Nowe smaki biegania

Kocham biegać. Powtarzałem to wielokrotnie. Biegam od 2009 roku, czyli to nie przelotna znajomość czy flirt. To długotrwała relacja, która daje korzyści obu stronom. Co prawda do końca nie wiem, jakie korzyści ma bieganie ze mnie, jednak pewnie dość spore. Ja swoich nie będę wymieniał – wysportowana sylwetka, pompuję materac kilkoma wydechami itd. Co prawda od czasu do czasu musimy od siebie odpocząć, bo nie chcemy się od siebie uzależnić. To ma być zdrowy związek, z balansem. Nie widzimy się jakiś czas, a potem wracamy z rozpostartymi ramionami do siebie.

Tak było do tej pory, tzn. do połowy tego roku. Wtedy, gdy zakończyłem swoją letnią przerwę od biegania, zmieniłem podejście. Tak jak napisałem tutaj (LINK). I pierwsze tygodnie były intensywnie angażujące i przyjemne. Mimo oczywiście pewnego zmęczenia, bo biegałem 6 dni w tygodniu. Co dzień prawie się widziałem z moim bieganiem i robiliśmy razem fajne rzeczy. A to podbiegi, a to górki, a to przebieżki, a to szybkie. Związek kwitł i się rozwijał. Uczucie było płomienne i gorące.

Bieganie tyle razy w tygodniu musi być zróżnicowane. Inaczej wpadniemy w rutynę i wtedy popłyniemy na mielizny rutyny i nudy. We wrześniu jeden trening w tygodniu miałem w górach. Fajnie. To pomagało mi się zresetować. I to zbieganie po kamieniach, wąskie leśne ścieżki, wysiłek na podbiegach. Głowa odpoczywała, miałem inne bodźce w porównaniu do asfaltu.

Zauroczenie trwało do czasu, bo pojawiły się nowe smaki biegania, których nie znałem. I to nie były słodkie smaki.

Kocham biegać. Tak przez siedem lat określiłbym swoją pasję biegową. Aczkolwiek nie chcielibyście słyszeć co pewnej niedzieli rzuciłem w przestrzeń. To był deszczowy, bardzo deszczowy wrześniowy tydzień. Każdego popołudnia albo padało albo mocno kropiło. W niedzielę wróciliśmy około 19 z nieplanowanego wyjazdu za Kraków. Gdy dojechaliśmy wieczorem do domu było super, czyli nie padało. Ooo! Pobiegam sobie nie w deszczu, w końcu! Oj naiwny ja… W domu szybko coś przekąsiłem i wyjrzałem za okno ubierając się. Padało… nie jakoś mocno. Ubrałem zatem swoją kurteczkę i dalej jazda na dół. Wyszedłem z bloku i momentalnie schowałem się z boku pod dachem. Już padało całkiem brzydko, tj. ładnie, tj. solidnie. Postałem kilka sekund, rzuciłem w przestrzeń kilka słów brzydkich słów i … pobiegłem. I wróciłem, któryś dzień z rzędu cały mokry. Kolejny raz. Ale wtedy byłem jeszcze cierpliwy.

Moja miłość do biegania została wystawiona na solidną próbę. Bieganie i przeplatanie tego z dniami wolnymi,  pozwala na pewien reset mentalny od biegania. Lało jak z cebra – phi, pobiegam jutro. Byłem padnięty po pracy i czułem się niewyraźnie – tak samo – pobiegam jutro. Ale teraz nie ma jutro. Tzn. jest, ale jutro też biegam. Teraz buty na nogi i jazda pobiegać. Wiało, padało, nie chciało się – i co z tego? Biegać, biegam, biegnę – biegać odmieniane przez wszystkie czasy pod warunkiem, że to czas dokonany.

Pierwsze dwa miesiące były całkiem fajne. Wymagające – jednocześnie fajne. Po 1,5 miesiąca treningów pobiegłem półmaraton w Katowicach. 1:25:14 i życiówka poprawiona o 6’16. Ładnie! Ale pokaż mi jak skończyłeś, nie jak zaczynasz. Co z tego, że masz entuzjazm i motywację na początku. Dużo i … nic. Dużo, bo zacząć trzeba.
Nic, bo jeśli nie wytrwasz, nie podołasz, to co ci z tego wysiłku? Detale i sytuacje kiedy coś nam to da, zostawmy. Tu się liczy efekt. Dopiero na mecie możesz świętować.

