Rezygnacja na … lepsze

Tak mogę podsumować swój wyjazd do Krynicy-Zdroju na tamtejszy Festiwal Biegowy.
Aka czasem trzeba wiedzieć kiedy odpuścić.

Po świetnym wyniku rok temu w górskim biegu na 36 km, postanowiłem wrócić na ten sam bieg. Wtedy w debiucie zająłem 19. miejsce w open. W międzyczasie trasa została zmieniona na trudniejszą, zmieniono miejsce startu i mety oraz godzinę startu.
Mój plan na bieg z upływem czasu a przybliżaniem się daty biegu łagodniał. Z racji innych zajęć ostatnie tygodnie to było i mało biegania i było umiarkowanie intensywnie – wręcz truchtanie przelatane mocniejszym biegiem w weekend. Często po prostu biegałem 50 minut dla samego rozruszania się. Takie 2-3 treningi tygodniowo to mało na porządny i trudny bieg górski. Pamiętajcie, że to był bieg górski na trudnej trasie. To nie bieg asfaltowy, gdzie miałbym o wiele łatwiej.

A czemu tak mało? Po prostu mniej czasu na treningi oraz ograniczone siły. Biegam tyle ile chcę i mogę, balansując to z pozostałymi aktywnościami. Przecież nie samym bieganiem człowiek żyje – bieganie to nie tylko bieganie, jest jeszcze reszta życia.

Niedługo przed wyjazdem postanowiłem pobiec turystycznie. Na luzie, bez ambicji czasowych. Z dużą ilością marszów. Ot, aby zaliczyć bieg w miarę rozsądnym wysiłkiem.

Tuż przed wyjazdem sprawdziłem raz jeszcze profil trasy i …. przejrzałem na oczy. Nie, zajadę się i fizycznie i psychicznie. Co to, to nie. Nie chcę.

I w piątek, kilka h po przyjeździe do Krynicy zapisałem się na nowe biegi: 10km i półmaraton. Rezygnując z górskiego biegu. Buty uliczne oczywiście zabrałem 🙂

Czemu tak zrobiłem?

Nie byłem w formie na taki ciężki bieg. Prawie na pewno odczułbym ten bieg i mocno fizycznie i psychicznie. Za mocno. Z czego ten argument mentalny był decydujący. Ostatnio potrzebuję sporo swoich zasobów psychicznych a mam ich niedostatecznie wystarczająco. Nie chciałem sobie dodawać goryczy niezadowolenia i zmęczenia psychicznego i fizycznego bez wyrównania w przyjemności.
A tu nie miałbym tej przyjemności. A miałbym słaby bieg górski i brak satysfakcji oraz radochy. Do tego ogromne zmęczenie po biegu, ewentualne przeciążenie organizmu, mniej czasu i sił na towarzyskie życie w Krynicy. Sumując, dużo niepotrzebnego stresu a niepotrzebny stres … niepotrzebny jest.

Pragnąłem fajnego wyjazdu i satysfakcji z biegania. Swoje porażki trzeba odrobić, jednak tym razem nie miałem na to ochoty. Chciałem, aby było przyjemnie. W końcu o przyjemność ostatecznie mi chodzi w moim bieganiu.

I tu niejako disclaimer – potrafię czerpać i czuję przyjemność z wysiłku. Dlatego m.in. biegam. Mam te endorfiny, gdy wbiegam 20 raz jak chomik na solidny podbieg albo zaliczam Szyndzielnię i Klimczok na jednym treningu (1028 i 1117 m. n.p.m.). Albo, gdy robię trening bo wypadnę z formy i niejako “powinienem”. W tym przypadku jednak lepiej było dla mnie odpuścić i wybrać inaczej.

A jak sprawdziło się to podejście?

Sprawdziło się i to świetnie. Nawet było dość mocno, ale w granicach komfortowego wysiłku. Jestem bardzo zadowolony z dwóch mocnych biegów:
10 km w sobotę w 40:44,
półmaraton w niedzielę w 1.32.56 – mój 25. półmaraton i 2. wynik w życiu
a jak widać po poniższym zdjęciu trasa należała do wymagających – podbiegi.

Uliczne podbiegi i zbiegi mi służą. Wyprzedzałem na nich a nie byłem wyprzedzany.

półmaraton profil

półmaraton profil

Podsumowując, miałem dwa mocne oraz na komfortowym wysiłku biegi i to pomimo mało biegania ostatnimi tygodniami.
Mam dużo energii i satysfakcji z wyjazdu. Miałem siły na spotkania towarzyskie ze znajomymi.
Był i jest uśmiech na myśl o Krynicy 🙂

Kilka fotek:

A Wy pamiętacie swoje podobne przypadki?
Gdy posłuchaliście się siebie wbrew chęci pt. “za wszelką cenę” …
zapraszam do podzielenia się w komentarzach.

Send to Kindle

Bez stresu – rekordowy maraton.

No stress. Czyli bez stresu. W poprzednim poście opisałem częściowo swoje przygotowania.
Maraton przebiegłem 🙂 zrobiłem życiówkę 🙂 lepszą o ponad 9 minut 🙂 i to na trudnej górskiej ulicznej trasie 🙂
A jak to osiągnąłem?
Właśnie szczególnie dzięki postawieniu na mentalne i logistyczne przygotowanie.
Z kluczowym bezstresowym podejściem. Bo ten maraton określałem jako mało stresujący. Oczywiście stres był, robotem nie jestem, ale to był ten stres i dopuszczalny i potrzebny.
Nie było niepotrzebnego stresu. Tego, który każe wątpić, negować, który męczy i przeszkadza.

Zatem w okresie przedmaratońskim postawiłem na rzetelne przygotowanie się do maratonu.
Nie chodzi tutaj o trening fizyczny. Bez treningów nie przebiegłbym maratonu. Oczywiste.
Jednocześnie bez skupienia się na właściwym przygotowaniu, treningu mentalnym, odpowiedniemu podejściu, ten maraton nie byłby tak przyjemny, satysfakcjonujący oraz rekordowy. A taki właśnie był.

W poprzednim poście zdałem Wam relację z moich przygotowań, kładąc duży nacisk na dwie ważne kwestie:
niepotrzebny stres jest … niepotrzebny. Jeśli można zniwelować (zaoszczędzić) sobie stresu to warto to zrobić. Po co potem zajmować się czymś na szybko, ad hoc, marnować energię itd.?
los sprzyja przygotowanym. Nikt nie przewidzi wszystkiego. Ryzyko, że coś nie wyjdzie jest zawsze. Zwłaszcza w tak nieprzewidywalnym biegu jakim jest maraton. Dodajmy do tego jeszcze, że mój maraton to był uliczny, górski maraton. 900 metrów w górę, 600 metrów w dół przewyższenia.

