Upał i porady Piotra – post gościnny.

Poprosiłem znajomego biegacza i trenera Piotra Suchenię o wywiad o bieganiu w upale.
Piotra karierę i biegowe życie możecie śledzić na jego blogu http://www.run-passion.pl/,
na który zapraszam 🙂

Poniżej odpowiedzi Piotra, moje kwestie kursywą.

Dla mnie kwestia upału jest prosta, biegaj w upał, jak chcesz dobrze biegać w upał.
Acz, śledząc “internety” i znajomych widzę, że są z tym problemy.
A przecież to jak z rozpoczęciem biegania. Zatem zasada jest prosta: trening to trening.
Czemu zatem Twoim zdaniem, tylu ludzi ma z tym problemy?
Jako trener masz pewnie do czynienia z wieloma takimi przypadkami.

Temat jest banalnie prosty oraz zarazem mocno skomplikowany. W wysokich temperaturach biega się bardzo ciężko i organizm znacznie gorzej w nich funkcjonuje. Wydalamy więcej potu, mocniej musi pracować nasz układ sercowo naczyniowy oraz inne układy i narządy, których nadrzędnym celem jest utrzymanie podstawowych funkcji i parametrów życiowych a dopiero potem, „zajęcie się bieganiem”. Żyjemy w takim klimacie, gdzie przez cały rok panuje znośna temperatura przyjazna bieganiu a „tropikalne” upały zdarzają się nam tylko przez krótki okres czasu, więc nie jesteśmy tak dobrze przygotowani do trenowania oraz startowania w upałach jak mieszkańcy krajów, gdzie praktycznie przez cały rok panuje wysoka temperatura. Z treningiem w upale należy uważać i to bardzo mocno, gdyż całkiem łatwo jest dostać udaru cieplnego, szybko się odwodnić a to może skończyć się katastrofalnie dla nas. Ja generalnie nie zalecam biegania a przede wszystkim startowania w upał i to powtarzam swoim podopiecznym. Oczywiście są zawody w ciepłe dni, sam w nich startuję i moi zawodnicy również, ale zawsze dajemy sobie w nich margines błędu i bardziej niż wynikiem kierujemy się samopoczuciem. Jako przykład podam start z półmaratonu w Göteborgu w 2010 roku. Według danych organizatora, numery startowe odebrało 58 122 biegaczy, wystartowało 39 866 zawodników a linie mety pokonało 38 459 uczestników. 1 407 osób zeszło z trasy, 61 biegaczy zostało hospitalizowanych a 5 z nich trafiło na OIOM. Było grubo ponad 30 stopni.

Piotr (w biało-czerwonym stroju) dobiega do mety półmaratonuw Goteborgu. Relacja http://run-passion.blogspot.com/2010/05/goteborgsvarvet-half-marathon-odsona.html

Piotr (w biało-czerwonym stroju) dobiega do mety półmaratonu w Goteborgu. Relacja http://run-passion.blogspot.com/2010/05/goteborgsvarvet-half-marathon-odsona.html

Jak nie zrobić sobie krzywdy, jeśli chcemy zacząć biegać w wysokich temperaturach?

Należy podejść z głową do zawodów. Zapoznać się z prognozą pogody oraz z trasą, czy np. biegnie ona w cieniu, czy w miejscach narażonych na pełne słońce. Należy zawsze iść za radą starego przysłowia, czyli „nie porywać się z motyką na słońce”, a prościej jak wyżej wspomniałem, nie atakować rekordów a pobiec z głową, z zapasem. Kolejna moja rada to strój startowy – unikajmy ciemnych przyciągających słońce kolorów. Jasna koszulka, spodenki
i koniecznie jasna czapeczka plus możemy pomyśleć o posmarowaniu się kremem z filtrem lecz musimy mieć na względzie to, że może on blokować pory i zaburzać termoregulację.
Warto również założyć okulary przeciwsłoneczne, by chronić oczy. Planując treningi czy starty w upalne dni zwróćmy uwagę na odżywianie się i na nawadnianie.
Pamiętajmy, że kiedy jest ciepło mocniej się pocimy i szybciej się odwadniamy. Należy więc zwrócić uwagę na nawadnianie się, ale nie czystą wodą lecz płynami zawierającymi elektrolity. Można skorzystać również ze specjalnych kapsułek zawierających sód, magnez, potas czy wapń.
W naszej diecie postawmy również na większą ilość magnezu i innych pierwiastków, które wydalamy wraz z potem. Obserwujmy własny organizm. Może to zabrzmi niesmacznie,
ale warto zwrócić uwagę na kolor własnego moczu, jeżeli jest ciemny to znaczy, że możemy być odwodnieni. Podobnie jest z zapachem potu. Im intensywniejszy, ostrzejszy tym robi się „groźniej”. Pamiętajmy, że organizm jest tak sprytnie zaprogramowany, że sam daje nam znaki, jak coś jest nie tak. Musimy tylko nauczyć się te znaki odczytywać.