Biegnę na trasie półmaratonu Silesia

Na trasie półmaratonu Silesia

Zatem przykręciłem sobie śrubę. Aby nie spocząć na laurach po tym rekordzie. I chyba za mocno to zrobiłem. I fizycznie i psychicznie. Podejrzewam, że chcąc dobrze, jednak przedobrzyłem. Potem “ratowałem” siebie i ostatnie dwa tygodnie taperingu. To było już nie codzienne bieganie, a 3-5 razy w tygodniu. Starałem się wsłuchać w swój organizm, co nie było łatwe. Nie było, bo głowa też była zmęczona.

Jest końcówka listopada. Bokiem mi to bieganie wychodzi. Jak ciemna cholera. Ubieram się na trening i mówię do Asi, nie chce mi się. I to nie było raz. Tak było już praktycznie codziennie! NIE CHCE MI SIĘ! Czasem przekomarzałem się sam ze sobą, znacie pewnie to – a nie chce mi się, a potem hasacie jak miło. Częściej tu jednak u mnie było znużenie i niechcenie się z definicji.
Tu nie działały dwie moje wypracowane taktyki.
Wcześniej jak określałem przedział czasowy swojego biegania to wracałem odrobinę później. Teraz wracałem … szybciej. Wychodzę na półtorej godziny, wracam po godzinie i 15 minutach. Wychodzę na 2,5h, wracam po 2 z minutami.

I po drugie – mam świetne wyczucie czasu. Potrafię pobiegać tyle ile chcę, bez zegarka. Mój zegarek to bardziej zegarek codziennego użytku niż biegowy. W końcu szczęśliwi biegacze czasu nie liczą… Ano do czasu! Ostatnie moje treningi to treningi z zegarkiem, abym wiedział kiedy mogę wreszcie skończyć ten trening.

Czy ja mówiłem, że bieganie to moja pasja? Tak, jednak czasem – bardzo wymagająca pasja.
Coś za coś jednak. I decyzja należy do nas. Wdrożyłem u siebie taki eksperyment, nastawiłem się o wiele mocniej na wynik, a za tym szła ciężka praca. Ale decyzja i decyzje były moje.

Send to Kindle

Komfort na bok

Sprawdzam. Powinien tak sobie powiedzieć stojąc na starcie maratonu w Walencji. Sprawdzam – i nie chodzi tu o pokera. Sprawdzę, na ile mój eksperyment się powiódł.
Bo maraton to ten najważniejszy dla mnie test. Dystanse krótsze są ważne, są trudne, potrafią zaboleć, ale to maraton ma dla mnie magię. I teraz sprawdzę na ile wybiegane setki kilometrów, pot, chęci i niechęci do biegania okażą się warte wysiłku. Stoję teraz w grupie 3.00-3.15 listopadowego ranka w Walencji.

… przenieśmy się najpierw do słonecznej Toskanii. Tu zaczyna się nowy etap mojego biegania. Jest druga połowa mojego urlopu. I czwarty tydzień mojego niebiegania po sezonie wiosennym. Pierwszy tydzień we Włoszech to intensywne wędrówki po Alpach Bergamskich. To takie przygotowanie pod bieganie po kilkunastu dniach laby. Nachodziliśmy się wtedy, że hej KLIK! Po przenosinach do Toskanii, w małej wiosce na wybrzeżu zaczynam biegać. Codziennie. To była dla mnie nowość.

Po maratonie we Florencji XI.2016 r. byłem kontent. Tyle i aż tyle. Zrobiłem życiówkę, wyciągnąłem wnioski z łódzkiej lekcji. Jednocześnie wiedziałem, że stać mnie na więcej. Po maratonie rozmawiałem z Wojtkiem, który przekonywał mnie do większej pracy i codziennego biegania. Zacząłem też myśleć nad swoim podejściem do biegania.
Do tej pory moje podejście do biegania było takie – przyjemność na pierwszym miejscu. Bieganie to dla mnie przyjemność połączona ze zdrowiem i wynikami. Zdrowiem, bo nie chcę za kilkadziesiąt lat żałować, że mam problemy przez bieganie. Unikam kontuzji i jak na razie dobrze mi to wychodzi. Co do wyników to też są ważne, bo poprawianie życiówek sprawia mi frajdę. Dobrze jest coraz szybciej biegać.
Ale najważniejsze do tej pory było to, aby mieć sporo fun’u i przyjemności.

Ta przyjemność przybiera czasem specyficzne odmiany. Takie jak kilkadziesiąt podbiegów na stromej ulicy na osiedlu jak chomik. Czy kilkanaście podbiegów na Pachołek w Gdańsku po schodach (czyli stromo) w upale. Czy wybieg na Szyndzielnię w 60 minut z osiedla. I tak dalej i tym podobne. Przyjemność to także dla mnie wysiłek, czasem naprawdę solidny. Ale dawkowany stopniowo, tak aby mieć z tego zabawę i przyjemność. Plus pamiętanie o regeneracji.
Tylko to moje podejście zaczynało mi przypominać o pewnym miejscu, gdzie rzadko dzieją się rzeczy ciekawe, ambitne. Wielu z was zna to pojęcie. Strefa komfortu. Siedziałem sobie w wygodnej strefie komfortu, gdzie od czasu do czasu wybiegałem na jakiś mocniejszy trening. Większość treningów to nie było przekraczanie swoich granic, stawianie sobie wyższych celów… tylko po prostu bieganie. Nie trenowanie. To było zadekowanie się w tej niemęczącej, wygodnej i przyjemnej strefie komfortu.

