Ewolucja zawodowa, czyli zmieniamy się

Ewolucja zawodowa, czyli zmiany zmiany. Zmian, zmiany, zmiany …

Rok 2010 maj.  Biegnę swoje pierwsze w życiu zawody. Bieg na 10 km. Bieg Europejski
w Gdyni organizowany przez m.in. Piotra Suchenię http://run-passion.pl/ – drugi bieg z cyklu 4 biegów, które później będę często biegał. Tym razem to moje pierwsze zawody. Jak się okaże później, mimo kilku błędów początkującego wsiąkłem w zawody.

Bo bardzo polubiłem bieganie w zawodach. W lipcu przebiegłem swój pierwszy półmaraton, nigdy wcześniej nie pokonując na treningu takiego dystansu. Dorzuciłem do treningu kilka podbiegów na sopocko-gdyńskim lesie i …. dałem radę. Puck i okoliczne wioski, bo tam był bieg, zwiedziłem w czasie nieco powyżej 2h. Do dziś pamiętam, te kostki cukru na ostatnim punkcie.

Bieganie stało się moją pasją. Starałem się biegać zawody jak najczęściej się dało. Pamiętajcie to były lata 2010-2012, zatem to nie było jak współcześnie, że co weekend są zawody i często się nakładają na siebie. Wtedy imprez biegowych było znacznie mniej niż teraz. Dobrze było należeć do jakiegoś klubu lub grupy biegaczy, aby dzielić się wieściami o biegach i razem na nie jeździć. To kolega z fundacji namówił mnie na pierwsze zawody. Także od innych lokalnych biegaczy czerpałem wiedzę o biegach. Organizowaliśmy wspólne wyjazdy na okoliczne i czasem dalekie biegi. Wielkim ułatwieniem była strona maratonypolskie.pl z ich wspaniałym kalendarzem i podziałem na województwa.

Lata 2011 do 2014 to bardzo częste starty w zawodach. Zdarzało mi się biec dwa razy zawody tego samego dnia czy biegać zawody w sobotę i w niedzielę. Medal do medalu. Szkoda, że numerów startowych nie zbierałem, bo byłaby całkiem pokaźna kolekcja i IMO atrakcyjniejsza od medali. I na pewno łatwiejsza w przechowywaniu. Biegałem co drugi dzień, pilnując też regeneracji po zawodach. Wzorem właściwego treningu to na pewno nie było, jednak ja biegałem dla siebie. Przebiegłem maraton w Poznaniu w debiucie.
Wybiegałem kilometry w Trójmiejskim Parku Krajobrazowym, gdzie pobiegłem pierwsze górskie zawody (CRSS Górska Połówka).

Po drodze podejmowałem się roli pacemakera. Najpierw indywidualnie, potem grupowo.
Bartosz, Janek, Kinga, Adam i inni poprawiali ze mną swoje życiówki, albo debiutowali z sukcesem.
To była dla mnie wielka przyjemność i odpowiedzialność wspierać ich w tym. Później przyszła misja zająca w Półmaratonie Warszawskim i Maratonie Warszawskim organizowanych przez Fundację Marka Troniny.
Szczególne pierwsze prowadzenie przyszłych maratończyków w Warszawie to była prześwietna rzecz.
Grupa 3.55 pamięta 🙂

A w międzyczasie życie się toczyło swoim torem. Bo obok biegania jest życie, które wpływa na nasze bieganie www.piotrfit.pl/2014/01/11/bieganietonietylkobieganie/. Po kilku przeprowadzkach w obrębie Trójmiasta, przeprowadziłem się do Bielska-Białej. Średniej wielkości miasto, tuż obok gór. Wybiegasz w miasto i widzisz góry, w tym nawet Babią Górę.
A z osiedla w góry mam 4-5 km, po prostu bajka. Na Szyndzielnię 1028 m npm biegnę ok. 60 minut spokojnym tempem. Ale za to płaskich tras tu jak na lekarstwo.

Jednocześnie obowiązki, praca i zmiana we własnym nastawieniu ograniczały ilość zawodów. Początkowo często jeździliśmy z Asią na zawody, choć zaczęliśmy unikać powtarzania biegów. Warszawę, Kraków odwiedziliśmy kilka razy, zatem po co jechać tak daleko na znane nam miasto a często i trasę?
Działo się to stopniowo. Asia pobiegła maratony w Paryżu i Budapeszcie. Razem pobiegliśmy królewskie dystanse we Florencji i Walencji. Taka turystyka biegowa. W międzyczasie odwiedzaliśmy małe lokalne biegi, jak Kęcka Piątka, Bieg o Złoty Gwizdek czy parkrun w Cieszynie.

Zauroczony bieganiem w górach, pobiegłem kilka górskich zawodów jak debiut w Brennej klik, bieg na Babią Górę czy 34 km w Krynicy Zdrój podczas Festiwalu Biegowego. Rezygnowałem jednak z lokalnych biegów górskich. Wychodziłem i nadal wychodzę z założenia, że po co mam płacić te kilkadziesiąt i więcej złotych, jak sam sobie mogę za darmo pobiegać po górach. Tak, wiem, bieganie na zawodach to co innego niż na treningu. Zgadzam się z tym. Jednak płacenie za pobieganie po górskiej trasie, co sam mogę zrobić wychodząc z domu, to jednak przesada dla mnie. I jak się nad tym teraz zastanawiam, to takie zawody u siebie w górach nie są dla mnie też atrakcyjne. Bieg na Pilsko czy na Diablaka były, zatem w nich wystartowałem. Lokalne biegi górskie jednak nie stanowiły dla mnie wyzwania.
I dodatkowo prowadziły po znanych mi trasach, górach. To wolę te 50-150 złotych wydać inaczej.
Sorry, nothing personal.

Przykładem wyzwania i zauroczenia był już nieistniejący Maraton Beskidu Niskiego. Beskid Niski jest piękny, asfaltowa w 98% trasa, podbieg na Przełęcz Małastowską (i potem kawałek dalej w górę sic!), 900 m w górę i 600 w dół. Oj, powiem Wam, że solidnie się pod niego przygotowałem. To był CEL, to było atrakcyjne Wyzwanie dla mnie. Mimo cięższej pracy, harowałem na treningach. Przygotowałem się także bardzo dobrze mentalnie, dzięki książce Tima Noakesa Lore of Running. I mimo, że zrobiłem potem trzy razy, i to lepsze czasy na maratonie, to ten właśnie bieg z Gorlic do Wysowej wspominam najlepiej.

Na mecie MBN, wzruszyłem się 🙂

Stopniowo ilość startów malała. I to znacznie. Stałem się mocno wybredny. Jeśli zawody nie były mi potrzebne, to ignorowałem je. Dlatego, mimo że mieszkam w Bielsku-Białej już czwarty rok to mam tylko dwa zaliczone Biegi Fiata. Po części skupiałem się na treningach, zwłaszcza podczas okresu przed maratonem w Walencji listopad 2017 r., po części chodziło o przydatność i atrakcyjność biegu.

Często też wygrywały … góry. Wędrówki po górach. Pod okiem doświadczonej w górach Asi odkryłem w sobie pasję do nich. W weekendy wsiadaliśmy w auto i łaziliśmy po górach. Beskidy, Mała i Wielka Fatra, Bieszczady, Tatry itd. Trekking w postaci 30-40 kilometrów dziennie to była norma. Oj, nachodziliśmy się dużo po tych górach, że ostatnio musimy się postarać, aby nie chodzić kolejny raz tymi samymi ścieżkami. Zawody zatem często przegrywały z górami. To temat do rozwinięcia, te nasze i moje góry.

Apogeum wybredności w zawodach biegowych to obecny rok 2018.
Półmaraton Żywiecki – odpuściłem, bo za późno zacząłem sensowniej biegać. Ciemne popołudnia, słaba zima, fuck you smog. Byłoby fajne pobiec, aczkolwiek nie widziałem sensu i przyjemności w przybiegnięciu kilka minut wolniej niż powinienem. Odpuściłem.
Bieg Fortuna w Cieszynie. Przyjechaliśmy, bo Asia biegła z teamem z pracy. Ja odebrałem koszulkę, zjadłem swoją porcję posiłku po biegu i … tyle 😀 Nie pobiegłem.
Bieg Fiata już pobiegłem, bo na miejscu. I w jako takiej podstawowej formie już byłem. I szkoda było drugiego opłaconego startu. Za to kameralnego biegu Śnieżnej Pantery czy słowackiego biegu Zelene pleso nie mogłem sobie odmówić 🙂 Nie mówiąc już o lokalnym górskim biegu Corsa dell’Angelo we włoskich górach obok Lecco podczas urlopu 🙂

Jak widzicie, przeszedłem drogę od stanu “Hurra, to gdzie są następne zawody!” do “Na co mi ten start?”
Moje pierwsze kilka lat biegania to więcej przyjemności, gdzie mogłem pielęgnować swoją chęć biegania i frajdę z niego.  Liczyły się dla mnie życiówki, jednak tak naprawdę mało wychodziłem poza strefę komfortu.
Zwłaszcza na treningach, bo tam dzieje się większość magii, czytaj ciężkiej roboty. Odpowiednie moje podejście do biegania zaowocowało dobrymi czasami, potem ze względu na zlekceważenie treningu (mniej i bardziej celowe) zatrzymałem się w miejscu z rekordami. Uświadomił mi to m.in Wojtek W. Dzięki niemu, podjąłem większą pracę na treningach. Dzięki temu poprawiłem rekordy w półmaratonie i maratonie o odpowiednio 6 i 11 minut. Tyle, że to stało się niedawno – w 2017 roku.

I m.in. przez zmianę podejścia do treningów, większe ambicje czasowe i pragmatyczność aka wybredność porzuciłem masowe bieganie zawodów. Fajne, kameralne zawody w nowym miejscu – tak. Zawody w górach na urlopie – jak najbardziej tak. Chudy Wawrzyniec 50 +? Czemu nie 😉 ?

Send to Kindle

Rezygnacja na … lepsze

Tak mogę podsumować swój wyjazd do Krynicy-Zdroju na tamtejszy Festiwal Biegowy.
Aka czasem trzeba wiedzieć kiedy odpuścić.

Po świetnym wyniku rok temu w górskim biegu na 36 km, postanowiłem wrócić na ten sam bieg. Wtedy w debiucie zająłem 19. miejsce w open. W międzyczasie trasa została zmieniona na trudniejszą, zmieniono miejsce startu i mety oraz godzinę startu.
Mój plan na bieg z upływem czasu a przybliżaniem się daty biegu łagodniał. Z racji innych zajęć ostatnie tygodnie to było i mało biegania i było umiarkowanie intensywnie – wręcz truchtanie przelatane mocniejszym biegiem w weekend. Często po prostu biegałem 50 minut dla samego rozruszania się. Takie 2-3 treningi tygodniowo to mało na porządny i trudny bieg górski. Pamiętajcie, że to był bieg górski na trudnej trasie. To nie bieg asfaltowy, gdzie miałbym o wiele łatwiej.

A czemu tak mało? Po prostu mniej czasu na treningi oraz ograniczone siły. Biegam tyle ile chcę i mogę, balansując to z pozostałymi aktywnościami. Przecież nie samym bieganiem człowiek żyje – bieganie to nie tylko bieganie, jest jeszcze reszta życia.

Niedługo przed wyjazdem postanowiłem pobiec turystycznie. Na luzie, bez ambicji czasowych. Z dużą ilością marszów. Ot, aby zaliczyć bieg w miarę rozsądnym wysiłkiem.

Tuż przed wyjazdem sprawdziłem raz jeszcze profil trasy i …. przejrzałem na oczy. Nie, zajadę się i fizycznie i psychicznie. Co to, to nie. Nie chcę.

I w piątek, kilka h po przyjeździe do Krynicy zapisałem się na nowe biegi: 10km i półmaraton. Rezygnując z górskiego biegu. Buty uliczne oczywiście zabrałem 🙂

Czemu tak zrobiłem?

Nie byłem w formie na taki ciężki bieg. Prawie na pewno odczułbym ten bieg i mocno fizycznie i psychicznie. Za mocno. Z czego ten argument mentalny był decydujący. Ostatnio potrzebuję sporo swoich zasobów psychicznych a mam ich niedostatecznie wystarczająco. Nie chciałem sobie dodawać goryczy niezadowolenia i zmęczenia psychicznego i fizycznego bez wyrównania w przyjemności.
A tu nie miałbym tej przyjemności. A miałbym słaby bieg górski i brak satysfakcji oraz radochy. Do tego ogromne zmęczenie po biegu, ewentualne przeciążenie organizmu, mniej czasu i sił na towarzyskie życie w Krynicy. Sumując, dużo niepotrzebnego stresu a niepotrzebny stres … niepotrzebny jest.

Pragnąłem fajnego wyjazdu i satysfakcji z biegania. Swoje porażki trzeba odrobić, jednak tym razem nie miałem na to ochoty. Chciałem, aby było przyjemnie. W końcu o przyjemność ostatecznie mi chodzi w moim bieganiu.

I tu niejako disclaimer – potrafię czerpać i czuję przyjemność z wysiłku. Dlatego m.in. biegam. Mam te endorfiny, gdy wbiegam 20 raz jak chomik na solidny podbieg albo zaliczam Szyndzielnię i Klimczok na jednym treningu (1028 i 1117 m. n.p.m.). Albo, gdy robię trening bo wypadnę z formy i niejako “powinienem”. W tym przypadku jednak lepiej było dla mnie odpuścić i wybrać inaczej.

A jak sprawdziło się to podejście?

Sprawdziło się i to świetnie. Nawet było dość mocno, ale w granicach komfortowego wysiłku. Jestem bardzo zadowolony z dwóch mocnych biegów:
10 km w sobotę w 40:44,
półmaraton w niedzielę w 1.32.56 – mój 25. półmaraton i 2. wynik w życiu
a jak widać po poniższym zdjęciu trasa należała do wymagających – podbiegi.

Uliczne podbiegi i zbiegi mi służą. Wyprzedzałem na nich a nie byłem wyprzedzany.

półmaraton profil

półmaraton profil

Podsumowując, miałem dwa mocne oraz na komfortowym wysiłku biegi i to pomimo mało biegania ostatnimi tygodniami.
Mam dużo energii i satysfakcji z wyjazdu. Miałem siły na spotkania towarzyskie ze znajomymi.
Był i jest uśmiech na myśl o Krynicy 🙂

Kilka fotek:

A Wy pamiętacie swoje podobne przypadki?
Gdy posłuchaliście się siebie wbrew chęci pt. “za wszelką cenę” …
zapraszam do podzielenia się w komentarzach.

Send to Kindle

Bez stresu – rekordowy maraton.

No stress. Czyli bez stresu. W poprzednim poście opisałem częściowo swoje przygotowania.
Maraton przebiegłem 🙂 zrobiłem życiówkę 🙂 lepszą o ponad 9 minut 🙂 i to na trudnej górskiej ulicznej trasie 🙂
A jak to osiągnąłem?
Właśnie szczególnie dzięki postawieniu na mentalne i logistyczne przygotowanie.
Z kluczowym bezstresowym podejściem. Bo ten maraton określałem jako mało stresujący. Oczywiście stres był, robotem nie jestem, ale to był ten stres i dopuszczalny i potrzebny.
Nie było niepotrzebnego stresu. Tego, który każe wątpić, negować, który męczy i przeszkadza.

Zatem w okresie przedmaratońskim postawiłem na rzetelne przygotowanie się do maratonu.
Nie chodzi tutaj o trening fizyczny. Bez treningów nie przebiegłbym maratonu. Oczywiste.
Jednocześnie bez skupienia się na właściwym przygotowaniu, treningu mentalnym, odpowiedniemu podejściu, ten maraton nie byłby tak przyjemny, satysfakcjonujący oraz rekordowy. A taki właśnie był.

W poprzednim poście zdałem Wam relację z moich przygotowań, kładąc duży nacisk na dwie ważne kwestie:
niepotrzebny stres jest … niepotrzebny. Jeśli można zniwelować (zaoszczędzić) sobie stresu to warto to zrobić. Po co potem zajmować się czymś na szybko, ad hoc, marnować energię itd.?
los sprzyja przygotowanym. Nikt nie przewidzi wszystkiego. Ryzyko, że coś nie wyjdzie jest zawsze. Zwłaszcza w tak nieprzewidywalnym biegu jakim jest maraton. Dodajmy do tego jeszcze, że mój maraton to był uliczny, górski maraton. 900 metrów w górę, 600 metrów w dół przewyższenia.

Grete Waitz napisała „the marathon is the kind of race you must take one mile at a time, being flexible enough to adapt to the unknown and the unexpected”.

Jednak, jeśli jesteśmy naprawdę przygotowani, to lepiej zareagujemy na niespodziewane. Poniżej wskażę przykład, gdy jedna sytuacja zaskoczyła mnie na trasie.

Logistyka i ta ostatnia nocka
Do Wysowej-Zdrój przyjechaliśmy późnym wieczorem w piątek. Tej nocy spałem długo, prawie nieprzerwanie a rano wstałem wypoczęty. O to chodziło z wyspaniem się przedostatniej nocy. Bo następna noc była słaba. Nie mogłem zasnąć, sen był przerywany, zasnąłem na dobre nad ranem, a budzik zadzwonił 6.30. Dlatego tak ważne jest wcześniejsze wysypiania się w ostatnim tygodniu i ta przedostatnia noc. Tu mi się sprawdziło 🙂

Dzień wolny, czyli sobota także dobrze się sprawdziła. Byłem już na miejscu, mogłem się skupić na innych rzeczach niż ponad 4 h jazdy autem. Jeśli planujecie dobry mocny bieg,
z oczekiwaniem życiówki, lepiej dać sobie dzień wolny tuż przed biegiem. Oczywiście to zależy od pracy, miejsca maratonu względem Waszego zamieszkania, ale jak się chce to sporo się da 😉 Dla mnie dzień wolny, spędzony leniwie, był bardzo dobrym rozwiązaniem.

Zadbałem także o sprawdzone śniadanie w dniu biegu, jedzone na raty. Dziękuję za ważne przypomnienie w komentarzu Jarku!

Trasa, ach te górki i dołki aka „but you did not tell me about this hill!”

Uwielbiam ten cytat 😀 Trzy dni po maratonie nuciłem sobie go z pełnym uśmiechem na twarzy. Tak, to ten haj endorfiński 😀
W poprzednim poście podkreśliłem jak ważna jest znajomość trasy, zwłaszcza w kwestii podbiegów oraz ostatnich 10 km. Napisałem także, że przejadę ostatnie 10 km trasy.
Zatem z Asią wybraliśmy się autem na wycieczkę. Dzięki temu wiedziałem, jak wygląda trasa, i co ważne profil. Ostatnie 10 km to było kilka km względnie płaskiego, a potem naprzemiennie górki, dołki i troszeczkę płaskiego. Z solidnym ok. 1,2 km podbiegiem na ok. 39 km.

Wyliczenie podbiegów i zbiegów. Autorka Asia Kurek

Wyliczenie podbiegów i zbiegów. Autorka opracowania Asia Kurek

Dzięki temu, gdy po długim zbiegu do Uścia Gorlickiego znalazłem się na ok. 30 km to
“byłem w domu”. Znałem trasę, wiedziałem co mnie czeka. Nie byłem zaskoczony górkami. Byłem nastawiony na mocny wysiłek, na to, że po 30 km w nogach będzie ciężko. Ale nie byłem zaskoczony podbiegami, które należą do trudnych elementów trasy. Tim Noakes w „Lore of running” tak napisał:

Cytat z Lore of Running. Autor TIm Noakes.

Cytat z Lore of Running. Autor Tim Noakes.

Jak wspomniałem w poprzednim wpisie, kiedyś zapłaciłem cenę za swój błąd braku znajomości trasy, podbiegów i ostatnich 10 km. Tutaj, zadbałem o to, aby moja głowa wiedziała co ją czeka.
Nie zaskoczyłem siebie, swojej głowy tekstem „Ale ty nie powiedziałeś mi o tej górce!”.
Mogłem się skupić na swoim biegu. A ostatnie 10 km maratonu, z pofałdowaną mocno trasą było i jest poważnym wyzwaniem. Wyprzedzałem zawodników, którzy przechodzili do marszu, sam czułem zwolnienie na podbiegach i przyśpieszałem na płaskim i zbiegach. A czułem przecież dużo km w nogach górskiego maratonu.
Konkludując, dodatkowy stres związany z nieprzewidzianą górkami nie był mi wtedy potrzebny. Oj nie.

Skup się na tym co możesz kontrolować

Dwa tygodnie przed biegiem, w sobotę 8 maja chciałem zaliczyć ostatni mocny trening.
Aby poczuć pewność siebie, powera i to uczucie, że jestem w świetnej formie. Jak np. tutaj: http://app.endomondo.com/workouts/466032560/11299078 (przewińcie na dół do opisu)

Ten stan psychiczny jest bardzo budujący I to chciałem osiągnąć.
A wyszło:
Wbiegłem na Kozią Górkę z poziomu miasta, i tak samo na Szyndzielnię. Wbiegnięcie na Szyndzielnię mocno mnie zmęczyło. Wracając, mają przed sobą ostatnie 1/3 zbiegu przeszedłem do marszu. Jak automat. Byłem zmęczony, głowa nie pomagała. A miałem jeszcze ok. 7 km do domu. I przez te 7 km aż 5 razy maszerowałem i truchtałem.
Czemu?
Nie chciałem się przetrenować. To najgorsze chyba przed maratonem, abym był zmęczony
i przetrenowany. W tym przypadku wskazówka efektywności treningu przesunęłaby się w kierunku przetrenowania. A i tak była niebezpiecznie blisko. A przecież “Celem numer jeden jest zawsze dobre samopoczucie na starcie.” (cytat z źródła 2b).

Nie powiem, że byłem zadowolony. Miał być trening, podbudowanie pewności siebie. Co zrobiłem?

Skupiłem się, aby najlepiej dość do siebie po tym treningu. Celem była maksymalna regeneracja. Odpocząłem trzy dni od biegania. A potem biegałem mało intensywnie i krótko starając się balansować między odpoczynkiem a bieganiem. Bo biegać trzeba było, miałem dwa tygodnie do startu. I tu ważne było, że nie przejąłem się niewłaściwym treningiem. Skupiłem się niejako na naprawie tego. I uznałem, że jeden trening to jeden trening. I tak swoje w nogach mam. A niepotrzebny stres w postaci martwienia się tym treningiem …
tak tak 🙂 niepotrzebny jest.

Don’t panic = zachowaj spokój

Jestem za połową trasy, mam w nogach największy nieprzerwany ok. 4 km podbieg na Przełęcz Małastowską. I dalej jakieś 400 m podbiegu. Zbiegam dość szybko i odrabiam czas zainwestowany w podbiegi. Jestem na ok. 26 km. Nagle łapie mnie kolka. Dobrze mi się biegnie, czuję się dobrze, zbiegam szybciej a tu kolka. A do mety jeszcze kilkanaście kilometrów. No żesz Ty! Przez głowę przebiega w ułamku sekundy mała panika. Zaraz potem stosuję procedurę:
1. Calm down, czyli nie panikuj. Spokój ma być.
2. Minimalnie – prawie z wyrzutem 😀 – zwolniłem.
3. Zacząłem jedną ręką masować i uciskać lekko miejsce kolki.
Rzadko mnie łapie kolka. Wypracowałem sobie metodę radzenia z nią. I dzięki temu tutaj wiedziałem jak zareagować. Nie paniką, nerwowym stresem, że teraz to już po biegu i szansie na dobry czas. Nie dałem dojść do głosu stresowi, że kolka, że słabo będzie.

A kilka dni po biegu doczytałem “Lore of Running” i dowiedziałem się, że kolka często zdarza się podczas zbiegania w dół, zwłaszcza po poprzedzającym trudnym odcinku podbiegu/ów. Wypisz wymaluj moja sytuacja.

 

Im mniej stresu sobie zafundujecie, czyli dobrze się przygotujecie tym lepiej pobiegniecie.
Oszczędzacie siły umysłowe na ważny bieg. Dzięki temu możecie pobiec na miarę swoich możliwości i jak najmniejszym nakładem sił. Oczywiście to moje zdanie, przepuście to przez swoje myślenie.

Podczas tego maratonu wiele rzeczy poszło świetnie. W tym niespodziewane jak ta kolka. Sporo rzeczy mi się sprawdziło. Z niektórymi poeksperymentowałem. Rzetelnie przygotowałem się mentalnie i logistycznie. Swoje pobiegałem podczas przygotowań, balansując to z życiem 😉
Efekty to przyjemność z biegu na mecie, nieprzerwany bieg mimo trudnej trasy, życiówka poprawiona o ponad 9 minut i bardzo dobry czas. A wierzę, i mam solidne podstawy, że jeszcze sporo mogę.
Kocham biegać 🙂

Luz na mecie. Zadowolenie to jest to :)

Luz na mecie. Zadowolenie to jest to 🙂

Źródła:
1. Tim Noakes “Lore of Running”
2. Jako uzupełnienie:
a) http://running.competitor.com/2015/05/training/three-tips-for-overcoming-a-bad-race-or-workout_128151
b) o świeżości na starcie maratonu Marcin Nagorek, polecam cały tekst.

Send to Kindle

Pasja zbliża

Wspólna pasja zbliża.
Dzięki bieganiu poznałem wielu interesujących ludzi.
A to znaczy: wymianę doświadczeń, wspólnie spędzone treningi, rozmowy, wspólne przeżywanie emocji. Bo to co jest szczególnie ważne to dzielenie tych wspólnych emocji
z innymi. To, dla mnie, jest ogromną wartością. Dzięki bieganiu, a do tego wniosku skłonił mnie weekend zakończony Biegiem Niepodległości jedenastego listopada w Gdyni na 10km.

A to było tak…

Miałem ogromną przyjemność spędzić ten czas z dwiema Biegaczkami. Kamila biegła już
w Gdańsku, za to był to jej pierwszy bieg w Gdyni. Tak samo jak i Asi z południa Polski,
z którą miałem przyjemność pobiegać po Trójmiejskim Parku Krajobrazowym. Zresztą nie tylko pobiegać, bo także przespacerować kilkanaście kilometrów gdy w trójkę w ndz. odbieraliśmy pakiet zaczynając w Orłowie; przez plażę, poznając dwa ostatnie km. biegu poprzez odbiór pakietów i na końcu spacer plażą do Sopotu. Ot taki, kondycyjny, bo biegowo-spacerowy weekend.

Start biegu o 15.00, zatem przedpołudnie mija powoli w kontekście wykonywanych czynności, a szybko jeśli chodzi o czas. Przyniosłem aparat fotograficzny plus statyw
od Łukasza (Łukasz dziękuję!). Od trzech biegów w Gdyni zapraszam znajomych biegaczy
wraz z ich znajomymi na wspólne zdjęcie przed ORP Błyskawicą – najstarszym zachowanym niszczycielem, zakotwiczonym w Porcie Gdynia przy Molo Południowym.
Szybkie zdjęcie pamiątkowe plus zdopingowanie się sprzyja podniesieniu motywacji
i utrzymaniu dobrego nastroju na bieg.

Pojechaliśmy ostatnią możliwą dla nas SKM-ką. Czasu było mało, a musiałem ustawić statyw
i aparat. W międzyczasie pozowałem, przebierałem się i zbierałem znajomych.
Adam podarował mi koszulkę techniczną – dziękuję Adam 🙂 Ba, fakt przebierania się wykorzystano do zdjęcia i tak mam ciekawe zdjęcie przed Błyskawicą ze znajomymi z Golden Teamu 🙂 Miłość do biegania ogrzewała mnie 🙂 Wspólne spotkanie zostało udokumentowane pięcioma fotografiami. Bardzo miło, było spotkać się z Wami chociaż na chwilę i uwiecznić
naszą grupę radosnych przed biegiem. Dziękuję Wam 🙂 !

Janek z Grupy Trójmiasto poprosił mnie o zającowanie, czyli prowadzenie na określony czas.
Z racji tego, że nie byłem przekonany o swojej formie na bardzo szybki bieg, zgodziłem się.
Jeśli mam pobiec wolniej i przy okazji wesprzeć innego biegacza to oczywiście, że tak chcę,
bo i bardzo lubię. Życiówka Janka to było nieco ponad 45 minut, chciał zejść poniżej 45.
To była kolejna okazja do zającowania, tutaj spontanicznego i czysto koleżeńskiego.
I kolejna okazja do sprawdzenia się i do wniesienia promienia słońca w życie innych.

Na starcie rozdzieliliśmy się przypadkowo. Stawałem na palcach, aczkolwiek w tym tłumie
nie wypatrzyłem go. Zanotowałem w głowie, aby następnym razem to się nie powtórzyło
i podjąłem decyzję, iż biegnę swoje na 42-43 minuty. Bo czułem się wspaniale.
Brałem ten emocjonalny doping z atmosfery, kibiców, spotkań z biegaczami pełnymi garściami
i ładowałem się nim. W głowie miałem bardzo mocny bieg dwa tygodnie wcześniej
i po nim tydzień odpoczynku. Stwierdziłem, że zacznę w czasie ok. 4.10-15.
Pomimo olbrzymiego tłoku na pierwszym kilometrze tak było. Do drugiego kilometra biegłem wyprzedzając i przeciskając się. Rozglądałem się do za Jankiem – w tym tłumie ciężko było skupić się na jednej twarzy patrząc do tyłu. Rekordowe 5594 biegaczy ukończyło bieg.

Wtem, na drugim równo kilometrze widzę Janka. Dobiegam, klepię go w plecy
i mówię “Zwolnij Janku” z uśmiechem, co sam robię. Z jednej strony początek w postaci
tempa po 4.10-15 przez pierwsze dwa kilometry, mogło się okazać zagrożeniem
dla utrzymania tempa i posiadania sił na finisz. Z drugiej strony gdyby był za mną, nie pomógłbym mu. Zatem zwolniliśmy a ja kontrolowałem czas na stoperze i biegłem na wyczucie. Tak jak lubię i robię.

W tzw. międzyczasie zaleciłem mu nie patrzenie na zegarek, pytałem się o samopoczucie
i przypominałem o głębszym oddychaniu co jakiś czas. W głowie analizowałem jak go zmotywować oraz czy tempo będzie skuteczne. Musiałem zwolnić tempo po zbyt szybkim starcie i musiałem utrzymać go tak, aby na mecie było poniżej 45 minut. Widziałem, że biegnie skupiony i biegnie bardzo szybko. Na ostatnich dwóch kilometrach przyśpieszyłem lekko. Taka była taktyka. Dopingowałem częściej i biegliśmy do mety. Na mecie sukces
i życiówka pobita i pierwszy raz poniżej 45 minut! Gratulacje Janku za świetny bieg! Pomimo tego, że pierwsze 2km były osobno i za szybkim tempem to Janek wytrzymał a ja dobrze rozłożyłem tempo. Przy biegu na 10km poniżej 45 minut w trakcie jego trwania nie ma czasu na rozmowę i nadrabianie tempa.

Po biegu ustawiłem się ok. 50 metrów za linią mety i wypatrywałem znajomych gratulując biegu i często życiówek. Widząc ich radość, aż samemu chciało mi się uśmiechać, choć i tak byłem uśmiechnięty 🙂 Po biegu tak się pięknie złożyło, iż mogłem znów zrobić sobie zdjęcia
z kolegami i koleżankami, pogratulować życiówek. Dobre rzeczy same przychodzą do mnie.

Po biegu wspólnie świętowaliśmy cały weekend kondycyjny rozmawiając o … bieganiu 🙂
Wspólna pasja zbliża. Co sądzicie o tym?

Do oglądania: Linki do galerii nr. 1 zdjęć z biegu i galeria nr. 2

edit: zmieniłem tytuł.

Send to Kindle

Maraton Warszawski 2013r.

Po maratonie: relacja i refleksje pacemakera.

Mój maraton zaczął się 21 sierpnia. Wtedy utworzyłem wspomnianą grupę na Facebooku
(dalej FB) jako miejsce przygotowania merytorycznego, wymiany doświadczeń, poznania się
i wsparcia motywacyjnego. Grupa stała bardzo aktywnym miejscem, za co dziękuję udzielającym się. O wiele lepiej prezentuje się porady na maraton, gdy jest odzew.
I tu był duży 🙂

Na samym początku grupy na Facebooku napisałem, że mogą liczyć na mnie w kwestiach przygotowania merytorycznego do maratonu i wsparcia motywacyjnego.
I z tego się wywiązałem. Mogą liczyć poza jedną rzeczą. Ja nie pobiegnę za nich. Poprowadzę do mety w zakładanym czasie. Z tego także się wywiązałem. Jednak to wasz bieg, zmęczenie, sukces na mecie, wasz maraton. Każdy przebiegł maraton sam. Gratuluję Wam tego 🙂

Przełom lipca i sierpnia to przerwa od biegania. Pierwsze dwa tygodnie z własnej woli,
bo zauważyłem u siebie oznaki przetrenowania. Drugie dwa tygodnie to kilka dni niebiegania
z powodu pęcherza a potem z powodu głębokiej rany na kolanie. Szkoda, że te dwie przerwy się nie pokryły. Wróciłem do biegania w ostatnim rozsądnym terminie. Powoli wdrażałem się do biegania, zwłaszcza długich wybiegań. To ważne, aby po przerwie nie zaczynać zbyt intensywnie, nie nadrabiać treningów. Trzeba stopniowo zwiększać intensywność treningów
i ćwiczyć cierpliwość. Oczywiście, to sprawa indywidualna z jaką intensywnością biegać i jak taki powrót ma wyglądać.

Na około tydzień przed maratonem dopadł mnie nagle atak myśli typu “to się nie uda/ a co gdy padniesz na trasie?” Innymi słowy negatywny stres. Jak sobie poradziłem z tym?
Jak wspomniałem w poście poradniku przygotowania mentalnego na krótki okres przed maratonem świetną metodą jest analiza takich myśli/uczuć. Przemyślałem przyczyny stresu, potem rozważyłem jakie jest ryzyko problemów na trasie i odsunąłem te myśli. Spokój psychiczny to ważna rzecz przed maratonem. Tim Noakes zaleca, unikajmy przed maratonem (ważnymi biegami) szczególnie negatywnych emocji. Spokojna głowa sprzyja zachowaniu rozsądku i skupieniu się. Nie tylko w bieganiu.

Jako zając byłem spokojny o swoją formę na ten czas. Życiówkę z debiutu w Poznaniu 2011r. mam o 17 minut lepsza niż zakładane 3:55. Podobną różnicę miałem w debiucie grupowego prowadzenia jako pacemaker w tegorocznym Półmaratonie Warszawskim.
I obie decyzje o starcie na takie wolniejsze czasy były bardzo dobre. W obu przypadkach okoliczności sprawiły, że bieg w szybszym tempie byłby bardzo wymagający dla mnie.
Przy półmaratonie nieprzespana noc i atak zatok, przed maratonem jeden miesiąc przerwy.
Dlatego, ważne jest aby zgłaszać się na wolniejsze czasy niż życiówka. Bo sporo osób polega na pacemakerze. A my jesteśmy zabezpieczeni przed nieprzewidzianymi sytuacjami.
A ta świadomość tylko pomaga, szczególnie w kwestii pewności siebie 🙂

Bieg maratoński w tempie Negative Splits i na nieco poniżej 4h to wymagające zadanie.
Zwłaszcza dla debiutantów, którzy byli w mojej grupie. Jednak po lekturze stron z taktykami
i statystykami za konkretną strategią, po dyskusji na grupie i przemyśleniu moich maratonów uznałem, że ta strategia będzie najbardziej efektywna. Wybrałem delikatny Negative Splits,
bo z różnicą pomiędzy startem a finiszem 16 sekund i czterokrotną zmianą tempa.

Weekend biegu minął szybko. Około 15 w sobotę odebrałem cztery pakiety, w tym trzy dla znajomych. Poszło szybko i sprawnie. Potem odprawa pacemakerów z dyrektorem biegu Markiem Troniną oraz Martyną Lewandowską. Następnie zrelaksowałem się na spotkaniu
z klubem Golden Team. Po powrocie do mieszkania – czas na przygotowanie się do biegu. Przedmaratonowa noc to lekki sen z przebudzeniami i myśli wokół zającowania.
Czułem to odpowiedzialność.

Przed startem miałem 3 spotkania zdjęciowe: z zaprzyjaźnioną Akademią Biegania, Golden Teamem oraz z swoją grupą 3:55. Przekazałem dwa pakiety i odebrałem baloniki.
Po sprawnym załatwieniu tego wszystkiego udałem się z kilkoma biegaczami z grupy
na nasze miejsce startowe. Czułem ich wsparcie i to było budujące.
Podczas biegu, gdy rozgrzałem się i ściągałem lekką bluzę, a to wymagało zdjęcia singletu
z balonikami, pomogli mi od razu z tym. Maciej pytał się mnie, czy chcę wodę, gdy był tłok przy stolikach. I nastawiony na przyjemny- bo bieganie ma być dla mnie przyjemne, i na dobry bieg- bo mam dobiec dobrze do mety, wystartowałem w swoim czwartym maratonie.

Biegło mi się dobrze. Ponad 42 km minęły … szybko. Działo się dużo. A to na 4-5km usłyszałem doping dla Piotra Fitka – na kilku stronach posługuję się loginem Piotr Fitek.
Nie rozpoznałem wołających. Jednak uśmiech miałem szeroki 🙂 Kontrolowałem tempo. Pytałem się biegnących obok mnie zawodników o samopoczucie i na początkowych wolniejszych kilometrach rozmawialiśmy. Czerpałem energię od kibiców i szczególnie znajomych i ich znajomych – pozdrowienia i podziękowania dla Ludwika oraz Agaty,
Henryka i Grażynki. Biegłem jako pacemaker, zatem czuwałem nad tym, aby pobiec zgodnie
z zaplanowaną wcześniej strategią i zrealizować cel. Dlatego cały bieg i moje myśli były
temu podporządkowane. To odpowiednie tempo, które trzeba było utrzymywać przez cały bieg. A na trasie były punkty odżywcze, grupy biegaczy, ciasne odcinki z wolniejszym biegaczami. Przykładowo, jakbym biegł sam to bym zrywem wyprzedził blokujących i potem wrócił do swojego tempa. Tutaj trzeba było pomyśleć o grupie biegaczy za mną.
To szczególnie mocno wpłynęło na to, że bieg minął mi aktywnie, bez chwili nudy.

Na trasie miałem wielkie wsparcie od dopingującej części Golden Teamu.
Na pierwszym spotkaniu Lena podała mi tak sprawnie żel, że nawet nie musiałem zwalniać. Dziękuje Lena 🙂 Drużyna kibicujących była bardzo dobrze przygotowana.
Pod wodzą Joasi spisali się świetnie. Należą się im jeszcze raz gorące podziękowania.
Mieli mapkę trasy, rozpisane planowane godziny bycia zawodników na danych kilometrach
i ich życzenia (żele, izotoniki itp.) oraz kwestię dojazdów pomiędzy punktami kibicowania.
Po prostu profesjonalne podejście do sprawie.

Ostatnie kilometry były najszybsze, gdyż w tempie 5:27. Pomimo tego, powstrzymywałem
się przed przyśpieszeniem. Gdybym biegł sam to poleciałbym do przodu, bo czułem się fantastycznie. Ba, chciało mi się tańczyć 😀 Jednak misja zająca była do wykonania 🙂

Na metę wbiegliśmy razem z Maciejem Mazurukiem trzymając się za ręce.
Ogromna radość i satysfakcja! Dziękuję Macieju za wsparcie na trasie i wspólny bieg.
Zaraz na mecie jeden z biegaczy i podziękował za poprowadzenie w debiucie. Gratulacje Michał 🙂
Gratulacje wszystkim Maratończykom!

Czy nie mówiłem Wam, że kocham biegać? 🙂

Mała porcja zdjęć dla spragnionych obrazu: link do małej mojej galerii na FB

A Wam jak się biegło?

Send to Kindle