Pofolgowanie sobie

Mija zima. Dobry moment na post.
I to dobry moment na podsumowanie ostatnich dwóch miesięcy biegania.
Po Walencji zrobiłem sobie miesiąc przerwy. Roztrenowanie, które co roku robię.
A potem biegałem. I głównie biegałem, aby pobiegać. Mniej mi się chciało, mniej przyjemności z tego miałem, mniej mi zależało.

Kilka czynników tego stanu rzeczy wymienię od razu: słaba zima, pofolgowanie sobie, brak słońca, używki, jakiś brak chęci. Co do braku chęci przemyślę to. Czynniki te każdy z osobna może normalnie nie znaczyłyby dużo, ot cegiełki, ale razem postawiły solidny mur. Na drodze solidnego biegania.

Słaba zima. Prawdziwa zima – biała i śnieżna – przyszła pod koniec stycznia, w lutym królowała z przerwami, aby w marcu wyskoczyć znienacka. Taki klimat, niestety.
W połączeniu ze smogiem i brakiem słońca niezbyt mnie to motywowało do wyjścia na bieganie. Ot, wychodziłem po pracy, jednak aby pobiegać, nie dla biegania.
Odbiłem sobie to częściowo, gdy w końcu przyszła zima. Po pracy wsiadałem auto, pod Dębowiec, czołówka na głowę i dalej do Wapienicy lasem i Palenicę. Pod rząd kilka razy, bo trzeba wykorzystać te kilka cm śniegu. A w weekend Klimczok, Szyndzielnia, Błatnia, Stefanka w różnych konfiguracjach. I w końcu moje biegowe cieplejsze rzeczy mogłem wyjąć. Bo już planowałem przeprowadzkę na daleką północ. Nowe legginsy, kurtka w szufladzie, skarpetki wodoodporne wołały o użycie. A tak mogłem je amortyzować 😉 Nie mówiąc o butach trailowych. Bo ja rzadko używam takich butów. Więcej razy wystarczy mi zwykła szosówka. Ale po śniegu, w lesie i w górach pośmigałem w Pearl Izumi N1 Trail.

Pofolgowanie sobie. Używkami. Więcej kawy. Gdy ma się dobrą kawę w pracy i ekspres (pokrętło i guziczek) to trzeba mieć silną wolę i przemyślenie. Rzadko z tego korzystałem i kilka kubków espresso szło dziennie. Od czasu do czasu yerba. A jeszcze do niedawna potrafiłem zrobić sobie “detoks” od kawy – 2 tygodnie bez łyka.
W końcu stwierdziłem: dość! W pracy piję yerbę, a kawę tylko w domu i tylko w weekendy.
Od kilkunastu dni trzymam się tego postanowienia. Yerba świetnie pobudza a silną wolę mam.
Druga używka to alkohol, pod wredną … pod smaczną postacią rumu. Jeśli robisz sobie drinka to nie tyle samo rumu co dwa razy słabszej wódki. A, że smakuje wybornie i w dobrym drinku nie czuć tej mocy, to trochę sobie pofolgowałem. Żadnego pijaństwa itp., po prostu organizm przyjmował większe stężenie alkoholu. A i bieganiu i kondycji się to nie przysłużyło. Do tego więcej jedzenia – np. przez jakiś czas jadłem spory posiłek w pracy. Połączmy to z obfitą kolacją i mniejszą ilością biegania. Waga stanęła na 70-70,5 kg. Moja waga startowa to 3-4 kg mniej. Zatem spora różnica. Miałbym ją gdzieś, i to szybko … gdybym zaczął regularnie, solidnie biegać. A tak jest oponka. Dyskretna, ale ja swoje wiem. I akceptuję to. Do czasu.