I nie, nie chodzi o ciężkie treningi za każdym razem. Nie. Chodzi o powzięcie postanowienia i wysiłku do codziennego biegania. A de facto o spróbowanie nowego podejścia.

Sportowo można by rzec, że tym swoim podejściem doszedłem do swojego maksimum w osiągach. Doszedłem do maksimum i zatrzymałem się. Miałem swoje życzeniowe cele jak złamanie 40/10 czy 90 minut w półmaratonie. Ale nic za tym nie szło. Do 1.30.30 i 40.30 doszedłem i tyle. Bo jak pisałem wyniki nie były najważniejsze.

Postanowiłem, że chcę spróbować innego, czegoś nowego. Jeśli stare metody już się wypaliły,
to nie oczekujmy po nich nowych efektów.Trzeba wypróbować nowe – zacząć biegać więcej i mocniej. Zrobię zatem eksperyment. Przesunę swoje podejście do biegania bardziej w stronę wyników.

Nie skrajnie, bo pamiętam o balansie. Jednak taka zmiana i tak powinna dużo zmienić w całości. Wojtek pisał o tym. Paweł Ignac też:
“Przeżyłem spory szok i czułem się jak żółtodziób, którego ktoś rzucił na głęboką wodę. Kilometraż o wiele większy od tego, do którego byłem przyzwyczajony. Więcej szybkiego biegania. Szybkie oznaczało naprawdę szybkie, a nie trochę szybsze.”
(daleko mi do Pawła wyników i treningu, jednak chodzi o samą zmianę)
Zatem dlaczego nie? Poza tym ciągle powtarzanie tego samego nie da innych wyników, nieprawdaż?

Zatem zacząłem codziennie biegać, ale prawie. W Toskanii uznałem, że będę biegał sześć dni w tygodniu. Jeden dzień ma być wolny. Przeznaczony na odpoczynek od biegania, na rower, na górskie wędrówki, lenistwo czy realizację nagromadzenie domowych obowiązków. To i tak da mi wystarczającego kopa. Z 40-60 km tygodniowo będzie 80-100. Kilka tygodni i różnica robi się duża.
Z tego, przy mądrym treningu, mogłem ugrać dla siebie dużo. Choć mogłem i zepsuć i uznać eksperyment za porażkę.

Maraton w Walencji zakończyłem z nową życiówką 3:00:56. Hurra! Prawie 13 minut lepszą.
I na mecie mogłem stwierdzić, że miałem zapas sił, co tylko dobrze prorokuje na następne podejścia do maratonów. Ale droga do celu nie była już tak radosna. Droga była … drogą.
Ja na kilometr do mety
Send to Kindle

Padłeś? Powstań!

Hektolitry wylanego potu, setki przebiegniętych kilometrów. Poranne pobudki, aby przed zajęciem się codziennymi obowiązkami – np. dziećmi i pracą czy innymi zajęciami – zrobić trening.
Wysiłek fizyczny, mentalny i duchowy.
Pot, wyrzeczenia, poświęcenia. Syndrom napięcia przedmaratońskiego. To wszystko w różnej ilości i różnego rodzaju, bo każdy z nas jest inny. Bo każdy z nas sam sobie ustawia poziom wysiłku i wyrzeczeń.

I oto nadszedł wielki dzień. Zawody, do których przygotowywałeś się od miesięcy.
Zawody, na których planujesz zrobić życiówkę. Wymarzony dzień i ambitny cel.
A tu … ups… „coś” nie wyszło i bieg poszedł źle, niezgodnie z oczekiwaniami, klęska.
W głowie panoszy się słowo porażka odmieniane przez wszystkie przypadki a rozgoryczenie
i żal dominują w twoim jestestwie.
Oczywiście, pamiętajmy, że zły bieg a niezgodny z oczekiwaniami to nie zawsze to samo.
Zawody się nie udały.

I siedzisz za linią mety. Z medalem, a jednak rozczarowany i zły. Jeśli dałeś z siebie dużo,
to prawdopodobnie nie masz nawet sił na złość, a tylko na smutek i rozczarowanie.
Tutaj wybitnie pasowała by moja mina po maratonie w Łodzi.

Co dalej?