Grete Waitz napisała „the marathon is the kind of race you must take one mile at a time, being flexible enough to adapt to the unknown and the unexpected”.

Jednak, jeśli jesteśmy naprawdę przygotowani, to lepiej zareagujemy na niespodziewane. Poniżej wskażę przykład, gdy jedna sytuacja zaskoczyła mnie na trasie.

Logistyka i ta ostatnia nocka
Do Wysowej-Zdrój przyjechaliśmy późnym wieczorem w piątek. Tej nocy spałem długo, prawie nieprzerwanie a rano wstałem wypoczęty. O to chodziło z wyspaniem się przedostatniej nocy. Bo następna noc była słaba. Nie mogłem zasnąć, sen był przerywany, zasnąłem na dobre nad ranem, a budzik zadzwonił 6.30. Dlatego tak ważne jest wcześniejsze wysypiania się w ostatnim tygodniu i ta przedostatnia noc. Tu mi się sprawdziło 🙂

Dzień wolny, czyli sobota także dobrze się sprawdziła. Byłem już na miejscu, mogłem się skupić na innych rzeczach niż ponad 4 h jazdy autem. Jeśli planujecie dobry mocny bieg,
z oczekiwaniem życiówki, lepiej dać sobie dzień wolny tuż przed biegiem. Oczywiście to zależy od pracy, miejsca maratonu względem Waszego zamieszkania, ale jak się chce to sporo się da 😉 Dla mnie dzień wolny, spędzony leniwie, był bardzo dobrym rozwiązaniem.

Zadbałem także o sprawdzone śniadanie w dniu biegu, jedzone na raty. Dziękuję za ważne przypomnienie w komentarzu Jarku!

Trasa, ach te górki i dołki aka „but you did not tell me about this hill!”

Uwielbiam ten cytat 😀 Trzy dni po maratonie nuciłem sobie go z pełnym uśmiechem na twarzy. Tak, to ten haj endorfiński 😀
W poprzednim poście podkreśliłem jak ważna jest znajomość trasy, zwłaszcza w kwestii podbiegów oraz ostatnich 10 km. Napisałem także, że przejadę ostatnie 10 km trasy.
Zatem z Asią wybraliśmy się autem na wycieczkę. Dzięki temu wiedziałem, jak wygląda trasa, i co ważne profil. Ostatnie 10 km to było kilka km względnie płaskiego, a potem naprzemiennie górki, dołki i troszeczkę płaskiego. Z solidnym ok. 1,2 km podbiegiem na ok. 39 km.

Wyliczenie podbiegów i zbiegów. Autorka Asia Kurek

Wyliczenie podbiegów i zbiegów. Autorka opracowania Asia Kurek

Dzięki temu, gdy po długim zbiegu do Uścia Gorlickiego znalazłem się na ok. 30 km to
“byłem w domu”. Znałem trasę, wiedziałem co mnie czeka. Nie byłem zaskoczony górkami. Byłem nastawiony na mocny wysiłek, na to, że po 30 km w nogach będzie ciężko. Ale nie byłem zaskoczony podbiegami, które należą do trudnych elementów trasy. Tim Noakes w „Lore of running” tak napisał:

Cytat z Lore of Running. Autor TIm Noakes.

Cytat z Lore of Running. Autor Tim Noakes.

Jak wspomniałem w poprzednim wpisie, kiedyś zapłaciłem cenę za swój błąd braku znajomości trasy, podbiegów i ostatnich 10 km. Tutaj, zadbałem o to, aby moja głowa wiedziała co ją czeka.
Nie zaskoczyłem siebie, swojej głowy tekstem „Ale ty nie powiedziałeś mi o tej górce!”.
Mogłem się skupić na swoim biegu. A ostatnie 10 km maratonu, z pofałdowaną mocno trasą było i jest poważnym wyzwaniem. Wyprzedzałem zawodników, którzy przechodzili do marszu, sam czułem zwolnienie na podbiegach i przyśpieszałem na płaskim i zbiegach. A czułem przecież dużo km w nogach górskiego maratonu.
Konkludując, dodatkowy stres związany z nieprzewidzianą górkami nie był mi wtedy potrzebny. Oj nie.

Skup się na tym co możesz kontrolować

Dwa tygodnie przed biegiem, w sobotę 8 maja chciałem zaliczyć ostatni mocny trening.
Aby poczuć pewność siebie, powera i to uczucie, że jestem w świetnej formie. Jak np. tutaj: http://app.endomondo.com/workouts/466032560/11299078 (przewińcie na dół do opisu)

Ten stan psychiczny jest bardzo budujący I to chciałem osiągnąć.
A wyszło:
Wbiegłem na Kozią Górkę z poziomu miasta, i tak samo na Szyndzielnię. Wbiegnięcie na Szyndzielnię mocno mnie zmęczyło. Wracając, mają przed sobą ostatnie 1/3 zbiegu przeszedłem do marszu. Jak automat. Byłem zmęczony, głowa nie pomagała. A miałem jeszcze ok. 7 km do domu. I przez te 7 km aż 5 razy maszerowałem i truchtałem.
Czemu?
Nie chciałem się przetrenować. To najgorsze chyba przed maratonem, abym był zmęczony
i przetrenowany. W tym przypadku wskazówka efektywności treningu przesunęłaby się w kierunku przetrenowania. A i tak była niebezpiecznie blisko. A przecież “Celem numer jeden jest zawsze dobre samopoczucie na starcie.” (cytat z źródła 2b).

Nie powiem, że byłem zadowolony. Miał być trening, podbudowanie pewności siebie. Co zrobiłem?

Skupiłem się, aby najlepiej dość do siebie po tym treningu. Celem była maksymalna regeneracja. Odpocząłem trzy dni od biegania. A potem biegałem mało intensywnie i krótko starając się balansować między odpoczynkiem a bieganiem. Bo biegać trzeba było, miałem dwa tygodnie do startu. I tu ważne było, że nie przejąłem się niewłaściwym treningiem. Skupiłem się niejako na naprawie tego. I uznałem, że jeden trening to jeden trening. I tak swoje w nogach mam. A niepotrzebny stres w postaci martwienia się tym treningiem …
tak tak 🙂 niepotrzebny jest.