Na co zwrócić/jak to zrobić – aby dobrze przejść przez proces aklimatyzacji?

Tak, jak napisałem wyżej. Dieta, nawadnianie, ubiór i rozsądek. Z upałem będąc Polakiem
i mieszkając w Polsce ciężko jest wygrać, podobnie, jak Hiszpanowi ciężko by było żyć na Syberii i normalnie tam funkcjonować. Należy wg mnie podchodzić do treningów i do startów z umiarem i z rozsądkiem, nie rzucać się od razu na + 30 stopni, bo stoimy na przegranej pozycji, szczególnie jeżeli zaczynamy biegać i nie mamy wieloletniego startu sportowego. Wyczynowcy prędzej sobie poradzą z wysoką temperaturą, gdyż och organizmy są lepiej zaadaptowane poprzez to, że kilka czy kilkanaście lat powoli przyzwyczajali się do wysiłków
w wysokich temperaturach. Jeżeli czeka nas gorący start, oczywiście można wykonać sobie dla sprawdzenia kilka treningów w podobnej temperaturze, ale trzeba być czujnym i obserwować reakcje organizmu. Na taki trening weźmy ze sobą butelkę z piciem oraz na wszelki wypadek poinformujmy kogoś z rodziny, gdzie idziemy biegać. Proponowałbym w takim wypadku bieganie na tzw. wahadle, czyli np. na 1, 2 czy 3km odcinkach, gdzie możemy zostawić butelkę z wodą i regularnie w trakcie biegu sobie popijać. Warto mieć również w kieszeni „piątaka”, żeby w okolicznym sklepie w razie osłabnięcia kupić sobie coś do picia.

Biegniesz maraton w sierpniu w Lyonie. Jakiej pogody się spodziewasz?

Będzie ciepło. Start całe szczęście jest zaplanowany na godzinę 7:00, więc nie spodziewam się + 35 stopni, ale… przyjemnego chłodku to tam na pewno nie będzie. Całe szczęście mogę bazować na doświadczeniach z maratonów na Majorce czy w Bangkoku, gdzie było naprawdę upalnie a fakt że te starty przypadały na naszą późną polską jesień, to przygotowania do nich były szczególnie ciężkie.

A co Wy robicie w taką upalną pogodę?

Send to Kindle

PMS, czyli syndrom przedmaratoński – felieton gościnny

Tym razem zapraszam na felieton. Zatem będzie z mocnym przymrużeniem oka, czasem ironicznie, z przejaskrawieniami i podkoloryzowaniem. Jednocześnie ciągle w temacie.
Taka natura felietonu 😉

A temat ważny. Bo dotyczy PMS (Pre–marathon syndrome) czyli syndromu przedmaratońskiego. Autorem pojęcia jest Joan Benoit Samuelson. Tim Noakes w Lore of Running wspomina, że maratończyk przed ważnym upragnionym biegiem jest jak na ostrzu noża. Przytacza historie biegaczy, którzy wyłączają się na różne sposoby z życia publicznego, aby tylko nic nie zakłóciło ich przygotowań i formy.

Autorem tego felietonu Joanna Kurek. Miłej lektury 🙂

PMS czyli syndrom napięcia przedmaratońskiego oczami postronnej, choć też biegaczki.