Może zabrzmieć to brutalnie, ale nic. Wszystko co zrobisz zależy od Ciebie.

Przeżyj emocjonalnie ten swój bieg. Potem zaakceptuj fakt nieudanego biegu.
Pogódź się z tym. Shit happens.
Jednym zdaniem nie ma co (dłużej) rozpaczać. Owszem, trzeba przetrawić swoje emocje i uczucia, bo one są ludzkie. Żal, rozczarowanie, smutek, złość. Ale nie zatracaj się w nich i zaakceptuj, że już po biegu i, że się stało. Możesz rozładować się czy zrelaksować w sobie znany sposób.

Czas biegnie dalej i tylko ty masz wpływ na to co przed tobą. A skoro czas biegnie to zbliżają się nowe, inne biegi. Ba, prawie pewne, że za rok wróci twój bieg w kolejnej odsłonie.
Ale tamten bieg to historia. Przeszłość.

I jak nie masz wpływu na przeszłość, tak masz wpływ na teraźniejszość i przyszłość.
Bo jak już pogodzisz się z faktem nieudanego biegu to warto by się odkuć, nieprawdaż?
Pokazać sobie, że potrafisz i że tamto, to był wypadek przy pracy. Nobody is perfect.
No to do dzieła…

Aby porażkę przekuć w sukces, zamienić ją w lekcję, trzeba wyciągnąć z niej wnioski.
Przeanalizuj sobie, bo kluczowym słowem jest tutaj analiza, swój bieg i trening.
Trening, czyli przygotowania.

Warunkiem, ale to kluczowym warunkiem, jest uczciwość i szczerość wobec siebie.
Albo patrzysz realistycznie na siebie albo idź lepiej pobiegać. Bo oszukiwanie siebie nie ma sensu.
Jak wyciągniesz wnioski, jeśli nie przyznasz się przed sobą do błędu?

Jak to w życiu bywa, ważny jest balans. Nie popadaj w głębsze szczegóły i detale. Zachowaj prostotę. Nadmierna analiza nie pomoże, a wręcz zaszkodzi. Rozpatrywanie detali od każdej możliwej strony to często zły pomysł. Przemyśl swoje przygotowania, swoje nastawienie i swój bieg.

Analiza Billa Rodgersa po nieudanym maratonie bostońskim

Pomocna może być druga osoba. Warunkiem jest, aby pytania pochodziły od doświadczonej osoby, a nie pseudo-eksperta. Po maratonie w Łodzi dostałem kilka celnych pytań od dobrego kolegi Wojtka. Miałem sobie na nie odpowiedzieć z ręką na sercu. I odpowiedziałem, i to nie było przyjemne. Ale było wyjaśniające. Odpowiedzi doprowadziły mnie m.in. do wniosku, że nie starałem się odpowiednio na treningach. Za rzadko wychodziłem ze strefy komfortu. Tutaj przykład mojej analizy:
http://www.piotrfit.pl/2016/12/01/bledylekcjenowawiara

Tylko szczere odpowiedzi dadzą szansę. Szansę na odkucie się.

Bo ostatnim punktem, last but non least, jest odkucie się. Udowodnienie sobie, że potrafię. To pokazanie sobie, że da się. To punkt niezmiernie ważny i będący w synergii z pozostałymi. Rewanż, rehabilitacja, udowodnienie. Wyciągnięte wnioski przekształć w konkretne zmiany.

Moja życiówka z maratonu we Florencji miała właśnie kilka skutków.
Pierwszy to podbudowanie się. Przekonałem się także, że wdrożone zmiany były prawidłowe.
Drugi, że maraton w Łodzi to była cenna lekcja, ale i wypadek przy pracy. Zrobiłem swoje błędy, ale wyciągnąłem wnioski z nich i nie powtórzyłem ich.
Trzeci to, że nie ma sensu rozczulać się za długo nad przeszłością i trzeba patrzeć do przodu. Bo przecież przyszłość czeka. Biegnij 😉

Tak samo Rudzik z Panna Anna Biega opisuje swoje błędy i nastawienie do następnych zawodów:
“Kiedy jednak cofam się o te kilka dni wstecz, zdaję sobie sprawę, że przesadziłem, nawet jak na swój standard, jeżeli chodzi o bezpieczeństwo i niedbalstwo. Jedyna rzecz, która mnie pociesza to to, że jestem mega zmotywowany do kolejnego startu. Wprowadzam zmiany w treningu, kupiłem w końcu super buty i zegarek, który lada dzień powinien do mnie dotrzeć. Dopiero ten bieg uświadomił mi, jak ogromną pasję znajduję w bieganiu. Przy zasypianiu widzę przed sobą te dwie osoby, które przybiegły przede mną na metę. Teraz wiem, że na starcie kolejnego biegu, dam z siebie wszystko, jak nigdy wcześniej. I to nie będzie bieg na czas czy pozycję. Tylko na znalezienie się po raz kolejny w tak trudnym momencie na finiszu i pokazanie sobie, na co mnie stać.”
Brzmi znajomo?

