy potem w górach. Pytam naszą czołową biegaczkę Natalię Tomasiak jakich kijków używa. Potem dumam nad Leki, jak Black niedostępny. Sprzedawałem ich kije narciarskie i tanie nie były. Zatem powinny być dobre. Proszę znów o polecenia. Jednocześnie mija czas.

Ostatecznie nie kupiłem i nie pobiegłem z kijkami. Stwierdziłem, że brak mi przekonania i co ważniejsze treningu z nimi. Chociaż z trekkingowymi potrafię naprawdę szybko chodzić, to wolałem nie ryzykować. Poza tym wolałem sobie odpuścić zabawę rozłóż, złóż, schowaj itd. … i po biegu byłem zadowolony, że ich nie kupiłem. Już wiem, że na takie krótkie ultra nie potrzebuję kijów. Musiałyby być większe przewyższenie i to solidnie, abym na krótkie ultra rozważał kijki. Podejścia to podchodziłem, to podbiegałem. Im później, tym więcej było podchodzenia. Szczególnie na Muńcuł czy Rycerzową. Podchodząc opierałem się na udach i to wystarczyło. Owszem było ciężko, jednak ma być ciężko. Teraz analizując na spokojnie kijki dałyby mi troszkę czasu do przodu, ale niewiele. Nie tyle, bym żałował ich braku.

Logistyka poranna… wróć… nocna wzorowa niemalże. Asia wstała o 1, ja niedługo potem. Kawa, nalanie wody do bukłaków. Asia jechała. Za Węgierską Górką postanowiłem chociaż trochę odpocząć i zamknąłem oczy. Po kilku minutach usłyszałem odbijający się od dachu deszcz. Nie zrozumcie mnie źle, ale ostatnio tyle razy mnie zlało, że mam tego trochę dosyć.
A już szczególnie burz. Postanowiłem jednak zignorować deszcz, choć na chwilę oczy otworzyłem. Nie dopuszczałem do swojej świadomości jednak jakiegokolwiek przejmowania się deszczem, czy myślenia o nim. Myślę, że nocna pora i nie całkiem obudzenie jeszcze pomagało mi w tym 😉

Ruszyliśmy. Wśród rac o 4 rano ruszyliśmy do przodu. Biegłem kilka minut z Tomkiem od Bookworma. Wcześniej spotkałem też znajomego Tomka z Gdańska i Maćka – Maćku wybacz;  ja niedobudzony, skupiony na biegu i Ty jeszcze wyjątkowo w okularach, nie poznałem Cię 😉 A Tomek z Gdańska był co najmniej zdziwiony: “No i wtedy spotykam Asię i Piotra. Jestem trochę w szoku, że Piotr tak doskonale ukrywał ten swój debiut w górskim ultra :)” Relacja Tomka z biegu KLIK. (Tomek napisał trzy części, polecam dwa wcześniejsze posty). Wracając do “ukrywania się” – ano, nie chwaliłem się nikomu, o moim starcie wiedziały najpierw dwie,
a potem trzy osoby.  Drogi Tomku ten bieg wyszedł przypadkiem, nie wiedziałem co i jak, wolałem nie tworzyć sobie presji.
Po kilku minutach życzyłem powodzenia temu drugiemu Tomkowi,  z którym biegłem od startu, i lekko przyspieszyłem. Najwyżej później będzie marsz, myślałem, ale tutaj mogę biec szybciej i nadal komfortowo. Joanna w tym czasie jechała pod Wielką Raczę, aby tam wbiec, nakręcić ujęcia do filmu i pobiec do Przegibka, gdzie miała spotkać się ze mną.