Maratończyk gromadzi energię

Maratończyk przed maratonem jest niczym piłkarz na Mundialu… Unika więc najmniejszego, zbędnego wysiłku a całą swoją energię kumuluje, by wykorzystać ją w godzinie „0”.
Spacer – tylko na ławkę w parku zdrojowym, zakupy – tylko dlatego by starczyło pieczywa na śniadanie, wizyta w biurze zawodów – no tak, bez tego się nie obejdzie. Na szczęście przyszły maratończyk wie, że seks to także endorfiny, a te na wieczór przed startem łagodzą objawy stresu.

Maratończyk zdrowo się odżywia

W domu maratończyka pachnie cebulą i czosnkiem. Maratończyk chucha na siebie i dmucha. Nie zaśnie bez tradycyjnej kanapki z ząbkiem czosnku. A do wszystkich potraw najchętniej jadłby cebulę – bogatą w witaminę C. Przed maratonem wzrasta więc w kraju spożycie czosnku, a najbliższe otoczenie biegacza oswaja się z charakterystycznym zapachem.

Maratończyk sypia jak dziecko

Osiem godzin snu to podstawa. Ostatni tydzień przed maratonem to czas regeneracji. Maratończyk je, śpi i odpoczywa. Skrupulatnie wylicza, o której powinien się położyć,
by budzik zadzwonił po ośmiu godzinach. Chcesz czy nie, o godzinie 22.00 najczęściej gasi światło i pada komenda – śpimy. A w ciągu dnia maratończyk leżakuje.
Kanapa jest więc non stop gotowa do drzemki – poduchy służą nie do opierania się, ale pod nogi, dla lepszego relaksu.

Nieustające pasta party

Tydzień przed maratonem menu dostosowane jest do potrzeb biegacza.
Czyli w poniedziałek makaron, we wtorek makaron, w środę makaron… A ty kobieto wymyślaj atrakcje do tego makaronu. To rzeczywiście niezły test kreatywności. Na szczęście łasuch biegacz da się namówić także na bogate w węglowodany racuchy. Godzina smażenia,
a biegacz pochłania kolejne porcje. Przy dwunastym traci rachubę. A, że osiągnął już wagę startową, Ty kobieto pilnuj go, by nie przytył. Czyli odwieczna zagadka jak by tu mieć ciasteczko i zjeść ciasteczko 🙂

Ostatnie godziny do startu

Nastaw budzik, przypilnuj, żeby wstał na czas, podaj kawę, zrób śniadanie – zgodnie
z zamówieniem, przypilnuj wizyty w toalecie, odpytaj czy ma wszystko i wspieraj, wspieraj, wspieraj. Gdy czas przygotowań do startu się kurczy – czas na radykalne metody. Jeszcze chwila i sama będę musiała pobiec ten maraton 😉

Upragniona meta

Tutaj najwierniejszej z fanek zabraknąć nie może. Już na pół godziny przed spodziewanym czasem stoi na mecie. Wytęża wzrok wypatrując różowej koszulki. Na wszelki wypadek cyka fotkę każdej różowej koszulki. I wreszcie jest – pamiętaj kobieto ustaw program na sport,
bo najważniejsze zdjęcie musi być ostre jak żyletka. Już za chwilę trafi przecież na fejsa,
a finisher będzie liczył lajki i odczytywał kolejne komentarze z gratulacjami.

Uff zdążyłam! Choć na taką życiówkę mnie nie przygotował! Za to moje wsparcie docenił sam komentujący bieg. A teraz kolejne formy wsparcia – woda, izotonik, jedzenie, woda, izotonik… do potęgi n. I nieśmiertelne pytanie – co jutro jemy…

Maraton, maraton i po maratonie

I teraz kobieto myślisz zapewne, że odpoczniesz… koniec okresu napięcia przedmaratońskiego, biegacz dotarł do mety i pełnia szczęścia! Nic z tego – teraz zaczyna się okres napięcia… pomaratońskiego. Głodny, spragniony, zmęczony… więc nakarm, napój, pomasuj, podziwiaj i podziwiaj.