Podsumowując, są trzy kroki:
1. Akceptacja
2. Analiza
3. Odkucie się

źródła dodatkowe:
https://www.goalcast.com/2017/04/09/moments-adversity-greatest-opportunities/

Jak Wam się podoba takie moje podejście do nieudanych zawodów? Coś byście zmienili?
Macie swoje sposoby na pogodzenie się z porażką?

Send to Kindle

Szczęśliwy biegacz czasu nie liczy

Ostatnio zasugerowano mi kupno nowego telefonu.
Ale przecież mam nowy telefon. Niedawno go zmieniłem!
Co prawda ze starunkiego, leciwego SE 800i – mam go z 10 lat – na smartfona Xperię, też nie pierwszej młodości. Ale zmieniłem, z powodu nowej, lepszej baterii. Jednak, gdy mojemu tacie ukradli telefon byłem gotowy oddać swój i wrócić do starego. Telefon ma mi służyć do dzwonienia, smsowania, budzenia, robienia w miarę dobrych zdjęć i ma mieć dobrą baterię. Tyle mi wystarcza. Kiedyś pewnie będę miał „wypasiony” telefon, jednak na razie nie czuję takiej potrzeby.

Ten wstęp o telefonie jest konieczny do dalszej części postu. I była też kontynuacja rozmowy, która stała się pretekstem do napisania tego postu.
Zastanowiłem się nad propozycją i odpowiedziałem:
To już bardziej nowy zegarek sportowy by mi się przydał.
Zwłaszcza, że dwa mam na oku.

Wszedłem na stronę producenta. Wybrałem swoje upatrzone zegarki i porównywałem je. Przymierzałem oba w sklepie. Natalia z http://www.gorskistyl.pl/ korzystająca z zegarków upatrzonej firmy podsuwała argumenty za i przeciw. Dobry adwokat diabła to świetna rzecz.
W międzyczasie dodatkowo zawróciła mi w głowie i podsunęła jeszcze trzeci model.
Strona producenta długo gościła na ekranie komputera. Porównywałem, oglądałem i …

I przypomniała mi się sytuacja sprzed kilku miesięcy. Zachwycił mnie nowy na rynku zegarek sportowy.
Byłem jak ten mały chłopiec wpatrzony w nową zabawkę. Taki, któremu oczy się świecą 😀
Asia potwierdzi jak jej opowiadałem jaki to jest fajny zegarek itp., że kupię go sobie w nagrodę, że jest taki a taki i do tego jest jeszcze taki 🙂 …

A potem nagle mi przeszło. Stan zauroczenia zniknął jak kamfora. Pierwsze testy nie były entuzjastyczne, a potem do głosu doszedł rozum i chłodna kalkulacja „a po co mi on?”

Mam Polara. Kupiony od kolegi, zatem już używany. Model RS200. Kupiłem go w 2010 r.
Na początku przez kilka miesięcy biegałem z pasem do mierzenia tętna. Potem z niego zrezygnowałem, tak samo ze słuchawek i tym samym muzyki w uszach. Zegarek ma pewne swoje funkcje, jak strefy tętna, pamięć treningów. Nie mierzy dystansu – potrzebny krokomierz – sorry, nie będę biegał z czymś na bucie. Za to bardzo mi się podoba grafika na głównym ekranie: biegnący ludzik.

Zegarek Piotra

Przez te kilka biegowych lat używałem w nim – po rezygnacji z pasa i muzyki – tylko stopera.
Czy to na zawodach czy na treningu. Od roku 2015 przestałem używać nawet stopera. Niemożliwe? Oj, możliwe. Włączałem go tylko na zawodach. Ale na treningach nic a nic. Zapamiętywałem godzinę rozpoczęcia i zakończenia treningu.

W końcu zacząłem zostawiać zegarek w domu. Po co mi, jak nie mierzę czasu. Po co mam go mieć na ręku jak go nie używam? Wychodząc z domu patrzyłem na ścienny zegar, odliczałem sobie 2-3 minuty na wyjście a potem na wejście do domu. Zapytacie jak zatem wiedziałem ile czasu mam biegać? I jak biegać? Dobre pytania.

Na pewno pomaga mi znajomość biegowych terenów. Mniej więcej znam czas potrzebny do ich przemierzenia.

Biegam na samopoczucie i na czas.