A ja spokojnie posuwałem się do przodu. Nie szarżowałem, lekkie podejścia podbiegałem. Strome odcinki maszerowałem. Cały czas czułem łydki. To pokłosie biegania w minimalistycznych butach w Ustroniu (m.in. bieg na Równicę) poprzedniego weekendu. Jak i codziennego biegania – wolny miałem tylko piątek. Miałem świadomość, że mogę pod koniec mieć problem z powodu kurczów. Jednak dobrze mi się biegło, zatem parłem do przodu.
Wyjątkowo dobrze mi się zbiegało. Na pierwszym zbiegu z Rachowca delikatnie puściłem się i wysforowałem sporo do przodu. Wtedy przypomniały mi się słowa Rudzika, partnera Ani z Panna Anna biega, z którymi miałem przyjemność spotkać się właśnie weekend wcześniej w Ustroniu. Zrobiliśmy sobie wtedy wycieczkę biegową na Czantorię, z powrotem przez Małą Czantorię. Rudzik wtedy powiedział mi o darmowych kilometrach, gdy zbiegamy – o ile to nie jest zbieg na łeb na szyję. Wysuń biodra do przodu i leć w dół. Siedziało mi to w głowie podczas Chudego i korzystałem z jego porady. Rudzik dziękuję!

Na swoich pierwszych zawodach biegowych, wiele lat wcześniej, popełniłem sporo, i to poważnych błędów. Zapłaciłem duże frycowe. Tutaj było ich o wiele mniej. Po części wynikało to z nastawienia mentalnego, po części z przygotowania, plus miałem trochę szczęścia.

Zbyt dużo czasu spędziłem na punkcie w Schronisku na Przegibku. Zjadłem kilka cząstek pomarańczy, jeden kawałek arbuza. Uzupełniłem niepotrzebnie wodę w bukłaku (miałem ponad litr jeszcze) i wypiłem pół kubka izotonika. Tu straciłem kilka minut. Ale była Asia, i w międzyczasie gadaliśmy. Bardziej ona niż ja 😉 A ja byłem też trochę i zmęczony i mniej skupiony na świecie – w transie byłem czy co? Bo spokojnie widząc, ile wody mam w bukłaku, to mogłem odpuścić jego uzupełnianie. Ale nie myślałem o tym, że to już niedaleko do mety. Tzn. wiedziałem ile mam już za sobą, ale nie zwróciłem uwagi, ile mam przed sobą. Że jedna górka, zbieg, druga, długi zbieg i Ujsoły. Potem przed Rycerzową zjadłem z musu batonika. Oj, długo gryzłem i memlałem go w ustach. Ale od świtu biegłem tylko na dwóch bułkach z ciasta półfrancuskiego i małej kawie, plus trzy żele podczas biegu. I te płyny na Przegibku. Uznałem, że lepiej zjeść. Potem niestety płyny z Przegibka trochę mi ciążyły i nie mogłem mocno puścić się z Rycerzowej z uwagi na początki kolki. Ale tylko zasygnalizowała się i na płaskim mogłem spokojnie biec. A nie walczyć z kolką. Bo na biegu do Zielonego Stawu biegłem kilka kilometrów z kolką i nadwyrężyłem mocno mięsień od ciągłego ściskania. Na tyle mocno, że kilka tygodni później jeszcze odczuwałem ból  przy szybszym biegu. Nie polecam.

Najciężej, na tle całego biegu, było pod koniec. Choć nie tragicznie. Czułem już solidne zmęczenie. Ale parłem do przodu. I byłem sam. Za Przegibkiem, przed Wielką Rycerzową wyprzedziłem dwie osoby (wg. międzyczasów, bo kojarzę jedną). Od Rycerzowej biegłem już sam. Ograniczona widoczność nie pozwalała na długie spojrzenie do tyłu. Nie wiedziałem, czy ktoś mnie goni. Włączyła się nuta rywalizacji. Czasem wydawało mi się, że kogoś słyszę za sobą. Jednak biegacza spotkałem dopiero na ok. 1.5 km do mety. Co ciekawe, ten odcinek samotności wydawał mi się długi a de facto to było ok. 10 km.