Ufff… kiedy on biegnie swój maraton ja też mam czas na bieganie. Tym razem dyszka, ale jaka piękna. Zielono wokół, pod górkę więc i pomyśleć można. Zaraz, zaraz… kiedy to kolejny maraton? A… w październiku! Tylko tym razem to ja biegnę czyli za pięć miesięcy mój okres napięcia przedmaratońskiego 😀


A jak to wygląda u Was? Coś podobnego u siebie widzicie, albo macie inne objawy?
Podzielcie się nimi w komentarzach. Zapraszam 🙂

Send to Kindle

Brakujący składnik – post gościnny

Dlaczego warto polubić wysiłek fizyczny, tutaj bieganie?
Nie wystarczy sama chęć zrzucenia kilogramów, poprawy kondycji?
Dostałem maila od dobrego znajomego Piotra. Piotr od pewnego czasu biega,
o czym przeczytacie w tym poście. Postanowił się podzielić z Wami swoją historią rozpoczęcia biegania. Zapraszam do lektury i do dyskusji.

Do trzech razy sztuka
Do biegania podchodziłem trzy razy. W 2011 roku odpuściłem po pięciu tygodniach.
A to pogoda nie ta, a to czasu nie było, a to się nie chciało. W 2012 roku odpuściłem jeszcze szybciej. Powody te same. Czegoś brakowało, jakiegoś magicznego, nieuchwytnego składnika.

Bieganie w założeniu miało być odtrutką na siedzący tryb życia: samochód/praca/samochód/dom i jednocześnie polepszyć kondycję, bo przebiegnięcie krótkiego odcinka kończyło się zadyszką. I właśnie w samych założeniach był błąd, bo niejako wymuszały one aktywność, zamiast do niej zachęcać. Krótko mówiąc biegałem, bo musiałem.

W tym czasie w moim otoczeniu pojawiło się sporo osób biegających regularnie średnie
i długie dystanse. Wiele opowieści zaczynało się tak, jak sam mógłbym ją zacząć: jeszcze rok temu nie byłem w stanie przebiec kilkuset metrów, a w przyszłym tygodniu biegnę półmaraton. A ja wciąż szukałem swojego magicznego składnika…

Przełom przyszedł wczesną wiosną 2013 roku, gdy bawiłem się z dziećmi na placu zabaw
w pobliskim parku. Sprawdziłem na mapie, że park, jeśli obejść go wkoło, ma ok. 3 kilometry. To było wyzwanie: zrobić kółko w parku i przeżyć. Zanim wyzwaniu stawiłem czoła, skonsultowałem sprawę z autorem niniejszego bloga. Piotr dał mi wtedy kilka technicznych wskazówek oraz jedną radę, która okazała się być właśnie tym nieuchwytnym składnikiem: „to ma być zabawa, to ma być fun, tu nie chodzi o zamęczanie się, tylko o to, żeby dobrze
się czuć”.

Pierwszy raz kółko w parku zrobiłem na trzy razy. To była pierwsza połowa kwietnia.
Po 800 metrach biegu uznałem, że jeszcze jeden krok i nic z tego nie będzie.
Przypomniała mi się naczelna zasada: to ma być fun! No to się zatrzymałem, przeszedłem kawałek, uspokoiłem oddech, popodziwiałem przyrodę i pobiegłem dalej. Po następnych 500 metrach wróciłem do trybu chodzenia. Przebiegłem jeszcze ostatnie 400 metrów.
Było… dobrze. Inaczej, niż wcześniej. Biegałem nie dlatego, że musiałem, tylko dlatego,
że chciałem i że mogłem. Tydzień później przebiegłem rundkę już na dwa razy i zacząłem pomiary biegania przy użyciu jednej z dostępnych aplikacji na telefon.