Jestem trochę typem człowieka, który od patrzenia w cyferki i analizowania swojej pasji, woli wolność i naturalność. Ciężko mi to opisać słowami, może postaram się kiedyś napisać o tym post. Nie lubię i nie używam planów biegowych sensu stricte. Mam w głowie mniej więcej to co chcę i to co powinienem biegać. Plan na kartce rozpisuję sobie tylko na ostatnich kilka tygodni przed ważnym startem, najczęściej maratonem. To ważne, abym wiedział ile mogę zrobić treningów, zwłaszcza tych cięższych, oraz rozpocząć fazę taperingu. W swoim bieganiu stawiam m.in. na elastyczność.

Pilnuję w swoim bieganiu kilku zasad biegowych zaczerpniętych z Lore of Running i innych źródeł oraz obserwuję siebie. I to dwojako: fizycznie i psychicznie.
Fizycznie to podziwiam swoje łydki 🙂 a psychicznie, to sprawdzam jak mi się chce iść pobiegać.
Pół żartem, pół serio 😉

Biegam na tzw. samopoczucie. Nie kierowałem i nie kieruję się tym co mi pokazuje zegarek.
Korzystałem podczas kilkutygodniowych testów z sportowego zegarka z GPS, i na zawodach i na treningach. Nie znalazłem dla siebie korzyści z niego, zwłaszcza wobec zalet biegania na samopoczucie. Owszem, znajomość tempa czy dystansu to fajna rzecz, ale mnie nie aż tak potrzebna.

Podczas biegu obserwuję swoje ciało.
Patrzę, ile mnie kosztuje ten wysiłek, patrzę, czy jestem w stanie zwiększyć obroty. Czy może powinienem zmniejszyć obroty, bo przecież są treningi z gatunku „idę sobie pobiegać, dla relaksu”. Słowo patrzę powinienem zastąpić chyba słowem „czuję” albo “obserwuję”.

Na temat biegania z zegarkiem z GPS wypowiedział się Marcin Nagórek. Nie będę próbować rozpisywać się, jeśli Marcin to tak świetnie ujął: LINK do blogu Marcina

„Obecnie uwolniłem się od tego przekleństwa i biegam ponownie ze zwykłym zegarkiem ze stoperem. Owszem, mam w lesie odmierzone odcinki, gdzie wykonuję szybsze treningi, czasami też sprawdzam kontrolne międzyczasy na rozbieganiu. Całą resztę szacuję na samopoczucie. Dzięki temu jestem pewien, że tempo regeneracyjne jest właśnie takie, bo nie czuję pokusy biegania szybciej, żeby dopasować się do jakiejś tabelki czy średniej z endomondo. Poczułem ponownie wolność na treningu i to jest piękne.”
Marcin poruszył w drugiej części postu także sprawę GPS w sytuacjach startowych m.in. kwestię biegnięcia na wynik. Polecam zatem cały post.

Biegam na czas.
Z racji tego, że nie korzystam z pomiaru odległości, to mierzę sobie tylko czas.
To mnie interesuje plus kilka innych danych, które skrupulatnie notuję w swoim logbooku.
Jak zrobię bardzo dobry trening to zerknę sobie na endomondo i po zmierzeniu trasy wyjdzie mi tempo. Ale rzadko to robię. Chociaż w 2016 r. przed maratonem w Łodzi wpadłem w pułapkę patrzenia na tempo. Co nie wyszło mi na dobre, i co jest pewnym potwierdzeniem dla mnie, że to co robię mi służy.

I tak potrafię, że jak mam ograniczoną ilość czasu na trening to i tak bez zegarka mieszczę się w wyznaczonym limicie. Plus minus pięć minut. Zobaczymy jak to wyjdzie w najbliższych miesiącach, gdy ambicje i stres będą większe. Wtedy pewnie będę zabierał zegarek na trening. Na razie jednak, gdy biegam na luzie, bez dokładniejszych założeń treningowych, nie korzystam z zegarka.

Poza tymi argumentami, dlaczego nie potrzebuję nowego zegarka są kolejne, bardziej materialne.
Jeden z zegarków, który sobie wstępnie upatrzyłem jest duży. Większy od mojego Polara. Preferuję małe, zgrabne i lekkie rzeczy.
A drugi zegarek jest fajny, ale jeszcze nie do końca dopracowany. Jeśli mam w coś zainwestować swoje pieniądze to sorry, wymagam dużo.Taki biznes. Ostatnio zrezygnowałem z technicznej bluzy w góry, bo były trzy przypadki reklamacji (to i tak mało), jedna nieuznana. Dodatkowo informacja o dziwnym zachowaniu właściciela firmy też mnie zniechęciła.
I bardzo dobrze się stało, bo dzięki temu kupiłem inną świetną bluzę nieznanej mi wtedy, polskiej firmy. To tak tytułem dygresji.