Czym byłby bieg w górach bez gleby? Tydzień wcześniej na zbiegu z Czantorii na łatwym odcinku rozharatałem sobie kciuk, dłoń i kolano. Kilka dni Asia sama zmywała naczynia aby rana szybciej mi się zagoiła. Ba, nawet myła mi plecy 😉 Ale rany do końca się nie zagoiły. Podczas biegu zatem byłem ostrożny. A i tak wbiegłem na metę z zakrwawioną ręką, kolanem i koszulką. Jakieś kilkadziesiąt metrów za znakiem, że do mety pozostało 2 km, wpadłem w jeżyny. Gęste, niskie krzaki z kolcami. Obróciło mnie do góry nogami, tak, że miałem problem wstać. Spojrzałem na rękę – pełna krwi – kolce poharatały mi ramię (takie kilkanaście sznytów) Olać to. Trzeba biec. Może ktoś zaraz mnie dogoni?

Wróćmy kilka km wcześniej. Ci, którzy mnie znają, wiedzą że lubię być przygotowany tam, gdzie można się przygotować. Nie lubię olewania tematu i pozostawiania rzeczy przypadkom. Albo ci zależy, albo nie. A los sprzyja przygotowanym. Dodatkowo lubię filozofię kaizen i uważam, że drobne kroki wymagające malutkiego nakładu sił, procentują i dają cegiełkę przewagi. Zatem obadałem trasę przed startem – ale nie jakoś na blachę. Sporo jej znałem, wielokrotnie nią chodziliśmy razem od Wielkiej Raczy do Rycerzowej. Nie znałem początku do Soli i odcinka od bacówki na Rycerzowej do mety. Asia, jako lokalny “przewodnik” przypomniała mi trasę.
Dlatego mój mózg, gadzi czy nie gadzi, czy moje drugie biegowe ja, czy moje zmęczone ja – jak zwał tak zwał – nie powiedziało mi przed Muńcułem – ale nie mówiłeś mi o tej górce.  Chociaż bardziej właściwe byłoby “ale to jeszcze jeden podbieg?! serio?! ” 😀
Bo przy profilu trasy na mapie była wzmianka aka ostrzeżenie, że na Muńcoła się idzie i idzie i  … idzie. Najpierw jedno wzniesienie, potem drugie, trzecie i dopiero potem Muńcuł.
Nie liczyłem tych podejść, choć zapamiętałem, że są trzy a nie cztery “szczyty”. Bez różnicy. Wiedziałem, że albo już albo jeszcze jedno podejście i że to koniec, potem zbieg. Polanę szczytową Muńcoła z wolontariuszem przyjąłem szybkim zmęczonym westchnieniem “w końcu Muńcuł” i poleciałem w dół. Gdy niedługo potem zobaczyłem kartkę, że do mety 5 km spojrzałem na zegarek. Niedługo po 9. To jest szansa na fajny czas. Myślę, że 5.45 to będzie dobrze.

Zbieg jednak nie pozwalał mi się rozpędzić. Szeroka droga, ale usiana kamieniami, co w połączeniu z zmęczeniem zniechęca do szybkiego zbiegu. Plus musiałem przecierać co kilka minut okulary, aby widzieć teren, po którym biegnę – ot, życie okularnika. Plus wspomniana gleba. Do tego wydawało mi się, że asfaltu na końcu jest mniej. No i wpadłem na koniec szlaku w podmokły teren – chlup, chlup – i zrobiłem w nim kilka metrów jak jakiś bociek, aż w końcu wyskoczyłem w bok na szlak – kłaniał się już brak koncentracji. Asia przed zawodami mówiła mi, że jeśli nie będę chciał gnać do mety to pobiegłaby ze mną do mety końcówkę. Myślałem o tym podczas biegu i stwierdziłem, że zrobię jej tą przyjemność, olać ewentualne ściganie się. Asfalt mi się dłużył. Zawodnik przede mną albo lekko przyspieszył, albo ja zwolniłem i zostałem w tyle. Asia mnie dojrzała, rozpoczęła filmowanie telefonem i pobiegła ze mną do mostku na mecie. Chwilę wcześniej jakiś rowerzysta (spotkany na mecie potem) coś do mnie mówił, proponował wodę. Podziękowałem (no support!) i odpowiedziałem szybko coś, bo sił na gadanie to ja już nie miałem 😀 Byle do mety.