Don’t panic = zachowaj spokój

Jestem za połową trasy, mam w nogach największy nieprzerwany ok. 4 km podbieg na Przełęcz Małastowską. I dalej jakieś 400 m podbiegu. Zbiegam dość szybko i odrabiam czas zainwestowany w podbiegi. Jestem na ok. 26 km. Nagle łapie mnie kolka. Dobrze mi się biegnie, czuję się dobrze, zbiegam szybciej a tu kolka. A do mety jeszcze kilkanaście kilometrów. No żesz Ty! Przez głowę przebiega w ułamku sekundy mała panika. Zaraz potem stosuję procedurę:
1. Calm down, czyli nie panikuj. Spokój ma być.
2. Minimalnie – prawie z wyrzutem 😀 – zwolniłem.
3. Zacząłem jedną ręką masować i uciskać lekko miejsce kolki.
Rzadko mnie łapie kolka. Wypracowałem sobie metodę radzenia z nią. I dzięki temu tutaj wiedziałem jak zareagować. Nie paniką, nerwowym stresem, że teraz to już po biegu i szansie na dobry czas. Nie dałem dojść do głosu stresowi, że kolka, że słabo będzie.

A kilka dni po biegu doczytałem “Lore of Running” i dowiedziałem się, że kolka często zdarza się podczas zbiegania w dół, zwłaszcza po poprzedzającym trudnym odcinku podbiegu/ów. Wypisz wymaluj moja sytuacja.

 

Im mniej stresu sobie zafundujecie, czyli dobrze się przygotujecie tym lepiej pobiegniecie.
Oszczędzacie siły umysłowe na ważny bieg. Dzięki temu możecie pobiec na miarę swoich możliwości i jak najmniejszym nakładem sił. Oczywiście to moje zdanie, przepuście to przez swoje myślenie.

Podczas tego maratonu wiele rzeczy poszło świetnie. W tym niespodziewane jak ta kolka. Sporo rzeczy mi się sprawdziło. Z niektórymi poeksperymentowałem. Rzetelnie przygotowałem się mentalnie i logistycznie. Swoje pobiegałem podczas przygotowań, balansując to z życiem 😉
Efekty to przyjemność z biegu na mecie, nieprzerwany bieg mimo trudnej trasy, życiówka poprawiona o ponad 9 minut i bardzo dobry czas. A wierzę, i mam solidne podstawy, że jeszcze sporo mogę.
Kocham biegać 🙂

Luz na mecie. Zadowolenie to jest to :)

Luz na mecie. Zadowolenie to jest to 🙂

Źródła:
1. Tim Noakes “Lore of Running”
2. Jako uzupełnienie:
a) http://running.competitor.com/2015/05/training/three-tips-for-overcoming-a-bad-race-or-workout_128151
b) o świeżości na starcie maratonu Marcin Nagorek, polecam cały tekst.

Send to Kindle

Pasja zbliża

Wspólna pasja zbliża.
Dzięki bieganiu poznałem wielu interesujących ludzi.
A to znaczy: wymianę doświadczeń, wspólnie spędzone treningi, rozmowy, wspólne przeżywanie emocji. Bo to co jest szczególnie ważne to dzielenie tych wspólnych emocji
z innymi. To, dla mnie, jest ogromną wartością. Dzięki bieganiu, a do tego wniosku skłonił mnie weekend zakończony Biegiem Niepodległości jedenastego listopada w Gdyni na 10km.

A to było tak…

Miałem ogromną przyjemność spędzić ten czas z dwiema Biegaczkami. Kamila biegła już
w Gdańsku, za to był to jej pierwszy bieg w Gdyni. Tak samo jak i Asi z południa Polski,
z którą miałem przyjemność pobiegać po Trójmiejskim Parku Krajobrazowym. Zresztą nie tylko pobiegać, bo także przespacerować kilkanaście kilometrów gdy w trójkę w ndz. odbieraliśmy pakiet zaczynając w Orłowie; przez plażę, poznając dwa ostatnie km. biegu poprzez odbiór pakietów i na końcu spacer plażą do Sopotu. Ot taki, kondycyjny, bo biegowo-spacerowy weekend.

Start biegu o 15.00, zatem przedpołudnie mija powoli w kontekście wykonywanych czynności, a szybko jeśli chodzi o czas. Przyniosłem aparat fotograficzny plus statyw
od Łukasza (Łukasz dziękuję!). Od trzech biegów w Gdyni zapraszam znajomych biegaczy
wraz z ich znajomymi na wspólne zdjęcie przed ORP Błyskawicą – najstarszym zachowanym niszczycielem, zakotwiczonym w Porcie Gdynia przy Molo Południowym.
Szybkie zdjęcie pamiątkowe plus zdopingowanie się sprzyja podniesieniu motywacji
i utrzymaniu dobrego nastroju na bieg.

Pojechaliśmy ostatnią możliwą dla nas SKM-ką. Czasu było mało, a musiałem ustawić statyw
i aparat. W międzyczasie pozowałem, przebierałem się i zbierałem znajomych.
Adam podarował mi koszulkę techniczną – dziękuję Adam 🙂 Ba, fakt przebierania się wykorzystano do zdjęcia i tak mam ciekawe zdjęcie przed Błyskawicą ze znajomymi z Golden Teamu 🙂 Miłość do biegania ogrzewała mnie 🙂 Wspólne spotkanie zostało udokumentowane pięcioma fotografiami. Bardzo miło, było spotkać się z Wami chociaż na chwilę i uwiecznić
naszą grupę radosnych przed biegiem. Dziękuję Wam 🙂 !

Janek z Grupy Trójmiasto poprosił mnie o zającowanie, czyli prowadzenie na określony czas.
Z racji tego, że nie byłem przekonany o swojej formie na bardzo szybki bieg, zgodziłem się.
Jeśli mam pobiec wolniej i przy okazji wesprzeć innego biegacza to oczywiście, że tak chcę,
bo i bardzo lubię. Życiówka Janka to było nieco ponad 45 minut, chciał zejść poniżej 45.
To była kolejna okazja do zającowania, tutaj spontanicznego i czysto koleżeńskiego.
I kolejna okazja do sprawdzenia się i do wniesienia promienia słońca w życie innych.

Na starcie rozdzieliliśmy się przypadkowo. Stawałem na palcach, aczkolwiek w tym tłumie
nie wypatrzyłem go. Zanotowałem w głowie, aby następnym razem to się nie powtórzyło
i podjąłem decyzję, iż biegnę swoje na 42-43 minuty. Bo czułem się wspaniale.
Brałem ten emocjonalny doping z atmosfery, kibiców, spotkań z biegaczami pełnymi garściami
i ładowałem się nim. W głowie miałem bardzo mocny bieg dwa tygodnie wcześniej
i po nim tydzień odpoczynku. Stwierdziłem, że zacznę w czasie ok. 4.10-15.
Pomimo olbrzymiego tłoku na pierwszym kilometrze tak było. Do drugiego kilometra biegłem wyprzedzając i przeciskając się. Rozglądałem się do za Jankiem – w tym tłumie ciężko było skupić się na jednej twarzy patrząc do tyłu. Rekordowe 5594 biegaczy ukończyło bieg.