I się zaczęło. Zacząłem biegać najczęściej raz, a czasem dwa razy w tygodniu, z reguły rano. Nie każdy bieg mierzyłem. Najczęściej biegałem dopóki mi się chciało. Potem dopiero obliczyłem, że w tym okresie biegałem od 1,2 do 2,5 km. Pierwszy raz trzy kilometry naraz przebiegłem w drugiej połowie lipca. I od wtedy biegam regularnie dwa razy w tygodniu, niezależnie od pogody. Zgodnie z przewidywaniami Piotra wyniki poprawiały się błyskawicznie, a kondycja rosła praktycznie z treningu na trening. Wyznaczyłem sobie cel
na 2013 rok: przebiec pięć kilometrów poniżej 30 minut i przy tym się nie zasapać.
Pierwsze 4 km przebiegłem w okolicach połowy sierpnia, a pierwszą piątkę w drugiej połowie września. Wciąż, niezmiennie biegałem tylko i wyłącznie dla przyjemności.
Tydzień po tej pierwszej piątce, przebiegłem sześć kilometrów, bo po pięciu jeszcze mi się chciało. Pierwszy raz pięć kilometrów poniżej 30 minut przebiegłem pod koniec października,
ale byłem po tym wykończony. Ale to wtedy zdecydowałem, że pod koniec listopada wezmę udział w parkrunie na 5 km. Przez ten miesiąc poprawiłem swój wynik o 1,5 minuty,
a przebiegnięcie 5 km w 30 minut stało się łatwe.

Mój cel na parkrun to było 28,5 minuty. Każdy z kim rozmawiałem mówił, że na takiej imprezie biegowej biegnie się inaczej, z reguły szybciej, bo sprzyja temu atmosfera, kibice. Piotr dodatkowo przestrzegał, żeby nie wylecieć na początku jak z procy – cenna rada!
Ku mojemu zdziwieniu mój wynik był poniżej 25 minut. A siły miałem tyle, że ostatnie 100 metrów biegłem sprintem. Ten bieg to było ukoronowanie pół roku pracy nad sobą i nagroda za wytrwałość w sprawianiu sobie przyjemności bieganiem.
Przez ten cały czas czuwał nade mną anioł-stróż – autor tego bloga. Piotrze, ogromnie
Ci dziękuję za wsparcie i bardzo liczę na to, że pewnego dnia dane nam będzie wspólnie potrenować. A cel na 2014? 10 km w 50 minut – bez zadyszki! Do zobaczenia na trasie!

Piotr

Piotrze! Gratuluję Ci sukcesów! Bardzo podoba mi się Twoje podejście. Spokojnie, nic na siłę, bez zmuszania się. I ten brakujący składnik…
Cieszę się, że moje rady wykorzystałeś i przydały Ci się.
Co do wspólnego treningu, to będzie okazja, stworzymy sobie ją 🙂
Warto polubić bieganie, w ogóle aktywność fizyczną, bo wtedy da to o wiele lepsze efekty.
Jaka jest Wasza opinia?

Send to Kindle

Relacje z Maratonu Warszawskiego – post gościnny

To było Wasz Maraton.
Poprosiłem kilka osób z grupy o podzielenie się swoimi emocjami i refleksjami z maratonu.
Z konieczności tylko kilka osób. Za to wiele osób z was podzieliło się refleksjami z biegu na grupie, za co dziękuję. Autorzy napisali tak dobre relacje, że postanowiłem oddać im cały post
i relację. Zapytałem o ich refleksje o maratonie, przełomowe momenty i co myślą o bieganiu
z zającem. Moja relacja też będzie 🙂 Teraz zapraszam do lektury postu gościnnego w postaci relacji kilku Maratończyków:

Ania Skawińska

„Dla takich chwil warto żyć”

Prośbę Piotra, by podzielić się wrażeniami z mojego pierwszego startu w maratonie, którym był 35. PZU Maraton Warszawski, przyjęłam jako duże wyróżnienie z jego strony.

Sam 35. PZU Maraton Warszawski wspominam jako fantastyczne przeżycie emocjonalne, sportowe, życiowe, które wynagrodziło z nawiązką cały poprzedzający okres przygotowań, wyrzeczeń, stresów. Czym byłoby życie bez takich wspaniałych wyzwań? Odpowiem krótko: „dla takich chwil warto żyć”.

Zakładany plan na 2-3 tygodnie przed startem był mocno zachowawczy. Zakładał ni mniej
ni więcej: „byle dobiec”. Może chciałam uzyskać czas coś około 4:20-4:30, ale były to nieśmiałe zamiary początkującej biegaczki.