Zatem na razie nic nie zapowiada zmiany – nie potrzebuję kupować zegarka sportowego.
Ale pewnie się ucieszę, jak takowy wygram. Jak Joanna: LINK. I bardzo prawdopodobne, że kiedyś zmienię swój na coś nowszego. Na razie jednak nie czuję potrzeby. Wolę obserwować siebie.

Send to Kindle

Błędy i lekcje i nowa wiara

Niebieski dywan. Wbiegam, dysząc ze zmęczenia i wysiłku. Zatrzymuję stoper i widzę, że złamałem czas 3.14. Maraton we Florencji przeszedł do historii. Krótki postój i mogę iść dalej przez przygotowaną strefę dla kończących bieg.

Kilometry od 35. do 40. km biegnę w tempie 4.18 a ostatnie dwa po 4.05 – widzę to w domu.
I wcale na starcie tak nie planowałem. Zresztą, w ogóle nie mierzyłem w żaden czas, poza złamaniem 3.20 i zrobieniem życiówki. W końcu to mój pierwszy zagraniczny start, warunki pogodowe dobre, dałem radę mimo ciężkiego miesiąca w pracy potrenować – to warto byłoby zrobić życiówkę.

I z takim nastawieniem stanąłem na starcie biegu. Na rękach biegaczy dojrzałem opaski czasowe – 3.12, 3.20. Przez chwilę żałowałem, że nie poszukałem ich na expo, ale jak Asia powiedziała, trzeba było je wcześniej zamówić na stronie. Nic to, olać to, biegnę swoje. Włączam stoper w wysłużonym Polarze, który służy mi 7. rok a wcześniej służył Andrzejowi (kolega biegacz z Gdańska, który wciągnął mnie w bieganie) i biegnę. Pamiętałem tylko planowane czasy na 5., 10. km i na półmaraton przy planowanym czasie 3.20 na mecie maratonu. Poza tymi kilkoma liczbami moja głowa była wolna od myśli o maratonie.

Maratony biegam wg taktyki negative split. I tak było tym razem. Dodatkowo stosuję sposób Tima Noakesa o dzieleniu sobie trasy na 3 odcinki. Dwa razy 16 km i 10 km. Sprawdziło mi się to na maratonie Beskidu Niskiego, w Warszawie i sprawdziło się we Florencji. Pomagałem sobie na trasie w trudniejszych momentach myśląc motywacyjnie, że mam już połowę z drugiej szesnastki czy osiągnąłem dystans półmaratonu czy 30 km. Takich momentów było niewiele, bo po prostu biegłem.

Jedyne znużenie dopadło mnie na odcinku około 15-25 km. Trasa we Florencji jest dość kręta, ale to rezultat tego, że jest dobrze poprowadzona. Dobrze, bo biegnie się przez dużo przez zabytkowe centrum miasta i nie wybiega się zbyt daleko na peryferia.
Nie dopuszczałem do siebie myśli, że to dopiero 15. km i tyle jeszcze trasy i tyle jeszcze zakrętów przede mną. Trasę znałem – w ramach przygotowania obejrzałem kilka razy film z trasy oraz dokładnie przestudiowałem ostatnie 10 km trasy. Ze znużeniem na wspomnianym odcinku poradziłem sobie trzymając się dobrze biegnącej kobiety przede mną, do czasu gdy zwolniła na punkcie żywieniowym a ja pobiegłem dalej chwytając kubek z wodą. Rozwiązaniem na znużenie było zatem niemyślenie o tym jak daleko jeszcze i nieprzejmowanie się tym. Trzeba biec to biegnę. Jeszcze jakaś godzina, półtorej i finisz. Tak samo pomagałem sobie z rzadka, gdy wydawało mi się, że mój pęcherz zrobi mi psikusa – uznałem, że jak nie wytrzymam to przystanę, ale dopóty jest ok to nie przejmuję się.

W okolicach 30. km zauważalnie przyśpieszam. Zaraz będzie 32. km – koniec drugiego 16-kilometrowego odcinka – i ostatnie 10 km do mety. Biegnie mi się dobrze, biorę ostatni, czwarty żel i już regularnie wyprzedzam wszystkich po drodze aż do mety. Wtedy właśnie minął mnie jeden biegacz, ale uznałem że za wcześnie na jego tempo. Być może go później złapałem. Zresztą wyprzedzanie na ostatnich km było trochę zwodnicze. Dlaczego? Aby złamać 3.15, gdy widziałem że jest wielka szansa na to, musiałem przyśpieszyć i trzymać swoje tempo. I nie kierować się tylko tym, że wyprzedzam wolniejszych biegaczy, bo mogłem przecież biec wolniej a i tak ich wyprzedzać. Tu musiałem mieć odpowiednio szybsze tempo.

Na mecie melduję się z czasem 3.13.52 i lepszym o blisko 7 minut od poprzedniego.

Tego z kwietniowej Łodzi. Bo tam, w tej Łodzi, miałem pobiec tak jak we Florencji.
Dość napisać, że byłem tak rozczarowany swoim wynikiem z Lodzi, że swego rodzaju trauma po biegu trzymała się mnie kilka tygodni. A zrobiłem tam życiówkę. Przeczytajcie zresztą “We are not robots” LINK

Czemu we Florencji tak dobrze pobiegłem? Bo wyciągnąłem odpowiednie wnioski z maratonu łódzkiego.

Czego się nauczyłem z Łodzi?

Niepotrzebnie zbudowałem sobie pewną dużą presję. Dosyć dużo mówiłem o swoim maratonie, o ambitnym celu, za dużo wrzucałem postów o swoim treningu. Często patrzyłem na endomondo i sprawdzałem sobie średnie tempo. A przecież ja jestem z tych, co wolą robić swoje niż rozwodzić się o tym. I jestem nastawiony na wyczucie swojego organizmu, na słuchanie go. Bo od kilku lat biegam z zegarkiem ze stoperem, bo od kilkunastu miesięcy często w ogóle go nie zabieram na trening. I z dokładnością do kilku minut jestem na treningu tyle ile chcę być. Bo biegam bez rozpisanego planu, poza ostatnim miesiącem-półtora przed ważnym startem – najczęściej dotyczy to właśnie maratonu (a ten plan to tak naprawdę uświadomienie sobie ile dni zostało i ile treningów mocniejszych mogę zrobić).
Tu można by napisać, że w Łodzi nie byłem sobą, co wyjaśniam właśnie w poście „We are not robots”.

Bo gdybym był sobą, to zatrzymałbym się podczas ostatnich kilku dni  i spojrzał w przysłowiowe lustro i boleśnie szczerze odpowiedział sobie na pytanie – jesteś przygotowany na te 3.10? To jest Twój cel czy jednak bardziej zbyt ambitny cel przesłonił Ci oczy? Może chcę zaimponować innym?

I tu trzeba powiedzieć – fizycznie, czyli treningowo pół roku temu nie byłem przygotowany na 3.10. Można tylko szacować szanse, czy gdybym od początku pobiegł na 3.15-3.20 i stosował skuteczną u mnie taktykę negative split, to na ile zbliżyłbym się do wyniku 3.10.
I co bardzo ważne, psychicznie także nie byłem gotowy na walkę o 3.10. Długotrwały stres wyczerpał mnie i moje zdolności radzenia sobie z obciążeniami, jakie wymaga szybki bieg przez ponad 42 km. Maraton biegnięty na maksa wymaga solidnie przepracowanego podejścia do niego i treningu głowy.

Ten brak refleksji spowodował, że od startu pobiegłem na 3.10, i że na 28. km straciłem siły.
I nie wziąłem też poprawki na pogodę. Tak, to tak śmieszne i żałosne, że takie błędy wtedy popełniłem.
Ja, który do maratonu Beskidu Niskiego byłem przygotowany tak solidnie, że uważam to za godne naśladowania.
I mimo tego, że zrobiłem życiówkę, lepszą o ponad 6 minut, to bylem rozczarowany. Bo nie tak miało być, miało być lepiej. A rozczarowany byłem przede wszystkim swoim podejściem i błędami. Może za surowy jestem, może.

Maraton we Florencji, jako pierwszy zagraniczny start, był dla mnie ważny. Nie po to wydaję kasę na cały wyjazd, aby nie sprawić sobie przyjemności tym startem. Dobrym startem. Jednocześnie nie przejmowałem się nim więcej niż to konieczne. Nie celowałem za wszelką cenę w dany wynik czasowy. Pobiegnę na 3.20, patrząc na swoje tempo i samopoczucie, i tyle – planowałem – co będzie to będzie, ale rozmyślać o tym nie zamierzam.

I dzięki temu zrobiłem – bez większego wysiłku – życiówkę i to lepszą o 7 minut. Dobrą, wręcz bardzo dobrą prognozą jest to, ile sił zachowałem po biegu. A sam maraton we Florencji chyba najlepiej podsumuję tym, że odzyskałem wiarę w siebie.

Wdzięczny jestem i dziękuję koledze Wojtkowi za rzeczowy feedback po Łodzi.
Bardzo mi to pomogło.

Ps. Jeśli chcecie poczytać więcej o maratonie we Florencji odsyłam do relacji Asi LINK
a moim zdaniem warto rozważyć swój bieg maratoński we Florencji.

Send to Kindle