Wtem, na drugim równo kilometrze widzę Janka. Dobiegam, klepię go w plecy
i mówię “Zwolnij Janku” z uśmiechem, co sam robię. Z jednej strony początek w postaci
tempa po 4.10-15 przez pierwsze dwa kilometry, mogło się okazać zagrożeniem
dla utrzymania tempa i posiadania sił na finisz. Z drugiej strony gdyby był za mną, nie pomógłbym mu. Zatem zwolniliśmy a ja kontrolowałem czas na stoperze i biegłem na wyczucie. Tak jak lubię i robię.

W tzw. międzyczasie zaleciłem mu nie patrzenie na zegarek, pytałem się o samopoczucie
i przypominałem o głębszym oddychaniu co jakiś czas. W głowie analizowałem jak go zmotywować oraz czy tempo będzie skuteczne. Musiałem zwolnić tempo po zbyt szybkim starcie i musiałem utrzymać go tak, aby na mecie było poniżej 45 minut. Widziałem, że biegnie skupiony i biegnie bardzo szybko. Na ostatnich dwóch kilometrach przyśpieszyłem lekko. Taka była taktyka. Dopingowałem częściej i biegliśmy do mety. Na mecie sukces
i życiówka pobita i pierwszy raz poniżej 45 minut! Gratulacje Janku za świetny bieg! Pomimo tego, że pierwsze 2km były osobno i za szybkim tempem to Janek wytrzymał a ja dobrze rozłożyłem tempo. Przy biegu na 10km poniżej 45 minut w trakcie jego trwania nie ma czasu na rozmowę i nadrabianie tempa.

Po biegu ustawiłem się ok. 50 metrów za linią mety i wypatrywałem znajomych gratulując biegu i często życiówek. Widząc ich radość, aż samemu chciało mi się uśmiechać, choć i tak byłem uśmiechnięty 🙂 Po biegu tak się pięknie złożyło, iż mogłem znów zrobić sobie zdjęcia
z kolegami i koleżankami, pogratulować życiówek. Dobre rzeczy same przychodzą do mnie.

Po biegu wspólnie świętowaliśmy cały weekend kondycyjny rozmawiając o … bieganiu 🙂
Wspólna pasja zbliża. Co sądzicie o tym?

Do oglądania: Linki do galerii nr. 1 zdjęć z biegu i galeria nr. 2

edit: zmieniłem tytuł.

Send to Kindle

Maraton Warszawski 2013r.

Po maratonie: relacja i refleksje pacemakera.

Mój maraton zaczął się 21 sierpnia. Wtedy utworzyłem wspomnianą grupę na Facebooku
(dalej FB) jako miejsce przygotowania merytorycznego, wymiany doświadczeń, poznania się
i wsparcia motywacyjnego. Grupa stała bardzo aktywnym miejscem, za co dziękuję udzielającym się. O wiele lepiej prezentuje się porady na maraton, gdy jest odzew.
I tu był duży 🙂

Na samym początku grupy na Facebooku napisałem, że mogą liczyć na mnie w kwestiach przygotowania merytorycznego do maratonu i wsparcia motywacyjnego.
I z tego się wywiązałem. Mogą liczyć poza jedną rzeczą. Ja nie pobiegnę za nich. Poprowadzę do mety w zakładanym czasie. Z tego także się wywiązałem. Jednak to wasz bieg, zmęczenie, sukces na mecie, wasz maraton. Każdy przebiegł maraton sam. Gratuluję Wam tego 🙂

Przełom lipca i sierpnia to przerwa od biegania. Pierwsze dwa tygodnie z własnej woli,
bo zauważyłem u siebie oznaki przetrenowania. Drugie dwa tygodnie to kilka dni niebiegania
z powodu pęcherza a potem z powodu głębokiej rany na kolanie. Szkoda, że te dwie przerwy się nie pokryły. Wróciłem do biegania w ostatnim rozsądnym terminie. Powoli wdrażałem się do biegania, zwłaszcza długich wybiegań. To ważne, aby po przerwie nie zaczynać zbyt intensywnie, nie nadrabiać treningów. Trzeba stopniowo zwiększać intensywność treningów
i ćwiczyć cierpliwość. Oczywiście, to sprawa indywidualna z jaką intensywnością biegać i jak taki powrót ma wyglądać.

Na około tydzień przed maratonem dopadł mnie nagle atak myśli typu “to się nie uda/ a co gdy padniesz na trasie?” Innymi słowy negatywny stres. Jak sobie poradziłem z tym?
Jak wspomniałem w poście poradniku przygotowania mentalnego na krótki okres przed maratonem świetną metodą jest analiza takich myśli/uczuć. Przemyślałem przyczyny stresu, potem rozważyłem jakie jest ryzyko problemów na trasie i odsunąłem te myśli. Spokój psychiczny to ważna rzecz przed maratonem. Tim Noakes zaleca, unikajmy przed maratonem (ważnymi biegami) szczególnie negatywnych emocji. Spokojna głowa sprzyja zachowaniu rozsądku i skupieniu się. Nie tylko w bieganiu.

Jako zając byłem spokojny o swoją formę na ten czas. Życiówkę z debiutu w Poznaniu 2011r. mam o 17 minut lepsza niż zakładane 3:55. Podobną różnicę miałem w debiucie grupowego prowadzenia jako pacemaker w tegorocznym Półmaratonie Warszawskim.
I obie decyzje o starcie na takie wolniejsze czasy były bardzo dobre. W obu przypadkach okoliczności sprawiły, że bieg w szybszym tempie byłby bardzo wymagający dla mnie.
Przy półmaratonie nieprzespana noc i atak zatok, przed maratonem jeden miesiąc przerwy.
Dlatego, ważne jest aby zgłaszać się na wolniejsze czasy niż życiówka. Bo sporo osób polega na pacemakerze. A my jesteśmy zabezpieczeni przed nieprzewidzianymi sytuacjami.
A ta świadomość tylko pomaga, szczególnie w kwestii pewności siebie 🙂

Bieg maratoński w tempie Negative Splits i na nieco poniżej 4h to wymagające zadanie.
Zwłaszcza dla debiutantów, którzy byli w mojej grupie. Jednak po lekturze stron z taktykami
i statystykami za konkretną strategią, po dyskusji na grupie i przemyśleniu moich maratonów uznałem, że ta strategia będzie najbardziej efektywna. Wybrałem delikatny Negative Splits,
bo z różnicą pomiędzy startem a finiszem 16 sekund i czterokrotną zmianą tempa.

Weekend biegu minął szybko. Około 15 w sobotę odebrałem cztery pakiety, w tym trzy dla znajomych. Poszło szybko i sprawnie. Potem odprawa pacemakerów z dyrektorem biegu Markiem Troniną oraz Martyną Lewandowską. Następnie zrelaksowałem się na spotkaniu
z klubem Golden Team. Po powrocie do mieszkania – czas na przygotowanie się do biegu. Przedmaratonowa noc to lekki sen z przebudzeniami i myśli wokół zającowania.
Czułem to odpowiedzialność.

Przed startem miałem 3 spotkania zdjęciowe: z zaprzyjaźnioną Akademią Biegania, Golden Teamem oraz z swoją grupą 3:55. Przekazałem dwa pakiety i odebrałem baloniki.
Po sprawnym załatwieniu tego wszystkiego udałem się z kilkoma biegaczami z grupy
na nasze miejsce startowe. Czułem ich wsparcie i to było budujące.
Podczas biegu, gdy rozgrzałem się i ściągałem lekką bluzę, a to wymagało zdjęcia singletu
z balonikami, pomogli mi od razu z tym. Maciej pytał się mnie, czy chcę wodę, gdy był tłok przy stolikach. I nastawiony na przyjemny- bo bieganie ma być dla mnie przyjemne, i na dobry bieg- bo mam dobiec dobrze do mety, wystartowałem w swoim czwartym maratonie.

Biegło mi się dobrze. Ponad 42 km minęły … szybko. Działo się dużo. A to na 4-5km usłyszałem doping dla Piotra Fitka – na kilku stronach posługuję się loginem Piotr Fitek.
Nie rozpoznałem wołających. Jednak uśmiech miałem szeroki 🙂 Kontrolowałem tempo. Pytałem się biegnących obok mnie zawodników o samopoczucie i na początkowych wolniejszych kilometrach rozmawialiśmy. Czerpałem energię od kibiców i szczególnie znajomych i ich znajomych – pozdrowienia i podziękowania dla Ludwika oraz Agaty,
Henryka i Grażynki. Biegłem jako pacemaker, zatem czuwałem nad tym, aby pobiec zgodnie
z zaplanowaną wcześniej strategią i zrealizować cel. Dlatego cały bieg i moje myśli były
temu podporządkowane. To odpowiednie tempo, które trzeba było utrzymywać przez cały bieg. A na trasie były punkty odżywcze, grupy biegaczy, ciasne odcinki z wolniejszym biegaczami. Przykładowo, jakbym biegł sam to bym zrywem wyprzedził blokujących i potem wrócił do swojego tempa. Tutaj trzeba było pomyśleć o grupie biegaczy za mną.
To szczególnie mocno wpłynęło na to, że bieg minął mi aktywnie, bez chwili nudy.

Na trasie miałem wielkie wsparcie od dopingującej części Golden Teamu.
Na pierwszym spotkaniu Lena podała mi tak sprawnie żel, że nawet nie musiałem zwalniać. Dziękuje Lena 🙂 Drużyna kibicujących była bardzo dobrze przygotowana.
Pod wodzą Joasi spisali się świetnie. Należą się im jeszcze raz gorące podziękowania.
Mieli mapkę trasy, rozpisane planowane godziny bycia zawodników na danych kilometrach
i ich życzenia (żele, izotoniki itp.) oraz kwestię dojazdów pomiędzy punktami kibicowania.
Po prostu profesjonalne podejście do sprawie.

Ostatnie kilometry były najszybsze, gdyż w tempie 5:27. Pomimo tego, powstrzymywałem
się przed przyśpieszeniem. Gdybym biegł sam to poleciałbym do przodu, bo czułem się fantastycznie. Ba, chciało mi się tańczyć 😀 Jednak misja zająca była do wykonania 🙂

Na metę wbiegliśmy razem z Maciejem Mazurukiem trzymając się za ręce.
Ogromna radość i satysfakcja! Dziękuję Macieju za wsparcie na trasie i wspólny bieg.
Zaraz na mecie jeden z biegaczy i podziękował za poprowadzenie w debiucie. Gratulacje Michał 🙂
Gratulacje wszystkim Maratończykom!

Czy nie mówiłem Wam, że kocham biegać? 🙂

Mała porcja zdjęć dla spragnionych obrazu: link do małej mojej galerii na FB

A Wam jak się biegło?

Send to Kindle

Relacje z Maratonu Warszawskiego – post gościnny

To było Wasz Maraton.
Poprosiłem kilka osób z grupy o podzielenie się swoimi emocjami i refleksjami z maratonu.
Z konieczności tylko kilka osób. Za to wiele osób z was podzieliło się refleksjami z biegu na grupie, za co dziękuję. Autorzy napisali tak dobre relacje, że postanowiłem oddać im cały post
i relację. Zapytałem o ich refleksje o maratonie, przełomowe momenty i co myślą o bieganiu
z zającem. Moja relacja też będzie 🙂 Teraz zapraszam do lektury postu gościnnego w postaci relacji kilku Maratończyków:

Ania Skawińska

„Dla takich chwil warto żyć”

Prośbę Piotra, by podzielić się wrażeniami z mojego pierwszego startu w maratonie, którym był 35. PZU Maraton Warszawski, przyjęłam jako duże wyróżnienie z jego strony.

Sam 35. PZU Maraton Warszawski wspominam jako fantastyczne przeżycie emocjonalne, sportowe, życiowe, które wynagrodziło z nawiązką cały poprzedzający okres przygotowań, wyrzeczeń, stresów. Czym byłoby życie bez takich wspaniałych wyzwań? Odpowiem krótko: „dla takich chwil warto żyć”.

Zakładany plan na 2-3 tygodnie przed startem był mocno zachowawczy. Zakładał ni mniej
ni więcej: „byle dobiec”. Może chciałam uzyskać czas coś około 4:20-4:30, ale były to nieśmiałe zamiary początkującej biegaczki.

Jednak im bliżej 29 września 2013 r., tym stopniowo wiara we własne siły rosła,
a nieocenionym kamieniem milowym przygotowań był wspólny, dosyć przypadkowy, trening
z Piotrem w czwartek 26 września 2013 r. w Parku Reagana w Gdańsku.
Zarówno pod kątem sportowym, jak i coachingowym, uwierzyłam we własne możliwości.
Piotr powiedział prostą zasadę, która od tego momentu stała się moim mottem biegowym:
„Ania, biegnij swoje”.

I tak na kilka dni przed 35. PZU Maratonem Warszawskim, stwierdziłam, że trzeba być FIGHTEREM, i powalczyć trochę. Jak mówią: „Się gra się ma”.

Sam start wspominam następująco. Ustawiłam się z pacemakerem na 4:10. Z tą grupą biegłam około 7-8 km, by potem minimalnie przyspieszyć i być początkowo w obwodzie grupy 4:00, a potem na jej czele.

Biegło mi się lekko, dobrze, podobnie jak na zawodach Pucharu Maratonu rozgrywanych na dystansie 20 i 25 km w przepięknej scenerii warszawskich lasów, organizowanych przez Fundację Maraton Warszawski. Tylko że teraz byłam przygotowana logistycznie, gdyż miałam jedzenie w postaci żeli energetycznych ze sobą, a nie jak dotychczas… żelków Haribo;)
To kibice pozwolili mi „lecieć” jak na skrzydłach cały królewski dystans. Doping był fantastyczny. Z mojej strony stawiło się wielu przyjaciół, znajomych, kolegów i koleżanek
z pracy, a także rodzina. Kibic w stroju Dartha Vadera w Wilanowie w okolicach 25-27 km oraz biegający Wiking, to są te momenty, które zapamiętam najmocniej.

Co kluczowe. ŻADNEJ ŚCIANY NIE MIAŁAM. Przed startem stwierdziłam, że czarnych samospełniających się wizji nie można mieć. Zwycięstwo dzieje się w głowie, a dopuszczenie myśli o ścianie, to prawie jak przyznanie się do porażki. Czy Kenijczycy mają ścianę?
No właśnie. Dlatego tak bardzo zirytowała mnie dmuchana bramka firmy Adidas z napisem:
„Tu jest ściana” rozstawiona, chyba na 30 lub 33 km.

I tym sposobem, mimo że minimalnie wolniej biegłam odcinek 33-37 km, lekko poniżej 6:00 min/km, to POTEM MAGICZNIE PRZYSPIESZYŁAM. Na 40 km miałam tempo 5:18 min/km, na 41 km 5:26 min/km, by zakończyć w tempie 5:36 min/km.

Łącznie swój pierwszy bieg maratoński ukończyłam w czasie netto 3:58:39, a tempo całego biegu to 5:41 min/km. Nie skłamię, jeśli przyznam się, że w którymś momencie biegu zaczęłam żywić szczerą nadzieją, że dogonię grupę Piotra na 3:55.

Na sam koniec, krótki rys biegowo-historyczny o autorce. Biegam od kwietnia 2013.
W czerwcu 2013 przebiegłam swoją pierwszą „15-stkę” i wtedy zakochałam się w długich dystansach. Decyzję o starcie w maratonie podjęłam po kilku udanych wybieganiach na 20-25km w lipcu i sierpniu 2013. Łącznie w ramach wybiegań powyżej 20km, zrobiłam około 250km. Trenowałam cyklicznie 3-4 razy w tygodniu, po co najmniej 40-50km tygodniowo.

W tym miejscu chciałabym pogratulować i przekazać wyrazy uznania wszystkim koleżankom Maratonkom. Stawiłyście czoła wyzwaniu! Jesteście ZWYCIĘZCAMI! Nas biegaczek na 35. PZU Maratonie Warszawskim było około 12%.

Podsumowując; dla takich chwil warto żyć…

Ania Skawińska (6087)”

Piotr Pokrzywka

“Kwiecień 2012 – postanowiłem pobiegać. Jeszcze nie połknąłem wtedy bakcyla aby rzucać się na dystans maratoński. Ale już 34 MW śledziłem w tv i podziwiałem ludzi którzy wystartowali.

W maju AD 2013 stało się. Postanowiłem pobiec w 35. Maratonie Warszawskim. I tak od czerwca realizowałem plan przygotowujący biegacza amatora do startu na dystansie 42.195 km.

Przed maratonem wiedziałem, że istnieje ktoś taki jak pacemaker. Zamarzyłem sobie złamać
4 godziny. Wiedziałem, że to jak na debiutanta ambitny plan, ale wierzyłem w siebie.
Nie chciałem biec sam i martwić się o pilnowanie czasu i tempa.
Wiedziałem, że Oni (Pacemakerzy) są po to aby innych w tym aspekcie wyręczyć.
Nie pamiętam nawet jak natrafiłem na Piotra Stanka i na utworzoną przez niego na
Facebooku (dalej “fb”) grupę „Maratończycy 3:55 Maraton Warszawski”.
Ale niezmiernie się cieszę, że mój wybór padł właśnie na niego. Grupa okazała się niezwykle aktywna przed maratonem. To właśnie dzięki niej nabrałem jeszcze większego respektu
(którego i tak mi nie brakowało) do tego dystansu.

Przed maratonem podczas długich wybiegań radziłem sobie bez wody, tutaj nagle przyjmowałem ją na każdym pkt. Po trochu co prawda ale przyjmowałem. Myślę, że i do tego trzeba organizm przygotować. Ja tego nie zrobiłem i to też mogło mieć wpływ na bieg.
Nie wspomnę już o żelach które nawet nie wiem jak smakują:). Także jeszcze sporo przede mną.

Wiele km wybieganych samotnie podczas treningów przygotowało mnie mentalnie i fizycznie. Wiedziałem, że sam bieg i to jak sobie poradzę, zależy w największym stopniu ode mnie.
Tak było. Jednak siły i otuchy dodawał mi fakt, że jednak nie byłem tak do końca sam.
Oprócz tysięcy ludzi stojących na Moście Poniatowskiego była właśnie ta grupa z fb.
Chcąca przebiec maraton w czasie 3:55:00. Dyskusja wywołana wcześniej na fb,
dzielenie się doświadczeniem, pasją, obawami, wspólna motywacja w końcu spotkanie na pół godziny przed startem celem poznania się, zrobienia sobie wspólnego zdjęcia pozwoliły uwierzyć, że ten bieg będzie różnił się od tego co było do tej pory. I tak było.

Od startu biegłem obok Macieja Mazuruka, który przed biegiem nie szczędził mi nawet tak drobnych uwag, jak odpowiednie zawiązanie sznurowadła. To jemu jak i Piotrowi
(Piotr Stanek) byłem szczególnie wdzięczny za pomoc przed jak i w trakcie startu.
Obok wbiegnięcia na metę i delektowania się osiągnięciem celu to właśnie te momenty były najważniejsze. Kibice byli wspaniali, dopingowali, jednak świadomość, że obok biegnie
ktoś kto w połowie biegu (Maciej) pyta „i jak, w porządku?”, ktoś kto na ok. 30 km
(Piotr Stanek) odwraca się i mówi „i jak Piotr, ok?” daje niesamowitej energii i wiary.
Niby szczegóły ale jak ważne.

Jednak na własnej skórze przekonałem się, że maraton to nie tylko bieg przyjaźni,
gdzie wszyscy się do siebie uśmiechają i jest ok. Jak wielu, tak i mnie dopadł kryzys
i wiedziałem, że plan który sobie założyłem (3:55:00) muszę porzucić kosztem zrealizowania celu głównego jakim było dobiegnięcie do mety. Na ok 34 km. nogi nie chciały już nieść.
Były ciężkie jak ołów. Wiedziałem, że to efekt zbyt małej liczby treningów siłowych podczas przygotowania. Nie chcę nazwać tego ścianą, żeby sobie nie utrwalić w głowie jakiś głupot związanych z tym odcinkiem trasy. Wynoszę z tego biegu wiedzę, którą wykorzystam przed kolejnym startem i tyle. Chwile kryzysu i niezrealizowany plan rekompensuje jednak uczucie jakie towarzyszy na mecie. Byłem szczęśliwy, obolały i chciało mi się płakać.
Niesamowite uczucie. Niesamowita adrenalina. To wszystko uzależnia i wiem, że meta 35. MW
była dopiero moim początkiem. Piotr Pokrzywka (5192)”

Konrad Mroziewicz
“Start maratonu był bardzo przyjemny. Myśl, że jestem tutaj, że mogę być z tymi wszystkim ludźmi. Wspaniałe było to, że miałem coś takiego we mnie, że mogę biec i biec. Najbardziej przyjemną chwilą było jak zobaczyłem, że do mety zostało 2 km i wtedy dostałem powera
i wbiegam zaraz na stadion i mijam metę:) Newralgicznym punktem było to, że około 22 km
zaczęły mnie boleć nogi i w myślach miałem to, że muszę to pokonać bo to i tak niedługo przestanie. Biegłem z pacemakerem, bo wg. mnie bieganie z nim dużo pomaga niedoświadczonym biegaczom. Szczególnie pomaga utrzymać dane tempo. Konrad Mroziewicz 10360″

Bartosz Packo
“Cześć. To był mój pierwszy maraton. Wielka niewiadoma. Odkąd zacząłem biegać, dwa lata temu, myślałem tylko o pokonaniu królewskiego dystansu. Starałem się dobrze przygotować, niestety nie omijały mnie kontuzje. Maraton chciałem pobiec sam. Uważam, że najlepiej jest gdy samemu kontroluje się tempo. Po przemyśleniu wszystkich za i przeciw zdecydowałem się jednak pobiec z “Zającem”, by skorzystać z jego doświadczenia i nie przesadzić z tempem na pierwszych kilometrach. Prawda jest, ze maraton zaczyna się po 30 kilometrze. To właśnie wtedy zaczęła się walka o każdy krok. Było naprawdę trudno. Euforia przyszła dopiero na 200 metrów przed meta. Dopiero wtedy dotarło do mnie, ze “To” zrobiłem.Bartosz Packo 2871″

Maciej Mazuruk

“Co daje zającowanie osobie wspieranej ?

1) poczucie pewności

2) poczucie wsparcia i bycia razem – to jest nasz wspólny projekt ten bieg, ma on jakiś konkretny cel (w ogóle ukończyć, ukończyć,zrobić życiówkę, zakładane tempo, mieć frajdę
(jak np. w Kabatach na Robertonie) – nie mierzę się sam , bo choć pacemaker nie odda nóg,
serca, wątroby, nerek, płuc itd… to przecież masz swoje ciało przygotowane (lepiej lub gorzej) i musisz to wykorzystać – ALE to pacemaker daje wiedzę i stabilizację TU i TERAZ,
w TYM MOMENCIE, nie przed biegiem, nie na kartce papieru, nie na blogu, nie w teorii.
Jego projekt trzymania czasu i ukończenia jest TWOIM projektem ze zbieżnym celem

3) pomoc techniczną utrzymania tempa [i tak zaglądam na GPS jak biegam….prawie cały czas, ale z Pacemakerem robię to zdecydowanie rzadziej] – to Zając zna czasy przelotowe, punkty kontrolne

4) dodatkową motywację (szczególnie jak się kogoś zna) – co ja z nim nie przebiegnę ?
A co tam pokażę mu, że [oczywiście wszystko w granicach rozsądku], to on mnie prowadzi
– ja oczywiście biegnę, ale przy znajomej osobie jest inaczej [nie ukrywam, że to działało mniej dla mnie przy półmaratonach w Warszawie i Radomiu – gdzie nie znałem osób prowadzących]

5) dodatkowego kopa aby biec za kimś pod sam koniec – po prostu widzisz koszulkę i się jej trzymasz, to jest taki (na szczęście nie znikający) punkt odniesienia ! – widzisz czyjeś plecy
i wiesz, że masz go nie odstępować ani na krok już od teraz.

6) poczucie solidności i braku improwizacji – w maratonie/półmaratonie nie ma miejsca na przypadek – to, że Pacemaker biegnie jest przemyślanym działaniem Organizatora i osób zającujących; jak wsiadasz do samolotu to ufasz, że ktoś ten lot przygotował i zorganizował
a pilot wie co ma robić, Ty się na tym nie znasz, więc mu ufasz !”

Z czym mi się kojarzy ostatni maraton:

1. hasło PRZEWIDYWALNOŚĆ
Może to zabrzmi dziwnie, ale tym razem bieg dla mnie był wielce przewidywalny, można powiedzieć, że dużo POZYTYWNYCH czynników wpływających na końcowy rezultat było spełnionych, bo:
– znałem dobrze trasę (te trudniejsze miejsca obczaiłem zdecydowanie wcześniej,
nawet biegając po nich).
– znałem osobę prowadzącą grupę.
– wiedziałem, że na trasie biegnę ze znajomymi, tudzież będę miał kibiców.
– wiedziałem, że będzie ciężko, szczególnie 35-37 km.
– wiedziałem, że na Puławskiej są miejskie podmuchy wiatru – więc chowałem się za ludźmi.
– byłem w pełni zdrowy przed startem, dobrze wyspany (tak od 3-4 nocy idealnie spałem, nawet noc przed było super), byłem wypoczęty, co do przygotowania fizycznego – niedzielę przed pobiegłem 10,3 km w 45 min – bez większego wysiłku, miałem super przepracowane wakacje w sierpniu [256 km przebiegnięte, w tym dwa długie wybiegania ok. 3 godz., 2 krótsze ok 2 godz], dużo pływałem, we wrześniu start w pucharze maratonu 25km i kolejne 30 km pękło, potem już nieco mniej biegane, a i półmaraton zrobiłem nieoficjalnie 1:40, więc wiedziałem, że forma jest.
– miałem sprawdzoną super koszulkę ADIZERO – lekką startową, zero obtarć gdziekolwiek – nawet plastrów nie używałem, tylko trochę kremu.
– patrząc na biegaczy, ich historię, debiuty – wiedziałem, że część zrobi lepszy wynik niż przewidywany, część na styku, a część nie zrealizuje (ambitnych celów) – tak jest ZAWSZE,
ale wszyscy byli bardzo zadowoleni, korzystali z rad na FB, umieli przeanalizować swój bieg.
– nie było ściany – a de facto lżejsze i trudniejsze momenty na biegu – co jest normalne
w ciągu paru godzin wysiłku.
– miałem pełną kontrola tętna w trakcie biegu, pamiętam jak pytałeś po 1o km jak mi idzie,
a ja ciągle miałem pierwszy zakres – powoli zaczynam rozumieć mój organizm.
– kalkulator MARCO i jego komentarze – idealnie podpowiedziały jak będzie na trasie….
– jedynie nie przewidziałem, że tak dobry czas zrobię – patrz hasło NIESPODZIANKA.

2. hasło NIESPODZIANKA w postaci osiągniętego czasu
– można przebiec w mniej niż 4 godziny maraton przy sprzyjających warunkach [patrz powyżej],ale wcale nie z takim dużym nakładem pracy; wystarczy regularność i starty co pewien czas przez cały rok, dobre jedzenie i brak szaleństw 2-3 tygodnie przed.
– można przebiec w mniej niż 4 godz – trenując biegi tylko 3 razy w tygodniu [większość biegaczy i trenerów mówi i robi 4 treningi] + spacer/basen/tenis/inna aktywność
– na start w MW zdecydowałem się pod koniec czerwca ….. teraz patrzę na zapiski, chciałem pobiec 30 km ok 5:30 ….a dalej to się zobaczy, ile mi zabraknie do 4 godzin i wtedy poprawię; moim pierwotnym docelowym startem był Orlen 2014 (zapisałem się od razu jak ruszyły zapisy), więc oczekiwany rezultat osiągnąłem pół roku wcześniej
– może to i zabrzmi zarozumiale; ale wiem, po ostatnim biegu ze 3:45 jest w moim zasięgu (oczywiście pod warunkiem równie sprzyjających okoliczności)

3. hasło DOBRA STRATEGIA:
– Negative Splits ….jakby stworzony dla mnie, najlepsze wyniki mam właśnie tak biegając.
– jedzenie przed i w trakcie [banany, woda na każdym przystanku, żelki] ideał.
– ciągły kontakt wzrokowy z pacemakerem (lub jego plecami) i ludźmi biegnącymi wokół
(poznanymi na FB).
– miałem dobre nastawienie psychiczne, biegłem z luzów… a nie taki spięty, na wynik.
– w ciężkich momentach (ze 2 razy miałem takie…patrz SYTUACJE KRYTYCZNE) po prostu się modliłem, odmawiane “Zdrowaśki” super odpędzały jakieś ciemne myśli o zmęczeniu.
– powiedziałem sobie, że jak dam radę to wbiegam na metę z Pacemakerem, jak będzie ciężko
choćby i paliło się i waliło – trzymać się Pacemakera a nawet jak ostatnie 2-3 km będę miał
siłę przyspieszyć to i tak kończymy razem – to tak z szacunku dla PIOTRA i jego ciężkiej pracy – zaczęliśmy razem tę przygodę to i skończmy razem 😉 – tak trzymać się PIOTRA – zdecydowanie najlepsza strategia była i jaka motywacja, no przecież mu [Piotrowi] pokażę, że to co mówi, robi może wpłynąć na czyjś sukces.
– zastosowanie się do większości uwag z FB 3:55, słuchanie innych historii biegowych, rad
i doświadczeń.
– bieg ciągły, bez chwili przerwy na marsz – rozciąganie się w trakcie, ręce w górze co parę km, głęboki oddech co pewien czas na kompletną wymianę powietrza w płucach [to dokładnie Twoja rada też była Piotr]

4. hasło ZDZIWIENIE:
– dużo znajomych miało kłopoty z nogami / łydkami / kurczami – i to nawet tych lepiej wytrenowanych – nie wiem, jak to tłumaczyć; czy to już quasi zawodowstwo i związane
z tym choroby zawodowe (kontuzje niejako wpisane w proces trenowania, biegania, startowania i regenerowania.
– przy biegu i wąskich uliczkach było rozpychanie, przy stolikach taka walka o jedzenie/picie; nie ma czasu na uprzejmości – dostałem parę kuksańców, sam pewnie też rozdałem,
a pamiętam małą dziewczynkę, która mi picie podawała i ją oblałem….nie wyglądała na szczęśliwą.

5. hasło SYTUACJE KRYTYCZNE
– na 15 km – gdzieś tak w Łazienkach – poczułem bardzo duży ból mięśniowy w prawej łydce –
z tyłu ; nie był to żaden kurcz, ale może źle stanąłem albo coś tam się nadwyrężyło
(kilkanaście dni wcześniej w nocy złapał mnie ewidentny kurcz pierwszy i jak na razie ostatni raz w życiu) ; powiedziałem sobie: nie panikuję, nie myślę o tym, nie dzielę się
z nikim [pacemaker, żona na trasie, koledzy z boku – nie muszą wiedzieć; po co ich obciążać i sobie dokładać ciężar]. Modliłem się tylko, żeby nic poważnego się nie stało, skarpety uciskowe/kompresyjne w tym momencie bardzo pomagały. Ból w mniejszym lub większym stopniu towarzyszył mi na całej trasie, ale dopiero po biegu jakieś 2 godz, jak opadły emocje poczułem, że nie mogę stanąć na nodze i że jest słabo.

– 35-37 km na Puławskiej; przez chwilkę miałem w oczach traumę z zeszłego roku [to był dla mnie najcięższy odcinek, który rok temu dużo szedłem], jak Piotr przyspieszał – to miałem ze 2-3 momenty aby sobie powiedzieć, nie gonię go, lekko zwolnię i tak złamię 4 godziny, ale: po pierwsze, głupio mi było tak po prostu odpaść ze względu na Piotra 😉 po drugie wiedziałem -jak zostanie tylko 5 km to już będzie z górki i za niecałe pół godziny będzie luzik [spoko – ile to pięciokilometrowych odcinków w sumie w życiu biegłem].
W dodatku przepychał się (strasznie agresywnie biegł) jakiś gościu w niebieskiej koszulce….taka męska złość dodała mi motywacji aby przed nim ukończyć i nie dać się wyprzedzić – trochę głupie, ale czasem takie dziwne czynniki też działają i wzbudzają ducha rywalizacji. Maciej Mazuruk 4848″

Swoje relacje napisali też Koledzy z grupy:
Blog Łukasza “Biegam sobie” i Blog Konrada z Vege Runners.

Misja wykonana, zapraszam do dzielenia się swoimi przeżyciami z maratonu w komentarzach 🙂

Send to Kindle