Jednak im bliżej 29 września 2013 r., tym stopniowo wiara we własne siły rosła,
a nieocenionym kamieniem milowym przygotowań był wspólny, dosyć przypadkowy, trening
z Piotrem w czwartek 26 września 2013 r. w Parku Reagana w Gdańsku.
Zarówno pod kątem sportowym, jak i coachingowym, uwierzyłam we własne możliwości.
Piotr powiedział prostą zasadę, która od tego momentu stała się moim mottem biegowym:
„Ania, biegnij swoje”.

I tak na kilka dni przed 35. PZU Maratonem Warszawskim, stwierdziłam, że trzeba być FIGHTEREM, i powalczyć trochę. Jak mówią: „Się gra się ma”.

Sam start wspominam następująco. Ustawiłam się z pacemakerem na 4:10. Z tą grupą biegłam około 7-8 km, by potem minimalnie przyspieszyć i być początkowo w obwodzie grupy 4:00, a potem na jej czele.

Biegło mi się lekko, dobrze, podobnie jak na zawodach Pucharu Maratonu rozgrywanych na dystansie 20 i 25 km w przepięknej scenerii warszawskich lasów, organizowanych przez Fundację Maraton Warszawski. Tylko że teraz byłam przygotowana logistycznie, gdyż miałam jedzenie w postaci żeli energetycznych ze sobą, a nie jak dotychczas… żelków Haribo;)
To kibice pozwolili mi „lecieć” jak na skrzydłach cały królewski dystans. Doping był fantastyczny. Z mojej strony stawiło się wielu przyjaciół, znajomych, kolegów i koleżanek
z pracy, a także rodzina. Kibic w stroju Dartha Vadera w Wilanowie w okolicach 25-27 km oraz biegający Wiking, to są te momenty, które zapamiętam najmocniej.

Co kluczowe. ŻADNEJ ŚCIANY NIE MIAŁAM. Przed startem stwierdziłam, że czarnych samospełniających się wizji nie można mieć. Zwycięstwo dzieje się w głowie, a dopuszczenie myśli o ścianie, to prawie jak przyznanie się do porażki. Czy Kenijczycy mają ścianę?
No właśnie. Dlatego tak bardzo zirytowała mnie dmuchana bramka firmy Adidas z napisem:
„Tu jest ściana” rozstawiona, chyba na 30 lub 33 km.

I tym sposobem, mimo że minimalnie wolniej biegłam odcinek 33-37 km, lekko poniżej 6:00 min/km, to POTEM MAGICZNIE PRZYSPIESZYŁAM. Na 40 km miałam tempo 5:18 min/km, na 41 km 5:26 min/km, by zakończyć w tempie 5:36 min/km.

Łącznie swój pierwszy bieg maratoński ukończyłam w czasie netto 3:58:39, a tempo całego biegu to 5:41 min/km. Nie skłamię, jeśli przyznam się, że w którymś momencie biegu zaczęłam żywić szczerą nadzieją, że dogonię grupę Piotra na 3:55.

Na sam koniec, krótki rys biegowo-historyczny o autorce. Biegam od kwietnia 2013.
W czerwcu 2013 przebiegłam swoją pierwszą „15-stkę” i wtedy zakochałam się w długich dystansach. Decyzję o starcie w maratonie podjęłam po kilku udanych wybieganiach na 20-25km w lipcu i sierpniu 2013. Łącznie w ramach wybiegań powyżej 20km, zrobiłam około 250km. Trenowałam cyklicznie 3-4 razy w tygodniu, po co najmniej 40-50km tygodniowo.

W tym miejscu chciałabym pogratulować i przekazać wyrazy uznania wszystkim koleżankom Maratonkom. Stawiłyście czoła wyzwaniu! Jesteście ZWYCIĘZCAMI! Nas biegaczek na 35. PZU Maratonie Warszawskim było około 12%.

Podsumowując; dla takich chwil warto żyć…

Ania Skawińska (6087)”

Piotr Pokrzywka

“Kwiecień 2012 – postanowiłem pobiegać. Jeszcze nie połknąłem wtedy bakcyla aby rzucać się na dystans maratoński. Ale już 34 MW śledziłem w tv i podziwiałem ludzi którzy wystartowali.

W maju AD 2013 stało się. Postanowiłem pobiec w 35. Maratonie Warszawskim. I tak od czerwca realizowałem plan przygotowujący biegacza amatora do startu na dystansie 42.195 km.

Przed maratonem wiedziałem, że istnieje ktoś taki jak pacemaker. Zamarzyłem sobie złamać
4 godziny. Wiedziałem, że to jak na debiutanta ambitny plan, ale wierzyłem w siebie.
Nie chciałem biec sam i martwić się o pilnowanie czasu i tempa.
Wiedziałem, że Oni (Pacemakerzy) są po to aby innych w tym aspekcie wyręczyć.
Nie pamiętam nawet jak natrafiłem na Piotra Stanka i na utworzoną przez niego na
Facebooku (dalej “fb”) grupę „Maratończycy 3:55 Maraton Warszawski”.
Ale niezmiernie się cieszę, że mój wybór padł właśnie na niego. Grupa okazała się niezwykle aktywna przed maratonem. To właśnie dzięki niej nabrałem jeszcze większego respektu
(którego i tak mi nie brakowało) do tego dystansu.

Przed maratonem podczas długich wybiegań radziłem sobie bez wody, tutaj nagle przyjmowałem ją na każdym pkt. Po trochu co prawda ale przyjmowałem. Myślę, że i do tego trzeba organizm przygotować. Ja tego nie zrobiłem i to też mogło mieć wpływ na bieg.
Nie wspomnę już o żelach które nawet nie wiem jak smakują:). Także jeszcze sporo przede mną.

Wiele km wybieganych samotnie podczas treningów przygotowało mnie mentalnie i fizycznie. Wiedziałem, że sam bieg i to jak sobie poradzę, zależy w największym stopniu ode mnie.
Tak było. Jednak siły i otuchy dodawał mi fakt, że jednak nie byłem tak do końca sam.
Oprócz tysięcy ludzi stojących na Moście Poniatowskiego była właśnie ta grupa z fb.
Chcąca przebiec maraton w czasie 3:55:00. Dyskusja wywołana wcześniej na fb,
dzielenie się doświadczeniem, pasją, obawami, wspólna motywacja w końcu spotkanie na pół godziny przed startem celem poznania się, zrobienia sobie wspólnego zdjęcia pozwoliły uwierzyć, że ten bieg będzie różnił się od tego co było do tej pory. I tak było.

Od startu biegłem obok Macieja Mazuruka, który przed biegiem nie szczędził mi nawet tak drobnych uwag, jak odpowiednie zawiązanie sznurowadła. To jemu jak i Piotrowi
(Piotr Stanek) byłem szczególnie wdzięczny za pomoc przed jak i w trakcie startu.
Obok wbiegnięcia na metę i delektowania się osiągnięciem celu to właśnie te momenty były najważniejsze. Kibice byli wspaniali, dopingowali, jednak świadomość, że obok biegnie
ktoś kto w połowie biegu (Maciej) pyta „i jak, w porządku?”, ktoś kto na ok. 30 km
(Piotr Stanek) odwraca się i mówi „i jak Piotr, ok?” daje niesamowitej energii i wiary.
Niby szczegóły ale jak ważne.

Jednak na własnej skórze przekonałem się, że maraton to nie tylko bieg przyjaźni,
gdzie wszyscy się do siebie uśmiechają i jest ok. Jak wielu, tak i mnie dopadł kryzys
i wiedziałem, że plan który sobie założyłem (3:55:00) muszę porzucić kosztem zrealizowania celu głównego jakim było dobiegnięcie do mety. Na ok 34 km. nogi nie chciały już nieść.
Były ciężkie jak ołów. Wiedziałem, że to efekt zbyt małej liczby treningów siłowych podczas przygotowania. Nie chcę nazwać tego ścianą, żeby sobie nie utrwalić w głowie jakiś głupot związanych z tym odcinkiem trasy. Wynoszę z tego biegu wiedzę, którą wykorzystam przed kolejnym startem i tyle. Chwile kryzysu i niezrealizowany plan rekompensuje jednak uczucie jakie towarzyszy na mecie. Byłem szczęśliwy, obolały i chciało mi się płakać.
Niesamowite uczucie. Niesamowita adrenalina. To wszystko uzależnia i wiem, że meta 35. MW
była dopiero moim początkiem. Piotr Pokrzywka (5192)”