Plany wiosenne. Zapisany i opłacony jestem na dwie dyszki – Fortuna w Cieszynie i Bieg Fiata w Bielsku-Białej. Miał być Półmaraton Żywiecki, jednak ostatecznie wybrałem saunę i basen solankowy oraz śniadanie w formie szwedzkiego bufetu. Trafiła się okazja to skorzystałem. Sentyment do żywieckiego biegu miałem przez dłuższą chwilę, ale pobiec tylko, aby pobiec? Kilka lat temu pewnie bym pobiegł, bo wtedy miałem inne nastawienie. Dlatego od 2010 roku nazbierało mi się ponad 100 zawodów. O medalach nie wspomnę. Teraz jednak, mając w perspektywie brak formy i bieg w środku stawki. Nie, nie chce mi się …
I nie, nie jestem aż takim leniem. Po przyjechaniu do Ustronia odsapnąłem i poszedłem zasłużyć na wyżej wspomniane przyjemności (i wieczorną pizzę z piwem z Browaru Zamkowego w Cieszynie). Asfaltową drogą wbiegłem 2 razy na Równicę (znów te góry, albo raczej znów te podbiegi), pokręciłem się trochę po lesie w okolicach wierzchołka. I wyszło 2 h 15 minut biegu. Chyba zasłużyłem 😉

Podsumowując to był taki sobie okres. Nie czułem potrzeby zmuszania się, zatem odpuściłem treningi. Trasy bielskie nudziły mnie, brak słońca demotywował. Nogi mam silne – góry się kłaniają – gorzej z kondycją i ogólna formą. Bieganie w górach wybijało się na tle mojego biegania, choć o to nie było trudno. Na szczęście będzie więcej słońca!

Send to Kindle

Nowe smaki biegania

Kocham biegać. Powtarzałem to wielokrotnie. Biegam od 2009 roku, czyli to nie przelotna znajomość czy flirt. To długotrwała relacja, która daje korzyści obu stronom. Co prawda do końca nie wiem, jakie korzyści ma bieganie ze mnie, jednak pewnie dość spore. Ja swoich nie będę wymieniał – wysportowana sylwetka, pompuję materac kilkoma wydechami itd. Co prawda od czasu do czasu musimy od siebie odpocząć, bo nie chcemy się od siebie uzależnić. To ma być zdrowy związek, z balansem. Nie widzimy się jakiś czas, a potem wracamy z rozpostartymi ramionami do siebie.

Tak było do tej pory, tzn. do połowy tego roku. Wtedy, gdy zakończyłem swoją letnią przerwę od biegania, zmieniłem podejście. Tak jak napisałem tutaj (LINK). I pierwsze tygodnie były intensywnie angażujące i przyjemne. Mimo oczywiście pewnego zmęczenia, bo biegałem 6 dni w tygodniu. Co dzień prawie się widziałem z moim bieganiem i robiliśmy razem fajne rzeczy. A to podbiegi, a to górki, a to przebieżki, a to szybkie. Związek kwitł i się rozwijał. Uczucie było płomienne i gorące.

Bieganie tyle razy w tygodniu musi być zróżnicowane. Inaczej wpadniemy w rutynę i wtedy popłyniemy na mielizny rutyny i nudy. We wrześniu jeden trening w tygodniu miałem w górach. Fajnie. To pomagało mi się zresetować. I to zbieganie po kamieniach, wąskie leśne ścieżki, wysiłek na podbiegach. Głowa odpoczywała, miałem inne bodźce w porównaniu do asfaltu.

Zauroczenie trwało do czasu, bo pojawiły się nowe smaki biegania, których nie znałem. I to nie były słodkie smaki.

Kocham biegać. Tak przez siedem lat określiłbym swoją pasję biegową. Aczkolwiek nie chcielibyście słyszeć co pewnej niedzieli rzuciłem w przestrzeń. To był deszczowy, bardzo deszczowy wrześniowy tydzień. Każdego popołudnia albo padało albo mocno kropiło. W niedzielę wróciliśmy około 19 z nieplanowanego wyjazdu za Kraków. Gdy dojechaliśmy wieczorem do domu było super, czyli nie padało. Ooo! Pobiegam sobie nie w deszczu, w końcu! Oj naiwny ja… W domu szybko coś przekąsiłem i wyjrzałem za okno ubierając się. Padało… nie jakoś mocno. Ubrałem zatem swoją kurteczkę i dalej jazda na dół. Wyszedłem z bloku i momentalnie schowałem się z boku pod dachem. Już padało całkiem brzydko, tj. ładnie, tj. solidnie. Postałem kilka sekund, rzuciłem w przestrzeń kilka słów brzydkich słów i … pobiegłem. I wróciłem, któryś dzień z rzędu cały mokry. Kolejny raz. Ale wtedy byłem jeszcze cierpliwy.

Moja miłość do biegania została wystawiona na solidną próbę. Bieganie i przeplatanie tego z dniami wolnymi,  pozwala na pewien reset mentalny od biegania. Lało jak z cebra – phi, pobiegam jutro. Byłem padnięty po pracy i czułem się niewyraźnie – tak samo – pobiegam jutro. Ale teraz nie ma jutro. Tzn. jest, ale jutro też biegam. Teraz buty na nogi i jazda pobiegać. Wiało, padało, nie chciało się – i co z tego? Biegać, biegam, biegnę – biegać odmieniane przez wszystkie czasy pod warunkiem, że to czas dokonany.

Pierwsze dwa miesiące były całkiem fajne. Wymagające – jednocześnie fajne. Po 1,5 miesiąca treningów pobiegłem półmaraton w Katowicach. 1:25:14 i życiówka poprawiona o 6’16. Ładnie! Ale pokaż mi jak skończyłeś, nie jak zaczynasz. Co z tego, że masz entuzjazm i motywację na początku. Dużo i … nic. Dużo, bo zacząć trzeba.
Nic, bo jeśli nie wytrwasz, nie podołasz, to co ci z tego wysiłku? Detale i sytuacje kiedy coś nam to da, zostawmy. Tu się liczy efekt. Dopiero na mecie możesz świętować.

Biegnę na trasie półmaratonu Silesia

Na trasie półmaratonu Silesia

Zatem przykręciłem sobie śrubę. Aby nie spocząć na laurach po tym rekordzie. I chyba za mocno to zrobiłem. I fizycznie i psychicznie. Podejrzewam, że chcąc dobrze, jednak przedobrzyłem. Potem “ratowałem” siebie i ostatnie dwa tygodnie taperingu. To było już nie codzienne bieganie, a 3-5 razy w tygodniu. Starałem się wsłuchać w swój organizm, co nie było łatwe. Nie było, bo głowa też była zmęczona.

Jest końcówka listopada. Bokiem mi to bieganie wychodzi. Jak ciemna cholera. Ubieram się na trening i mówię do Asi, nie chce mi się. I to nie było raz. Tak było już praktycznie codziennie! NIE CHCE MI SIĘ! Czasem przekomarzałem się sam ze sobą, znacie pewnie to – a nie chce mi się, a potem hasacie jak miło. Częściej tu jednak u mnie było znużenie i niechcenie się z definicji.
Tu nie działały dwie moje wypracowane taktyki.
Wcześniej jak określałem przedział czasowy swojego biegania to wracałem odrobinę później. Teraz wracałem … szybciej. Wychodzę na półtorej godziny, wracam po godzinie i 15 minutach. Wychodzę na 2,5h, wracam po 2 z minutami.

I po drugie – mam świetne wyczucie czasu. Potrafię pobiegać tyle ile chcę, bez zegarka. Mój zegarek to bardziej zegarek codziennego użytku niż biegowy. W końcu szczęśliwi biegacze czasu nie liczą… Ano do czasu! Ostatnie moje treningi to treningi z zegarkiem, abym wiedział kiedy mogę wreszcie skończyć ten trening.

Czy ja mówiłem, że bieganie to moja pasja? Tak, jednak czasem – bardzo wymagająca pasja.
Coś za coś jednak. I decyzja należy do nas. Wdrożyłem u siebie taki eksperyment, nastawiłem się o wiele mocniej na wynik, a za tym szła ciężka praca. Ale decyzja i decyzje były moje.

Send to Kindle

Komfort na bok

Sprawdzam. Powinien tak sobie powiedzieć stojąc na starcie maratonu w Walencji. Sprawdzam – i nie chodzi tu o pokera. Sprawdzę, na ile mój eksperyment się powiódł.
Bo maraton to ten najważniejszy dla mnie test. Dystanse krótsze są ważne, są trudne, potrafią zaboleć, ale to maraton ma dla mnie magię. I teraz sprawdzę na ile wybiegane setki kilometrów, pot, chęci i niechęci do biegania okażą się warte wysiłku. Stoję teraz w grupie 3.00-3.15 listopadowego ranka w Walencji.

… przenieśmy się najpierw do słonecznej Toskanii. Tu zaczyna się nowy etap mojego biegania. Jest druga połowa mojego urlopu. I czwarty tydzień mojego niebiegania po sezonie wiosennym. Pierwszy tydzień we Włoszech to intensywne wędrówki po Alpach Bergamskich. To takie przygotowanie pod bieganie po kilkunastu dniach laby. Nachodziliśmy się wtedy, że hej KLIK! Po przenosinach do Toskanii, w małej wiosce na wybrzeżu zaczynam biegać. Codziennie. To była dla mnie nowość.

Po maratonie we Florencji XI.2016 r. byłem kontent. Tyle i aż tyle. Zrobiłem życiówkę, wyciągnąłem wnioski z łódzkiej lekcji. Jednocześnie wiedziałem, że stać mnie na więcej. Po maratonie rozmawiałem z Wojtkiem, który przekonywał mnie do większej pracy i codziennego biegania. Zacząłem też myśleć nad swoim podejściem do biegania.
Do tej pory moje podejście do biegania było takie – przyjemność na pierwszym miejscu. Bieganie to dla mnie przyjemność połączona ze zdrowiem i wynikami. Zdrowiem, bo nie chcę za kilkadziesiąt lat żałować, że mam problemy przez bieganie. Unikam kontuzji i jak na razie dobrze mi to wychodzi. Co do wyników to też są ważne, bo poprawianie życiówek sprawia mi frajdę. Dobrze jest coraz szybciej biegać.
Ale najważniejsze do tej pory było to, aby mieć sporo fun’u i przyjemności.

Ta przyjemność przybiera czasem specyficzne odmiany. Takie jak kilkadziesiąt podbiegów na stromej ulicy na osiedlu jak chomik. Czy kilkanaście podbiegów na Pachołek w Gdańsku po schodach (czyli stromo) w upale. Czy wybieg na Szyndzielnię w 60 minut z osiedla. I tak dalej i tym podobne. Przyjemność to także dla mnie wysiłek, czasem naprawdę solidny. Ale dawkowany stopniowo, tak aby mieć z tego zabawę i przyjemność. Plus pamiętanie o regeneracji.
Tylko to moje podejście zaczynało mi przypominać o pewnym miejscu, gdzie rzadko dzieją się rzeczy ciekawe, ambitne. Wielu z was zna to pojęcie. Strefa komfortu. Siedziałem sobie w wygodnej strefie komfortu, gdzie od czasu do czasu wybiegałem na jakiś mocniejszy trening. Większość treningów to nie było przekraczanie swoich granic, stawianie sobie wyższych celów… tylko po prostu bieganie. Nie trenowanie. To było zadekowanie się w tej niemęczącej, wygodnej i przyjemnej strefie komfortu.

I nie, nie chodzi o ciężkie treningi za każdym razem. Nie. Chodzi o powzięcie postanowienia i wysiłku do codziennego biegania. A de facto o spróbowanie nowego podejścia.

Sportowo można by rzec, że tym swoim podejściem doszedłem do swojego maksimum w osiągach. Doszedłem do maksimum i zatrzymałem się. Miałem swoje życzeniowe cele jak złamanie 40/10 czy 90 minut w półmaratonie. Ale nic za tym nie szło. Do 1.30.30 i 40.30 doszedłem i tyle. Bo jak pisałem wyniki nie były najważniejsze.

Postanowiłem, że chcę spróbować innego, czegoś nowego. Jeśli stare metody już się wypaliły,
to nie oczekujmy po nich nowych efektów.Trzeba wypróbować nowe – zacząć biegać więcej i mocniej. Zrobię zatem eksperyment. Przesunę swoje podejście do biegania bardziej w stronę wyników.

Nie skrajnie, bo pamiętam o balansie. Jednak taka zmiana i tak powinna dużo zmienić w całości. Wojtek pisał o tym. Paweł Ignac też:
“Przeżyłem spory szok i czułem się jak żółtodziób, którego ktoś rzucił na głęboką wodę. Kilometraż o wiele większy od tego, do którego byłem przyzwyczajony. Więcej szybkiego biegania. Szybkie oznaczało naprawdę szybkie, a nie trochę szybsze.”
(daleko mi do Pawła wyników i treningu, jednak chodzi o samą zmianę)
Zatem dlaczego nie? Poza tym ciągle powtarzanie tego samego nie da innych wyników, nieprawdaż?

Zatem zacząłem codziennie biegać, ale prawie. W Toskanii uznałem, że będę biegał sześć dni w tygodniu. Jeden dzień ma być wolny. Przeznaczony na odpoczynek od biegania, na rower, na górskie wędrówki, lenistwo czy realizację nagromadzenie domowych obowiązków. To i tak da mi wystarczającego kopa. Z 40-60 km tygodniowo będzie 80-100. Kilka tygodni i różnica robi się duża.
Z tego, przy mądrym treningu, mogłem ugrać dla siebie dużo. Choć mogłem i zepsuć i uznać eksperyment za porażkę.

Maraton w Walencji zakończyłem z nową życiówką 3:00:56. Hurra! Prawie 13 minut lepszą.
I na mecie mogłem stwierdzić, że miałem zapas sił, co tylko dobrze prorokuje na następne podejścia do maratonów. Ale droga do celu nie była już tak radosna. Droga była … drogą.
Ja na kilometr do mety
Send to Kindle

Padłeś? Powstań!

Hektolitry wylanego potu, setki przebiegniętych kilometrów. Poranne pobudki, aby przed zajęciem się codziennymi obowiązkami – np. dziećmi i pracą czy innymi zajęciami – zrobić trening.
Wysiłek fizyczny, mentalny i duchowy.
Pot, wyrzeczenia, poświęcenia. Syndrom napięcia przedmaratońskiego. To wszystko w różnej ilości i różnego rodzaju, bo każdy z nas jest inny. Bo każdy z nas sam sobie ustawia poziom wysiłku i wyrzeczeń.

I oto nadszedł wielki dzień. Zawody, do których przygotowywałeś się od miesięcy.
Zawody, na których planujesz zrobić życiówkę. Wymarzony dzień i ambitny cel.
A tu … ups… „coś” nie wyszło i bieg poszedł źle, niezgodnie z oczekiwaniami, klęska.
W głowie panoszy się słowo porażka odmieniane przez wszystkie przypadki a rozgoryczenie
i żal dominują w twoim jestestwie.
Oczywiście, pamiętajmy, że zły bieg a niezgodny z oczekiwaniami to nie zawsze to samo.
Zawody się nie udały.

I siedzisz za linią mety. Z medalem, a jednak rozczarowany i zły. Jeśli dałeś z siebie dużo,
to prawdopodobnie nie masz nawet sił na złość, a tylko na smutek i rozczarowanie.
Tutaj wybitnie pasowała by moja mina po maratonie w Łodzi.

Co dalej?

Może zabrzmieć to brutalnie, ale nic. Wszystko co zrobisz zależy od Ciebie.

Przeżyj emocjonalnie ten swój bieg. Potem zaakceptuj fakt nieudanego biegu.
Pogódź się z tym. Shit happens.
Jednym zdaniem nie ma co (dłużej) rozpaczać. Owszem, trzeba przetrawić swoje emocje i uczucia, bo one są ludzkie. Żal, rozczarowanie, smutek, złość. Ale nie zatracaj się w nich i zaakceptuj, że już po biegu i, że się stało. Możesz rozładować się czy zrelaksować w sobie znany sposób.

Czas biegnie dalej i tylko ty masz wpływ na to co przed tobą. A skoro czas biegnie to zbliżają się nowe, inne biegi. Ba, prawie pewne, że za rok wróci twój bieg w kolejnej odsłonie.
Ale tamten bieg to historia. Przeszłość.

I jak nie masz wpływu na przeszłość, tak masz wpływ na teraźniejszość i przyszłość.
Bo jak już pogodzisz się z faktem nieudanego biegu to warto by się odkuć, nieprawdaż?
Pokazać sobie, że potrafisz i że tamto, to był wypadek przy pracy. Nobody is perfect.
No to do dzieła…

Aby porażkę przekuć w sukces, zamienić ją w lekcję, trzeba wyciągnąć z niej wnioski.
Przeanalizuj sobie, bo kluczowym słowem jest tutaj analiza, swój bieg i trening.
Trening, czyli przygotowania.

Warunkiem, ale to kluczowym warunkiem, jest uczciwość i szczerość wobec siebie.
Albo patrzysz realistycznie na siebie albo idź lepiej pobiegać. Bo oszukiwanie siebie nie ma sensu.
Jak wyciągniesz wnioski, jeśli nie przyznasz się przed sobą do błędu?

Jak to w życiu bywa, ważny jest balans. Nie popadaj w głębsze szczegóły i detale. Zachowaj prostotę. Nadmierna analiza nie pomoże, a wręcz zaszkodzi. Rozpatrywanie detali od każdej możliwej strony to często zły pomysł. Przemyśl swoje przygotowania, swoje nastawienie i swój bieg.

Analiza Billa Rodgersa po nieudanym maratonie bostońskim

Pomocna może być druga osoba. Warunkiem jest, aby pytania pochodziły od doświadczonej osoby, a nie pseudo-eksperta. Po maratonie w Łodzi dostałem kilka celnych pytań od dobrego kolegi Wojtka. Miałem sobie na nie odpowiedzieć z ręką na sercu. I odpowiedziałem, i to nie było przyjemne. Ale było wyjaśniające. Odpowiedzi doprowadziły mnie m.in. do wniosku, że nie starałem się odpowiednio na treningach. Za rzadko wychodziłem ze strefy komfortu. Tutaj przykład mojej analizy:
http://www.piotrfit.pl/2016/12/01/bledylekcjenowawiara

Tylko szczere odpowiedzi dadzą szansę. Szansę na odkucie się.

Bo ostatnim punktem, last but non least, jest odkucie się. Udowodnienie sobie, że potrafię. To pokazanie sobie, że da się. To punkt niezmiernie ważny i będący w synergii z pozostałymi. Rewanż, rehabilitacja, udowodnienie. Wyciągnięte wnioski przekształć w konkretne zmiany.

Moja życiówka z maratonu we Florencji miała właśnie kilka skutków.
Pierwszy to podbudowanie się. Przekonałem się także, że wdrożone zmiany były prawidłowe.
Drugi, że maraton w Łodzi to była cenna lekcja, ale i wypadek przy pracy. Zrobiłem swoje błędy, ale wyciągnąłem wnioski z nich i nie powtórzyłem ich.
Trzeci to, że nie ma sensu rozczulać się za długo nad przeszłością i trzeba patrzeć do przodu. Bo przecież przyszłość czeka. Biegnij 😉

Tak samo Rudzik z Panna Anna Biega opisuje swoje błędy i nastawienie do następnych zawodów:
“Kiedy jednak cofam się o te kilka dni wstecz, zdaję sobie sprawę, że przesadziłem, nawet jak na swój standard, jeżeli chodzi o bezpieczeństwo i niedbalstwo. Jedyna rzecz, która mnie pociesza to to, że jestem mega zmotywowany do kolejnego startu. Wprowadzam zmiany w treningu, kupiłem w końcu super buty i zegarek, który lada dzień powinien do mnie dotrzeć. Dopiero ten bieg uświadomił mi, jak ogromną pasję znajduję w bieganiu. Przy zasypianiu widzę przed sobą te dwie osoby, które przybiegły przede mną na metę. Teraz wiem, że na starcie kolejnego biegu, dam z siebie wszystko, jak nigdy wcześniej. I to nie będzie bieg na czas czy pozycję. Tylko na znalezienie się po raz kolejny w tak trudnym momencie na finiszu i pokazanie sobie, na co mnie stać.”
Brzmi znajomo?

Podsumowując, są trzy kroki:
1. Akceptacja
2. Analiza
3. Odkucie się

źródła dodatkowe:
https://www.goalcast.com/2017/04/09/moments-adversity-greatest-opportunities/

Jak Wam się podoba takie moje podejście do nieudanych zawodów? Coś byście zmienili?
Macie swoje sposoby na pogodzenie się z porażką?

Send to Kindle

Wszystkie błędy i stosunek do nich. Z pamiętnika.

Mija 5 km trasy biegu. Druga pętla. Jest szybko. Dopiero połowa z 10 km trasy, ale jest szybko. Zaczyna boleć w prawym boku. Ale ból jest chwilowy, duma wieczna. Zbliżam się do 7 km i podkręcam obroty. Lubię wyprzedzanie. Lubię negative split. Nogi dają znać, że jeszcze dadzą radę, ale nie za długo.

I tak ma być, myślę. Lekko przyśpieszam. Ostatnie kilkaset metrów, rzut okiem na zegarek i będę w niebie.
Tzn. na mecie z nową życiówką i osiągniętym celem. Zaczynam dyszeć, zaciskam zęby i oddycham jak lokomotywa, której tysiąc atletów nie ruszy choćby każdy z nich zjadł po …
Wyprzedzam tych co za mocno zaczęli i teraz płacą cierpieniem i zwolnieniem.
Oj, jak fajnie, że zacząłem mocno, ale bez forsowania ponad siły. Tak, aby mieć je na przyśpieszenie na końcowych kilometrach.

Ostatnie kilkadziesiąt metrów, kolega obok przyśpiesza. Lubię to. Nie może mnie przegonić. Dociskam gazu i ja. Adrenalina i testosteron robią swoje…
Wpadam na metę, wyczerpany, opierając się o barierkę w celu złapania tchu. Ale jest.
Zrealizowałem swoją taktykę, pobiegłem zachowawczo pierwsze kilometry – co nie znaczy, że wolno! – stopniowo przyśpieszając. Nie czułem presji z racji spokojniejszego swojego początku
a szybszego innych zawodników. Nie ciążyła mi presja, że kogoś muszę przegonić, bo biegam dla siebie.
Tak lubię biegać i tak potrafię.

A potem się obudziłem. Albo powinienem się obudzić.
Bo to powyżej to fikcja. Mając swój dorobek – ponad sto startów, prawie osiem lat biegania – zrobiłem coś dokładnie odwrotnego. Oklaski!

marsz z bólem

Pobiegłem za szybko od początku. Mając braki w treningach – głównie z powodu przedłużonej przerwy zimowej i choroby – podjąłem nieracjonalną decyzję, że spróbuję pobiec na złamanie 40 minut.
Pierwsze 5 km biegłem w tempie ok. 4.00 – poza pierwszymi kilkuset metrami, gdzie jak zwykle jest i był tłok – niestety też nie wszyscy ustawiali się zgodnie ze swoimi możliwościami – shame on you! – a do taranowania się nie nadaję, za miły jestem i za chudy 😉

Jak to kolega Mirek wyliczył, na 6 km 400 metrze przechodzę do marszu. Wcześniej biegnę w okolicy tempa 4 min./km. Nie trzymam tempa a je rwę wyprzedzając, bo albo za ciasno i/albo za wolno.
I czas na … tadam … marsz … nie tadaaam. Sic! Chyba dopiero drugi raz w karierze. Marsz był poprzedzony odcinkiem truchtu, gdzie starałem się rozmasować kolkę albo skurcz mięśni. Bo to mnie dopadło. I bolało. Nie byłem w stanie kontynuować biegu, ba nawet truchtać.
Przeszedłem kilkaset metrów bokiem trasy krzywiąc się i czekając na przejście bólu. Raz spróbowałem truchtać, ale skutecznie zostałem spacyfikowany.

I tak sobie wędrowałem, szedłem…i szedłem … zastanawiając się co ja sobie myślałem.
A mogło być tak pięknie. Pobiec trochę wolniej, ale rozsądniej. Pobiec tak jak to opisałem na początku postu.

Po tych kilkuset metrach, jeśli chcecie znać zakończenie, przeszedłem w końcu do truchtu. Na 2-2.5 km do mety zacząłem biec, stopniowo przyspieszając. Wpadłem na metę z czasem prawie 43 minut. Ech, życiówkę mam nieco powyżej 40 minut.

Osobną kwestią jest moje nastawienie do tego biegu. Nie moje nastawienie.
Czułem pewną presję, że powinienem pokazać co potrafię i że stać mnie na więcej niż dotychczasowe starty. A przecież, ponowne sic!, biegam swoje i dla siebie. Czemu moja głowa powędrowała w meandry „ja wam pokażę” czy porównań z innymi? Nie wiem, ale mam z nią do pogadania. Tzn. ze sobą.

na mecie

Jak widać, mimo mojego doświadczenia, popełniłem taki prosty błąd. Przeszacowałem poważnie swoje możliwości. Cel – tj. złamanie 40 minut – był prawdopodobnie do osiągnięcia, a na pewno do osiągnięcia było poważne zbliżenie się do niego. Tylko nie w taki sposób. Nie tędy droga.

Zresztą jak świeżak się zachowałem. Jak na pierwszych zawodach

Cóż, trochę pokory i lekcji nie zaszkodzi. Trzeba przyjąć na klatę skutki i zaakceptować błędy i robić swoje. Do przodu. Lekcje czy innymi słowy błędy, porażki to okazja do nauki aka feedback. Wyciągamy wnioski – ale uczciwie! – i zaciskamy zęby. Bo nawet jeśli prawda w oczy kole, to prawda nas wyzwoli.

Send to Kindle