Czy uważam się za ultrasa?
Bynajmniej.

Nie nazwę tego biegu wypadkiem przy pracy, bo to byłoby krzywdzące.
Jednocześnie mam poczucie, że ultrasem nie zostaje się po jednym krótkim biegu ultra.

Miałem bardzo dobrą pogodę. Jestem mocny w górach, jak na amatora. Miałem trochę szczęścia i dobre nastawienie. Ale zdaję sobie sprawę, że ultra to coś więcej. Coś czego tu zabrakło. Aby to poczuć, mieć okazję doświadczyć, powinno się pobiec kilka takich biegów.

Send to Kindle

4 thoughts on “Jestem ultrasem czy nie jestem…

  1. Piotrze, z serca gratuluję. I cieszę się, że piszesz. Twoje różne uwagi i rady gdzieś w mojej głowie kołaczą i powracają (choćby o bieganiu w upale). Dzięki Tobie (przez Ciebie?) zrobiłem się bardzo wybredny, jeśli chodzi o starty, zdecydowanie bardziej skupiam się na treningach.
    Cieszę się, że się bawisz bieganiem, no i że jeszcze (w Twoim mniemaniu) nie jesteś ultrasem, bo to znaczy, że będą kolejne starty i będzie co poczytać (i może o czym porozmawiać).
    Wszystkiego naj!

  2. Przeczytałem i w końcu drugi raz – bo pierwszy na komórce w sklepie między półkami. Drugi raz na spokojnie. Gratulacje składałem już wielokrotnie na wszystkich możliwych platformach 🙂 Ale nie szkodzi zrobić tego jeszcze raz. Jestem pełen podziwu. I z przyjemnością czyta się takie relacje jak Twoja.

    Co do Muńcuła – każdy kto biegnie go pierwszy raz strasznie narzeka, że oszukuje nie mniej niż ten w drugiej części trasy nazwany wprost Oszustem (nie wiem, nie byłem, tylko słyszałem). Mój Muńcuł w 2016 był okropny. W 2017 wiedziałem czego się spodziewać, ale generalnie byłem po długim treningu jedzeniowym i było by mi ciężko także, gdyby Muńcuł był tylko z górki. Za to teraz, 2018, czysta przyjemność. Co prawda raz dałem się oszukać jakieś 300 może 500 metrów przed realnym szczytem, ale zareagowałem tylko lekkim uśmieszkiem.

    Co do pytania czy jesteś ultrasem? OCZYWIŚCIE, że TAK. Ultra to NIE JEST przecież jakaś definicja na określenie wielkiego zmęczenia, walki z przeciwnościami, upadanie i podnoszenie się, albo tylko upadanie. Definicja Ultra jest prosta, to pokonanie dystansu większego niż 50 km. Ty właśnie to zrobiłeś. I niezależnie od tego, czy będziesz szedł w to dalej, czy nie, albo czy znienacka odkupisz pakiet na ŁUT dzień przed biegiem (hehe) to ultrasem już jesteś. Stałeś się nim na trasie Chudego. A fakt, że pokonałeś tę trasę lekko i na luzie oznacza wyłącznie, że jesteś bardzo dobrym ultrasem 🙂

  3. Pawle
    dziękuję za miły komentarz. Dawno nie pisałem, a tu pojawiła się okazja – debiut w ultra. Ciesze się, ze korzystasz z tego co tutaj piszę 🙂
    Joanna
    dziękuję, tak już jest, że lubię się ruszać w wolnym czasie
    Tomku
    dziękuję, miło było Cię spotkać o tej 3.45 am 🙂
    Tak, Muńcuł jest zdradliwy. Gdybym nie sprawdził go na mapie, to kolejne podejście na niego mogłoby mnie dość zdemotywować.
    Tak, wg. definicji jestem ultrasem 🙂
    ŁUT i pakiet 🙂
    pozdrawiam serdecznie

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *