Jestem ultrasem czy nie jestem…

Nie biegam ultra. Pieprzyć to. To dla mnie zbyt dużo. Taka myśl przyleciała mi przez głowę podczas biegu górskiego na 34. km na Festiwalu Biegowym w Krynicy. I to przekonanie solidnie zagnieździło się we mnie. Na cztery bite lata.
4 lata później… 11 sierpnia 2018 roku pobiegłem swoje pierwsze ultra. W górach. Podobno całkiem nieźle – 17 miejsce w open.
Jak? Przypadkiem. I nie ma w tym ani krzty przesady.

To nie będzie post o łzach, przeżyciach, transcendencji czy przekraczaniu barier. Po prostu przebiegłem, posiłkując się marszem na niektórych podbiegach. Nie uważam się za ultrasa. To stanie się IMO jak przebiegnę dłuższy dystans/e. I to nie raz. Gdy będzie niepogoda, walka ze swoimi słabościami, praca głową. Tutaj nie było tego wiele, ba prawie wcale tego nie było.
Ale po kolei…

23 lipca, niecałe trzy tygodnie przed 11 sierpnia.
Asia pyta mnie online, czy chcę pobiec Chudego Wawrzyńca
Pierwsza myśl: ja z biegów ultra odpadam. Bo dawno temu, po przywołanych powyżej górskich zawodach, podjąłem decyzję, że ultra nie. Ale pytam dalej, bo mnie zaskoczyła. Jest do wzięcia opłacony już pakiet (trzeba go tylko za 25 zł przepisać na mnie) na którykolwiek dystans 50/80/100. Okazja! Po kilku minutach odpowiadam, że tak. Bo… czemu nie?

Jestem w dobrej formie biegowej. Biegam 9 lat. Od 2014 roku chodzę intensywnie po górach. Rocznie robimy z Asia kilkaset km po górach. Rzadko mamy wolne weekendy, a już bardzo rzadko oba dni weekendu. Nawet, jak od święta zostajemy w mieście, to robimy jakąś trasę 10-20 km w okolicznych górach. W Tatrach na Rysach czy Rohaczach i Banikovie potrafimy urwać dwie godziny z czasów podanych na mapie. Idąc, nie biegnąc. Zrobiliśmy 50 km zimą w Beskidzie Niskim, a kilkanaście razy przekroczyliśmy 40 km – na raz. Średnio robimy 30-40 km w górach. To dawało mi pewne poczucie braku strachu przed tym dystansem.

I jednocześnie dawało mi podstawy do tego, aby mieć pewne przekonanie, że co najwyżej zrobię to trekkingowo. Marszem, bądź marszobiegiem. Jak widzicie kompletnie nie wiedziałem czego oczekiwać. Iść Chudego? Ale przypominam, ja i ultra to do tej pory były dwa bieguny. Ogień i lód. Północ i południe. Dlatego zachowawczo stwierdziłem, że zawsze mogę tam zrobić szybki trekking. Poza tym nie przygotowywałem się pod taki dystans. Biegam regularnie od początku lipca po miesięcznej przerwie.
Limit jest długi, dystans niewiele dłuższy od wspomnianych 50 km. Mogę też przecież to biec, to maszerować.

Pierwsza myśl sprzętowa – kijki! Zaraz potem Black Diamond. Przecież są takie fajne carbonowe, składane. Niestety tego modelu nie ma w mojej długości. Są zbliżone, ale regulowane i nie nie przekonują mnie. Są też aluminiowe. Zaczynam wertować strony w sieci, pytać ultrasów o kijki.  Dzwonię do nieocenionego Sebastiana ze Sklepu Podróżnika w Bielsku-Białej i gadamy o kijkach. Z Joanną coraz bardziej nas przekonuje speedhiking, czyli takie kijki wykorzystalibyśmy potem w górach. Pytam naszą czołową biegaczkę Natalię Tomasiak jakich kijków używa. Potem dumam nad Leki, jak Black niedostępny. Sprzedawałem ich kije narciarskie i tanie nie były. Zatem powinny być dobre. Proszę znów o polecenia. Jednocześnie mija czas.

Ostatecznie nie kupiłem i nie pobiegłem z kijkami. Stwierdziłem, że brak mi przekonania i co ważniejsze treningu z nimi. Chociaż z trekkingowymi potrafię naprawdę szybko chodzić, to wolałem nie ryzykować. Poza tym wolałem sobie odpuścić zabawę rozłóż, złóż, schowaj itd. … i po biegu byłem zadowolony, że ich nie kupiłem. Już wiem, że na takie krótkie ultra nie potrzebuję kijów. Musiałyby być większe przewyższenie i to solidnie, abym na krótkie ultra rozważał kijki. Podejścia to podchodziłem, to podbiegałem. Im później, tym więcej było podchodzenia. Szczególnie na Muńcuł czy Rycerzową. Podchodząc opierałem się na udach i to wystarczyło. Owszem było ciężko, jednak ma być ciężko. Teraz analizując na spokojnie kijki dałyby mi troszkę czasu do przodu, ale niewiele. Nie tyle, bym żałował ich braku.

Logistyka poranna… wróć… nocna wzorowa niemalże. Asia wstała o 1, ja niedługo potem. Kawa, nalanie wody do bukłaków. Asia jechała. Za Węgierską Górką postanowiłem chociaż trochę odpocząć i zamknąłem oczy. Po kilku minutach usłyszałem odbijający się od dachu deszcz. Nie zrozumcie mnie źle, ale ostatnio tyle razy mnie zlało, że mam tego trochę dosyć.
A już szczególnie burz. Postanowiłem jednak zignorować deszcz, choć na chwilę oczy otworzyłem. Nie dopuszczałem do swojej świadomości jednak jakiegokolwiek przejmowania się deszczem, czy myślenia o nim. Myślę, że nocna pora i nie całkiem obudzenie jeszcze pomagało mi w tym 😉

Ruszyliśmy. Wśród rac o 4 rano ruszyliśmy do przodu. Biegłem kilka minut z Tomkiem od Bookworma. Wcześniej spotkałem też znajomego Tomka z Gdańska i Maćka – Maćku wybacz;  ja niedobudzony, skupiony na biegu i Ty jeszcze wyjątkowo w okularach, nie poznałem Cię 😉 A Tomek z Gdańska był co najmniej zdziwiony: “No i wtedy spotykam Asię i Piotra. Jestem trochę w szoku, że Piotr tak doskonale ukrywał ten swój debiut w górskim ultra :)” Relacja Tomka z biegu KLIK. (Tomek napisał trzy części, polecam dwa wcześniejsze posty). Wracając do “ukrywania się” – ano, nie chwaliłem się nikomu, o moim starcie wiedziały najpierw dwie,
a potem trzy osoby.  Drogi Tomku ten bieg wyszedł przypadkiem, nie wiedziałem co i jak, wolałem nie tworzyć sobie presji.
Po kilku minutach życzyłem powodzenia temu drugiemu Tomkowi,  z którym biegłem od startu, i lekko przyspieszyłem. Najwyżej później będzie marsz, myślałem, ale tutaj mogę biec szybciej i nadal komfortowo. Joanna w tym czasie jechała pod Wielką Raczę, aby tam wbiec, nakręcić ujęcia do filmu i pobiec do Przegibka, gdzie miała spotkać się ze mną.

A ja spokojnie posuwałem się do przodu. Nie szarżowałem, lekkie podejścia podbiegałem. Strome odcinki maszerowałem. Cały czas czułem łydki. To pokłosie biegania w minimalistycznych butach w Ustroniu (m.in. bieg na Równicę) poprzedniego weekendu. Jak i codziennego biegania – wolny miałem tylko piątek. Miałem świadomość, że mogę pod koniec mieć problem z powodu kurczów. Jednak dobrze mi się biegło, zatem parłem do przodu.
Wyjątkowo dobrze mi się zbiegało. Na pierwszym zbiegu z Rachowca delikatnie puściłem się i wysforowałem sporo do przodu. Wtedy przypomniały mi się słowa Rudzika, partnera Ani z Panna Anna biega, z którymi miałem przyjemność spotkać się właśnie weekend wcześniej w Ustroniu. Zrobiliśmy sobie wtedy wycieczkę biegową na Czantorię, z powrotem przez Małą Czantorię. Rudzik wtedy powiedział mi o darmowych kilometrach, gdy zbiegamy – o ile to nie jest zbieg na łeb na szyję. Wysuń biodra do przodu i leć w dół. Siedziało mi to w głowie podczas Chudego i korzystałem z jego porady. Rudzik dziękuję!

Na swoich pierwszych zawodach biegowych, wiele lat wcześniej, popełniłem sporo, i to poważnych błędów. Zapłaciłem duże frycowe. Tutaj było ich o wiele mniej. Po części wynikało to z nastawienia mentalnego, po części z przygotowania, plus miałem trochę szczęścia.

Zbyt dużo czasu spędziłem na punkcie w Schronisku na Przegibku. Zjadłem kilka cząstek pomarańczy, jeden kawałek arbuza. Uzupełniłem niepotrzebnie wodę w bukłaku (miałem ponad litr jeszcze) i wypiłem pół kubka izotonika. Tu straciłem kilka minut. Ale była Asia, i w międzyczasie gadaliśmy. Bardziej ona niż ja 😉 A ja byłem też trochę i zmęczony i mniej skupiony na świecie – w transie byłem czy co? Bo spokojnie widząc, ile wody mam w bukłaku, to mogłem odpuścić jego uzupełnianie. Ale nie myślałem o tym, że to już niedaleko do mety. Tzn. wiedziałem ile mam już za sobą, ale nie zwróciłem uwagi, ile mam przed sobą. Że jedna górka, zbieg, druga, długi zbieg i Ujsoły. Potem przed Rycerzową zjadłem z musu batonika. Oj, długo gryzłem i memlałem go w ustach. Ale od świtu biegłem tylko na dwóch bułkach z ciasta półfrancuskiego i małej kawie, plus trzy żele podczas biegu. I te płyny na Przegibku. Uznałem, że lepiej zjeść. Potem niestety płyny z Przegibka trochę mi ciążyły i nie mogłem mocno puścić się z Rycerzowej z uwagi na początki kolki. Ale tylko zasygnalizowała się i na płaskim mogłem spokojnie biec. A nie walczyć z kolką. Bo na biegu do Zielonego Stawu biegłem kilka kilometrów z kolką i nadwyrężyłem mocno mięsień od ciągłego ściskania. Na tyle mocno, że kilka tygodni później jeszcze odczuwałem ból  przy szybszym biegu. Nie polecam.

Najciężej, na tle całego biegu, było pod koniec. Choć nie tragicznie. Czułem już solidne zmęczenie. Ale parłem do przodu. I byłem sam. Za Przegibkiem, przed Wielką Rycerzową wyprzedziłem dwie osoby (wg. międzyczasów, bo kojarzę jedną). Od Rycerzowej biegłem już sam. Ograniczona widoczność nie pozwalała na długie spojrzenie do tyłu. Nie wiedziałem, czy ktoś mnie goni. Włączyła się nuta rywalizacji. Czasem wydawało mi się, że kogoś słyszę za sobą. Jednak biegacza spotkałem dopiero na ok. 1.5 km do mety. Co ciekawe, ten odcinek samotności wydawał mi się długi a de facto to było ok. 10 km.

Czym byłby bieg w górach bez gleby? Tydzień wcześniej na zbiegu z Czantorii na łatwym odcinku rozharatałem sobie kciuk, dłoń i kolano. Kilka dni Asia sama zmywała naczynia aby rana szybciej mi się zagoiła. Ba, nawet myła mi plecy 😉 Ale rany do końca się nie zagoiły. Podczas biegu zatem byłem ostrożny. A i tak wbiegłem na metę z zakrwawioną ręką, kolanem i koszulką. Jakieś kilkadziesiąt metrów za znakiem, że do mety pozostało 2 km, wpadłem w jeżyny. Gęste, niskie krzaki z kolcami. Obróciło mnie do góry nogami, tak, że miałem problem wstać. Spojrzałem na rękę – pełna krwi – kolce poharatały mi ramię (takie kilkanaście sznytów) Olać to. Trzeba biec. Może ktoś zaraz mnie dogoni?

Wróćmy kilka km wcześniej. Ci, którzy mnie znają, wiedzą że lubię być przygotowany tam, gdzie można się przygotować. Nie lubię olewania tematu i pozostawiania rzeczy przypadkom. Albo ci zależy, albo nie. A los sprzyja przygotowanym. Dodatkowo lubię filozofię kaizen i uważam, że drobne kroki wymagające malutkiego nakładu sił, procentują i dają cegiełkę przewagi. Zatem obadałem trasę przed startem – ale nie jakoś na blachę. Sporo jej znałem, wielokrotnie nią chodziliśmy razem od Wielkiej Raczy do Rycerzowej. Nie znałem początku do Soli i odcinka od bacówki na Rycerzowej do mety. Asia, jako lokalny “przewodnik” przypomniała mi trasę.
Dlatego mój mózg, gadzi czy nie gadzi, czy moje drugie biegowe ja, czy moje zmęczone ja – jak zwał tak zwał – nie powiedziało mi przed Muńcułem – ale nie mówiłeś mi o tej górce.  Chociaż bardziej właściwe byłoby “ale to jeszcze jeden podbieg?! serio?! ” 😀
Bo przy profilu trasy na mapie była wzmianka aka ostrzeżenie, że na Muńcoła się idzie i idzie i  … idzie. Najpierw jedno wzniesienie, potem drugie, trzecie i dopiero potem Muńcuł.
Nie liczyłem tych podejść, choć zapamiętałem, że są trzy a nie cztery “szczyty”. Bez różnicy. Wiedziałem, że albo już albo jeszcze jedno podejście i że to koniec, potem zbieg. Polanę szczytową Muńcoła z wolontariuszem przyjąłem szybkim zmęczonym westchnieniem “w końcu Muńcuł” i poleciałem w dół. Gdy niedługo potem zobaczyłem kartkę, że do mety 5 km spojrzałem na zegarek. Niedługo po 9. To jest szansa na fajny czas. Myślę, że 5.45 to będzie dobrze.

Zbieg jednak nie pozwalał mi się rozpędzić. Szeroka droga, ale usiana kamieniami, co w połączeniu z zmęczeniem zniechęca do szybkiego zbiegu. Plus musiałem przecierać co kilka minut okulary, aby widzieć teren, po którym biegnę – ot, życie okularnika. Plus wspomniana gleba. Do tego wydawało mi się, że asfaltu na końcu jest mniej. No i wpadłem na koniec szlaku w podmokły teren – chlup, chlup – i zrobiłem w nim kilka metrów jak jakiś bociek, aż w końcu wyskoczyłem w bok na szlak – kłaniał się już brak koncentracji. Asia przed zawodami mówiła mi, że jeśli nie będę chciał gnać do mety to pobiegłaby ze mną do mety końcówkę. Myślałem o tym podczas biegu i stwierdziłem, że zrobię jej tą przyjemność, olać ewentualne ściganie się. Asfalt mi się dłużył. Zawodnik przede mną albo lekko przyspieszył, albo ja zwolniłem i zostałem w tyle. Asia mnie dojrzała, rozpoczęła filmowanie telefonem i pobiegła ze mną do mostku na mecie. Chwilę wcześniej jakiś rowerzysta (spotkany na mecie potem) coś do mnie mówił, proponował wodę. Podziękowałem (no support!) i odpowiedziałem szybko coś, bo sił na gadanie to ja już nie miałem 😀 Byle do mety.

Czy uważam się za ultrasa?
Bynajmniej.

Nie nazwę tego biegu wypadkiem przy pracy, bo to byłoby krzywdzące.
Jednocześnie mam poczucie, że ultrasem nie zostaje się po jednym krótkim biegu ultra.

Miałem bardzo dobrą pogodę. Jestem mocny w górach, jak na amatora. Miałem trochę szczęścia i dobre nastawienie. Ale zdaję sobie sprawę, że ultra to coś więcej. Coś czego tu zabrakło. Aby to poczuć, mieć okazję doświadczyć, powinno się pobiec kilka takich biegów.

Send to Kindle

Ewolucja zawodowa, czyli zmieniamy się

Ewolucja zawodowa, czyli zmiany zmiany. Zmian, zmiany, zmiany …

Rok 2010 maj.  Biegnę swoje pierwsze w życiu zawody. Bieg na 10 km. Bieg Europejski
w Gdyni organizowany przez m.in. Piotra Suchenię http://run-passion.pl/ – drugi bieg z cyklu 4 biegów, które później będę często biegał. Tym razem to moje pierwsze zawody. Jak się okaże później, mimo kilku błędów początkującego wsiąkłem w zawody.

Bo bardzo polubiłem bieganie w zawodach. W lipcu przebiegłem swój pierwszy półmaraton, nigdy wcześniej nie pokonując na treningu takiego dystansu. Dorzuciłem do treningu kilka podbiegów na sopocko-gdyńskim lesie i …. dałem radę. Puck i okoliczne wioski, bo tam był bieg, zwiedziłem w czasie nieco powyżej 2h. Do dziś pamiętam, te kostki cukru na ostatnim punkcie.

Bieganie stało się moją pasją. Starałem się biegać zawody jak najczęściej się dało. Pamiętajcie to były lata 2010-2012, zatem to nie było jak współcześnie, że co weekend są zawody i często się nakładają na siebie. Wtedy imprez biegowych było znacznie mniej niż teraz. Dobrze było należeć do jakiegoś klubu lub grupy biegaczy, aby dzielić się wieściami o biegach i razem na nie jeździć. To kolega z fundacji namówił mnie na pierwsze zawody. Także od innych lokalnych biegaczy czerpałem wiedzę o biegach. Organizowaliśmy wspólne wyjazdy na okoliczne i czasem dalekie biegi. Wielkim ułatwieniem była strona maratonypolskie.pl z ich wspaniałym kalendarzem i podziałem na województwa.

Lata 2011 do 2014 to bardzo częste starty w zawodach. Zdarzało mi się biec dwa razy zawody tego samego dnia czy biegać zawody w sobotę i w niedzielę. Medal do medalu. Szkoda, że numerów startowych nie zbierałem, bo byłaby całkiem pokaźna kolekcja i IMO atrakcyjniejsza od medali. I na pewno łatwiejsza w przechowywaniu. Biegałem co drugi dzień, pilnując też regeneracji po zawodach. Wzorem właściwego treningu to na pewno nie było, jednak ja biegałem dla siebie. Przebiegłem maraton w Poznaniu w debiucie.
Wybiegałem kilometry w Trójmiejskim Parku Krajobrazowym, gdzie pobiegłem pierwsze górskie zawody (CRSS Górska Połówka).

Po drodze podejmowałem się roli pacemakera. Najpierw indywidualnie, potem grupowo.
Bartosz, Janek, Kinga, Adam i inni poprawiali ze mną swoje życiówki, albo debiutowali z sukcesem.
To była dla mnie wielka przyjemność i odpowiedzialność wspierać ich w tym. Później przyszła misja zająca w Półmaratonie Warszawskim i Maratonie Warszawskim organizowanych przez Fundację Marka Troniny.
Szczególne pierwsze prowadzenie przyszłych maratończyków w Warszawie to była prześwietna rzecz.
Grupa 3.55 pamięta 🙂

A w międzyczasie życie się toczyło swoim torem. Bo obok biegania jest życie, które wpływa na nasze bieganie www.piotrfit.pl/2014/01/11/bieganietonietylkobieganie/. Po kilku przeprowadzkach w obrębie Trójmiasta, przeprowadziłem się do Bielska-Białej. Średniej wielkości miasto, tuż obok gór. Wybiegasz w miasto i widzisz góry, w tym nawet Babią Górę.
A z osiedla w góry mam 4-5 km, po prostu bajka. Na Szyndzielnię 1028 m npm biegnę ok. 60 minut spokojnym tempem. Ale za to płaskich tras tu jak na lekarstwo.

Jednocześnie obowiązki, praca i zmiana we własnym nastawieniu ograniczały ilość zawodów. Początkowo często jeździliśmy z Asią na zawody, choć zaczęliśmy unikać powtarzania biegów. Warszawę, Kraków odwiedziliśmy kilka razy, zatem po co jechać tak daleko na znane nam miasto a często i trasę?
Działo się to stopniowo. Asia pobiegła maratony w Paryżu i Budapeszcie. Razem pobiegliśmy królewskie dystanse we Florencji i Walencji. Taka turystyka biegowa. W międzyczasie odwiedzaliśmy małe lokalne biegi, jak Kęcka Piątka, Bieg o Złoty Gwizdek czy parkrun w Cieszynie.

Zauroczony bieganiem w górach, pobiegłem kilka górskich zawodów jak debiut w Brennej klik, bieg na Babią Górę czy 34 km w Krynicy Zdrój podczas Festiwalu Biegowego. Rezygnowałem jednak z lokalnych biegów górskich. Wychodziłem i nadal wychodzę z założenia, że po co mam płacić te kilkadziesiąt i więcej złotych, jak sam sobie mogę za darmo pobiegać po górach. Tak, wiem, bieganie na zawodach to co innego niż na treningu. Zgadzam się z tym. Jednak płacenie za pobieganie po górskiej trasie, co sam mogę zrobić wychodząc z domu, to jednak przesada dla mnie. I jak się nad tym teraz zastanawiam, to takie zawody u siebie w górach nie są dla mnie też atrakcyjne. Bieg na Pilsko czy na Diablaka były, zatem w nich wystartowałem. Lokalne biegi górskie jednak nie stanowiły dla mnie wyzwania.
I dodatkowo prowadziły po znanych mi trasach, górach. To wolę te 50-150 złotych wydać inaczej.
Sorry, nothing personal.

Przykładem wyzwania i zauroczenia był już nieistniejący Maraton Beskidu Niskiego. Beskid Niski jest piękny, asfaltowa w 98% trasa, podbieg na Przełęcz Małastowską (i potem kawałek dalej w górę sic!), 900 m w górę i 600 w dół. Oj, powiem Wam, że solidnie się pod niego przygotowałem. To był CEL, to było atrakcyjne Wyzwanie dla mnie. Mimo cięższej pracy, harowałem na treningach. Przygotowałem się także bardzo dobrze mentalnie, dzięki książce Tima Noakesa Lore of Running. I mimo, że zrobiłem potem trzy razy, i to lepsze czasy na maratonie, to ten właśnie bieg z Gorlic do Wysowej wspominam najlepiej.

Na mecie MBN, wzruszyłem się 🙂

Stopniowo ilość startów malała. I to znacznie. Stałem się mocno wybredny. Jeśli zawody nie były mi potrzebne, to ignorowałem je. Dlatego, mimo że mieszkam w Bielsku-Białej już czwarty rok to mam tylko dwa zaliczone Biegi Fiata. Po części skupiałem się na treningach, zwłaszcza podczas okresu przed maratonem w Walencji listopad 2017 r., po części chodziło o przydatność i atrakcyjność biegu.

Często też wygrywały … góry. Wędrówki po górach. Pod okiem doświadczonej w górach Asi odkryłem w sobie pasję do nich. W weekendy wsiadaliśmy w auto i łaziliśmy po górach. Beskidy, Mała i Wielka Fatra, Bieszczady, Tatry itd. Trekking w postaci 30-40 kilometrów dziennie to była norma. Oj, nachodziliśmy się dużo po tych górach, że ostatnio musimy się postarać, aby nie chodzić kolejny raz tymi samymi ścieżkami. Zawody zatem często przegrywały z górami. To temat do rozwinięcia, te nasze i moje góry.

Apogeum wybredności w zawodach biegowych to obecny rok 2018.
Półmaraton Żywiecki – odpuściłem, bo za późno zacząłem sensowniej biegać. Ciemne popołudnia, słaba zima, fuck you smog. Byłoby fajne pobiec, aczkolwiek nie widziałem sensu i przyjemności w przybiegnięciu kilka minut wolniej niż powinienem. Odpuściłem.
Bieg Fortuna w Cieszynie. Przyjechaliśmy, bo Asia biegła z teamem z pracy. Ja odebrałem koszulkę, zjadłem swoją porcję posiłku po biegu i … tyle 😀 Nie pobiegłem.
Bieg Fiata już pobiegłem, bo na miejscu. I w jako takiej podstawowej formie już byłem. I szkoda było drugiego opłaconego startu. Za to kameralnego biegu Śnieżnej Pantery czy słowackiego biegu Zelene pleso nie mogłem sobie odmówić 🙂 Nie mówiąc już o lokalnym górskim biegu Corsa dell’Angelo we włoskich górach obok Lecco podczas urlopu 🙂

Jak widzicie, przeszedłem drogę od stanu “Hurra, to gdzie są następne zawody!” do “Na co mi ten start?”
Moje pierwsze kilka lat biegania to więcej przyjemności, gdzie mogłem pielęgnować swoją chęć biegania i frajdę z niego.  Liczyły się dla mnie życiówki, jednak tak naprawdę mało wychodziłem poza strefę komfortu.
Zwłaszcza na treningach, bo tam dzieje się większość magii, czytaj ciężkiej roboty. Odpowiednie moje podejście do biegania zaowocowało dobrymi czasami, potem ze względu na zlekceważenie treningu (mniej i bardziej celowe) zatrzymałem się w miejscu z rekordami. Uświadomił mi to m.in Wojtek W. Dzięki niemu, podjąłem większą pracę na treningach. Dzięki temu poprawiłem rekordy w półmaratonie i maratonie o odpowiednio 6 i 11 minut. Tyle, że to stało się niedawno – w 2017 roku.

I m.in. przez zmianę podejścia do treningów, większe ambicje czasowe i pragmatyczność aka wybredność porzuciłem masowe bieganie zawodów. Fajne, kameralne zawody w nowym miejscu – tak. Zawody w górach na urlopie – jak najbardziej tak. Chudy Wawrzyniec 50 +? Czemu nie 😉 ?

Send to Kindle

Pofolgowanie sobie

Mija zima. Dobry moment na post.
I to dobry moment na podsumowanie ostatnich dwóch miesięcy biegania.
Po Walencji zrobiłem sobie miesiąc przerwy. Roztrenowanie, które co roku robię.
A potem biegałem. I głównie biegałem, aby pobiegać. Mniej mi się chciało, mniej przyjemności z tego miałem, mniej mi zależało.

Kilka czynników tego stanu rzeczy wymienię od razu: słaba zima, pofolgowanie sobie, brak słońca, używki, jakiś brak chęci. Co do braku chęci przemyślę to. Czynniki te każdy z osobna może normalnie nie znaczyłyby dużo, ot cegiełki, ale razem postawiły solidny mur. Na drodze solidnego biegania.

Słaba zima. Prawdziwa zima – biała i śnieżna – przyszła pod koniec stycznia, w lutym królowała z przerwami, aby w marcu wyskoczyć znienacka. Taki klimat, niestety.
W połączeniu ze smogiem i brakiem słońca niezbyt mnie to motywowało do wyjścia na bieganie. Ot, wychodziłem po pracy, jednak aby pobiegać, nie dla biegania.
Odbiłem sobie to częściowo, gdy w końcu przyszła zima. Po pracy wsiadałem auto, pod Dębowiec, czołówka na głowę i dalej do Wapienicy lasem i Palenicę. Pod rząd kilka razy, bo trzeba wykorzystać te kilka cm śniegu. A w weekend Klimczok, Szyndzielnia, Błatnia, Stefanka w różnych konfiguracjach. I w końcu moje biegowe cieplejsze rzeczy mogłem wyjąć. Bo już planowałem przeprowadzkę na daleką północ. Nowe legginsy, kurtka w szufladzie, skarpetki wodoodporne wołały o użycie. A tak mogłem je amortyzować 😉 Nie mówiąc o butach trailowych. Bo ja rzadko używam takich butów. Więcej razy wystarczy mi zwykła szosówka. Ale po śniegu, w lesie i w górach pośmigałem w Pearl Izumi N1 Trail.

Pofolgowanie sobie. Używkami. Więcej kawy. Gdy ma się dobrą kawę w pracy i ekspres (pokrętło i guziczek) to trzeba mieć silną wolę i przemyślenie. Rzadko z tego korzystałem i kilka kubków espresso szło dziennie. Od czasu do czasu yerba. A jeszcze do niedawna potrafiłem zrobić sobie “detoks” od kawy – 2 tygodnie bez łyka.
W końcu stwierdziłem: dość! W pracy piję yerbę, a kawę tylko w domu i tylko w weekendy.
Od kilkunastu dni trzymam się tego postanowienia. Yerba świetnie pobudza a silną wolę mam.
Druga używka to alkohol, pod wredną … pod smaczną postacią rumu. Jeśli robisz sobie drinka to nie tyle samo rumu co dwa razy słabszej wódki. A, że smakuje wybornie i w dobrym drinku nie czuć tej mocy, to trochę sobie pofolgowałem. Żadnego pijaństwa itp., po prostu organizm przyjmował większe stężenie alkoholu. A i bieganiu i kondycji się to nie przysłużyło. Do tego więcej jedzenia – np. przez jakiś czas jadłem spory posiłek w pracy. Połączmy to z obfitą kolacją i mniejszą ilością biegania. Waga stanęła na 70-70,5 kg. Moja waga startowa to 3-4 kg mniej. Zatem spora różnica. Miałbym ją gdzieś, i to szybko … gdybym zaczął regularnie, solidnie biegać. A tak jest oponka. Dyskretna, ale ja swoje wiem. I akceptuję to. Do czasu.

Plany wiosenne. Zapisany i opłacony jestem na dwie dyszki – Fortuna w Cieszynie i Bieg Fiata w Bielsku-Białej. Miał być Półmaraton Żywiecki, jednak ostatecznie wybrałem saunę i basen solankowy oraz śniadanie w formie szwedzkiego bufetu. Trafiła się okazja to skorzystałem. Sentyment do żywieckiego biegu miałem przez dłuższą chwilę, ale pobiec tylko, aby pobiec? Kilka lat temu pewnie bym pobiegł, bo wtedy miałem inne nastawienie. Dlatego od 2010 roku nazbierało mi się ponad 100 zawodów. O medalach nie wspomnę. Teraz jednak, mając w perspektywie brak formy i bieg w środku stawki. Nie, nie chce mi się …
I nie, nie jestem aż takim leniem. Po przyjechaniu do Ustronia odsapnąłem i poszedłem zasłużyć na wyżej wspomniane przyjemności (i wieczorną pizzę z piwem z Browaru Zamkowego w Cieszynie). Asfaltową drogą wbiegłem 2 razy na Równicę (znów te góry, albo raczej znów te podbiegi), pokręciłem się trochę po lesie w okolicach wierzchołka. I wyszło 2 h 15 minut biegu. Chyba zasłużyłem 😉

Podsumowując to był taki sobie okres. Nie czułem potrzeby zmuszania się, zatem odpuściłem treningi. Trasy bielskie nudziły mnie, brak słońca demotywował. Nogi mam silne – góry się kłaniają – gorzej z kondycją i ogólna formą. Bieganie w górach wybijało się na tle mojego biegania, choć o to nie było trudno. Na szczęście będzie więcej słońca!

Send to Kindle

Nowe smaki biegania

Kocham biegać. Powtarzałem to wielokrotnie. Biegam od 2009 roku, czyli to nie przelotna znajomość czy flirt. To długotrwała relacja, która daje korzyści obu stronom. Co prawda do końca nie wiem, jakie korzyści ma bieganie ze mnie, jednak pewnie dość spore. Ja swoich nie będę wymieniał – wysportowana sylwetka, pompuję materac kilkoma wydechami itd. Co prawda od czasu do czasu musimy od siebie odpocząć, bo nie chcemy się od siebie uzależnić. To ma być zdrowy związek, z balansem. Nie widzimy się jakiś czas, a potem wracamy z rozpostartymi ramionami do siebie.

Tak było do tej pory, tzn. do połowy tego roku. Wtedy, gdy zakończyłem swoją letnią przerwę od biegania, zmieniłem podejście. Tak jak napisałem tutaj (LINK). I pierwsze tygodnie były intensywnie angażujące i przyjemne. Mimo oczywiście pewnego zmęczenia, bo biegałem 6 dni w tygodniu. Co dzień prawie się widziałem z moim bieganiem i robiliśmy razem fajne rzeczy. A to podbiegi, a to górki, a to przebieżki, a to szybkie. Związek kwitł i się rozwijał. Uczucie było płomienne i gorące.

Bieganie tyle razy w tygodniu musi być zróżnicowane. Inaczej wpadniemy w rutynę i wtedy popłyniemy na mielizny rutyny i nudy. We wrześniu jeden trening w tygodniu miałem w górach. Fajnie. To pomagało mi się zresetować. I to zbieganie po kamieniach, wąskie leśne ścieżki, wysiłek na podbiegach. Głowa odpoczywała, miałem inne bodźce w porównaniu do asfaltu.

Zauroczenie trwało do czasu, bo pojawiły się nowe smaki biegania, których nie znałem. I to nie były słodkie smaki.

Kocham biegać. Tak przez siedem lat określiłbym swoją pasję biegową. Aczkolwiek nie chcielibyście słyszeć co pewnej niedzieli rzuciłem w przestrzeń. To był deszczowy, bardzo deszczowy wrześniowy tydzień. Każdego popołudnia albo padało albo mocno kropiło. W niedzielę wróciliśmy około 19 z nieplanowanego wyjazdu za Kraków. Gdy dojechaliśmy wieczorem do domu było super, czyli nie padało. Ooo! Pobiegam sobie nie w deszczu, w końcu! Oj naiwny ja… W domu szybko coś przekąsiłem i wyjrzałem za okno ubierając się. Padało… nie jakoś mocno. Ubrałem zatem swoją kurteczkę i dalej jazda na dół. Wyszedłem z bloku i momentalnie schowałem się z boku pod dachem. Już padało całkiem brzydko, tj. ładnie, tj. solidnie. Postałem kilka sekund, rzuciłem w przestrzeń kilka słów brzydkich słów i … pobiegłem. I wróciłem, któryś dzień z rzędu cały mokry. Kolejny raz. Ale wtedy byłem jeszcze cierpliwy.

Moja miłość do biegania została wystawiona na solidną próbę. Bieganie i przeplatanie tego z dniami wolnymi,  pozwala na pewien reset mentalny od biegania. Lało jak z cebra – phi, pobiegam jutro. Byłem padnięty po pracy i czułem się niewyraźnie – tak samo – pobiegam jutro. Ale teraz nie ma jutro. Tzn. jest, ale jutro też biegam. Teraz buty na nogi i jazda pobiegać. Wiało, padało, nie chciało się – i co z tego? Biegać, biegam, biegnę – biegać odmieniane przez wszystkie czasy pod warunkiem, że to czas dokonany.

Pierwsze dwa miesiące były całkiem fajne. Wymagające – jednocześnie fajne. Po 1,5 miesiąca treningów pobiegłem półmaraton w Katowicach. 1:25:14 i życiówka poprawiona o 6’16. Ładnie! Ale pokaż mi jak skończyłeś, nie jak zaczynasz. Co z tego, że masz entuzjazm i motywację na początku. Dużo i … nic. Dużo, bo zacząć trzeba.
Nic, bo jeśli nie wytrwasz, nie podołasz, to co ci z tego wysiłku? Detale i sytuacje kiedy coś nam to da, zostawmy. Tu się liczy efekt. Dopiero na mecie możesz świętować.

Biegnę na trasie półmaratonu Silesia

Na trasie półmaratonu Silesia

Zatem przykręciłem sobie śrubę. Aby nie spocząć na laurach po tym rekordzie. I chyba za mocno to zrobiłem. I fizycznie i psychicznie. Podejrzewam, że chcąc dobrze, jednak przedobrzyłem. Potem “ratowałem” siebie i ostatnie dwa tygodnie taperingu. To było już nie codzienne bieganie, a 3-5 razy w tygodniu. Starałem się wsłuchać w swój organizm, co nie było łatwe. Nie było, bo głowa też była zmęczona.

Jest końcówka listopada. Bokiem mi to bieganie wychodzi. Jak ciemna cholera. Ubieram się na trening i mówię do Asi, nie chce mi się. I to nie było raz. Tak było już praktycznie codziennie! NIE CHCE MI SIĘ! Czasem przekomarzałem się sam ze sobą, znacie pewnie to – a nie chce mi się, a potem hasacie jak miło. Częściej tu jednak u mnie było znużenie i niechcenie się z definicji.
Tu nie działały dwie moje wypracowane taktyki.
Wcześniej jak określałem przedział czasowy swojego biegania to wracałem odrobinę później. Teraz wracałem … szybciej. Wychodzę na półtorej godziny, wracam po godzinie i 15 minutach. Wychodzę na 2,5h, wracam po 2 z minutami.

I po drugie – mam świetne wyczucie czasu. Potrafię pobiegać tyle ile chcę, bez zegarka. Mój zegarek to bardziej zegarek codziennego użytku niż biegowy. W końcu szczęśliwi biegacze czasu nie liczą… Ano do czasu! Ostatnie moje treningi to treningi z zegarkiem, abym wiedział kiedy mogę wreszcie skończyć ten trening.

Czy ja mówiłem, że bieganie to moja pasja? Tak, jednak czasem – bardzo wymagająca pasja.
Coś za coś jednak. I decyzja należy do nas. Wdrożyłem u siebie taki eksperyment, nastawiłem się o wiele mocniej na wynik, a za tym szła ciężka praca. Ale decyzja i decyzje były moje.

Send to Kindle

Komfort na bok

Sprawdzam. Powinien tak sobie powiedzieć stojąc na starcie maratonu w Walencji. Sprawdzam – i nie chodzi tu o pokera. Sprawdzę, na ile mój eksperyment się powiódł.
Bo maraton to ten najważniejszy dla mnie test. Dystanse krótsze są ważne, są trudne, potrafią zaboleć, ale to maraton ma dla mnie magię. I teraz sprawdzę na ile wybiegane setki kilometrów, pot, chęci i niechęci do biegania okażą się warte wysiłku. Stoję teraz w grupie 3.00-3.15 listopadowego ranka w Walencji.

… przenieśmy się najpierw do słonecznej Toskanii. Tu zaczyna się nowy etap mojego biegania. Jest druga połowa mojego urlopu. I czwarty tydzień mojego niebiegania po sezonie wiosennym. Pierwszy tydzień we Włoszech to intensywne wędrówki po Alpach Bergamskich. To takie przygotowanie pod bieganie po kilkunastu dniach laby. Nachodziliśmy się wtedy, że hej KLIK! Po przenosinach do Toskanii, w małej wiosce na wybrzeżu zaczynam biegać. Codziennie. To była dla mnie nowość.

Po maratonie we Florencji XI.2016 r. byłem kontent. Tyle i aż tyle. Zrobiłem życiówkę, wyciągnąłem wnioski z łódzkiej lekcji. Jednocześnie wiedziałem, że stać mnie na więcej. Po maratonie rozmawiałem z Wojtkiem, który przekonywał mnie do większej pracy i codziennego biegania. Zacząłem też myśleć nad swoim podejściem do biegania.
Do tej pory moje podejście do biegania było takie – przyjemność na pierwszym miejscu. Bieganie to dla mnie przyjemność połączona ze zdrowiem i wynikami. Zdrowiem, bo nie chcę za kilkadziesiąt lat żałować, że mam problemy przez bieganie. Unikam kontuzji i jak na razie dobrze mi to wychodzi. Co do wyników to też są ważne, bo poprawianie życiówek sprawia mi frajdę. Dobrze jest coraz szybciej biegać.
Ale najważniejsze do tej pory było to, aby mieć sporo fun’u i przyjemności.

Ta przyjemność przybiera czasem specyficzne odmiany. Takie jak kilkadziesiąt podbiegów na stromej ulicy na osiedlu jak chomik. Czy kilkanaście podbiegów na Pachołek w Gdańsku po schodach (czyli stromo) w upale. Czy wybieg na Szyndzielnię w 60 minut z osiedla. I tak dalej i tym podobne. Przyjemność to także dla mnie wysiłek, czasem naprawdę solidny. Ale dawkowany stopniowo, tak aby mieć z tego zabawę i przyjemność. Plus pamiętanie o regeneracji.
Tylko to moje podejście zaczynało mi przypominać o pewnym miejscu, gdzie rzadko dzieją się rzeczy ciekawe, ambitne. Wielu z was zna to pojęcie. Strefa komfortu. Siedziałem sobie w wygodnej strefie komfortu, gdzie od czasu do czasu wybiegałem na jakiś mocniejszy trening. Większość treningów to nie było przekraczanie swoich granic, stawianie sobie wyższych celów… tylko po prostu bieganie. Nie trenowanie. To było zadekowanie się w tej niemęczącej, wygodnej i przyjemnej strefie komfortu.

I nie, nie chodzi o ciężkie treningi za każdym razem. Nie. Chodzi o powzięcie postanowienia i wysiłku do codziennego biegania. A de facto o spróbowanie nowego podejścia.

Sportowo można by rzec, że tym swoim podejściem doszedłem do swojego maksimum w osiągach. Doszedłem do maksimum i zatrzymałem się. Miałem swoje życzeniowe cele jak złamanie 40/10 czy 90 minut w półmaratonie. Ale nic za tym nie szło. Do 1.30.30 i 40.30 doszedłem i tyle. Bo jak pisałem wyniki nie były najważniejsze.

Postanowiłem, że chcę spróbować innego, czegoś nowego. Jeśli stare metody już się wypaliły,
to nie oczekujmy po nich nowych efektów.Trzeba wypróbować nowe – zacząć biegać więcej i mocniej. Zrobię zatem eksperyment. Przesunę swoje podejście do biegania bardziej w stronę wyników.

Nie skrajnie, bo pamiętam o balansie. Jednak taka zmiana i tak powinna dużo zmienić w całości. Wojtek pisał o tym. Paweł Ignac też:
“Przeżyłem spory szok i czułem się jak żółtodziób, którego ktoś rzucił na głęboką wodę. Kilometraż o wiele większy od tego, do którego byłem przyzwyczajony. Więcej szybkiego biegania. Szybkie oznaczało naprawdę szybkie, a nie trochę szybsze.”
(daleko mi do Pawła wyników i treningu, jednak chodzi o samą zmianę)
Zatem dlaczego nie? Poza tym ciągle powtarzanie tego samego nie da innych wyników, nieprawdaż?

Zatem zacząłem codziennie biegać, ale prawie. W Toskanii uznałem, że będę biegał sześć dni w tygodniu. Jeden dzień ma być wolny. Przeznaczony na odpoczynek od biegania, na rower, na górskie wędrówki, lenistwo czy realizację nagromadzenie domowych obowiązków. To i tak da mi wystarczającego kopa. Z 40-60 km tygodniowo będzie 80-100. Kilka tygodni i różnica robi się duża.
Z tego, przy mądrym treningu, mogłem ugrać dla siebie dużo. Choć mogłem i zepsuć i uznać eksperyment za porażkę.

Maraton w Walencji zakończyłem z nową życiówką 3:00:56. Hurra! Prawie 13 minut lepszą.
I na mecie mogłem stwierdzić, że miałem zapas sił, co tylko dobrze prorokuje na następne podejścia do maratonów. Ale droga do celu nie była już tak radosna. Droga była … drogą.
Ja na kilometr do mety
Send to Kindle