Konrad Mroziewicz
“Start maratonu był bardzo przyjemny. Myśl, że jestem tutaj, że mogę być z tymi wszystkim ludźmi. Wspaniałe było to, że miałem coś takiego we mnie, że mogę biec i biec. Najbardziej przyjemną chwilą było jak zobaczyłem, że do mety zostało 2 km i wtedy dostałem powera
i wbiegam zaraz na stadion i mijam metę:) Newralgicznym punktem było to, że około 22 km
zaczęły mnie boleć nogi i w myślach miałem to, że muszę to pokonać bo to i tak niedługo przestanie. Biegłem z pacemakerem, bo wg. mnie bieganie z nim dużo pomaga niedoświadczonym biegaczom. Szczególnie pomaga utrzymać dane tempo. Konrad Mroziewicz 10360″

Bartosz Packo
“Cześć. To był mój pierwszy maraton. Wielka niewiadoma. Odkąd zacząłem biegać, dwa lata temu, myślałem tylko o pokonaniu królewskiego dystansu. Starałem się dobrze przygotować, niestety nie omijały mnie kontuzje. Maraton chciałem pobiec sam. Uważam, że najlepiej jest gdy samemu kontroluje się tempo. Po przemyśleniu wszystkich za i przeciw zdecydowałem się jednak pobiec z “Zającem”, by skorzystać z jego doświadczenia i nie przesadzić z tempem na pierwszych kilometrach. Prawda jest, ze maraton zaczyna się po 30 kilometrze. To właśnie wtedy zaczęła się walka o każdy krok. Było naprawdę trudno. Euforia przyszła dopiero na 200 metrów przed meta. Dopiero wtedy dotarło do mnie, ze “To” zrobiłem.Bartosz Packo 2871″

Maciej Mazuruk

“Co daje zającowanie osobie wspieranej ?

1) poczucie pewności

2) poczucie wsparcia i bycia razem – to jest nasz wspólny projekt ten bieg, ma on jakiś konkretny cel (w ogóle ukończyć, ukończyć,zrobić życiówkę, zakładane tempo, mieć frajdę
(jak np. w Kabatach na Robertonie) – nie mierzę się sam , bo choć pacemaker nie odda nóg,
serca, wątroby, nerek, płuc itd… to przecież masz swoje ciało przygotowane (lepiej lub gorzej) i musisz to wykorzystać – ALE to pacemaker daje wiedzę i stabilizację TU i TERAZ,
w TYM MOMENCIE, nie przed biegiem, nie na kartce papieru, nie na blogu, nie w teorii.
Jego projekt trzymania czasu i ukończenia jest TWOIM projektem ze zbieżnym celem

3) pomoc techniczną utrzymania tempa [i tak zaglądam na GPS jak biegam….prawie cały czas, ale z Pacemakerem robię to zdecydowanie rzadziej] – to Zając zna czasy przelotowe, punkty kontrolne

4) dodatkową motywację (szczególnie jak się kogoś zna) – co ja z nim nie przebiegnę ?
A co tam pokażę mu, że [oczywiście wszystko w granicach rozsądku], to on mnie prowadzi
– ja oczywiście biegnę, ale przy znajomej osobie jest inaczej [nie ukrywam, że to działało mniej dla mnie przy półmaratonach w Warszawie i Radomiu – gdzie nie znałem osób prowadzących]

5) dodatkowego kopa aby biec za kimś pod sam koniec – po prostu widzisz koszulkę i się jej trzymasz, to jest taki (na szczęście nie znikający) punkt odniesienia ! – widzisz czyjeś plecy
i wiesz, że masz go nie odstępować ani na krok już od teraz.

6) poczucie solidności i braku improwizacji – w maratonie/półmaratonie nie ma miejsca na przypadek – to, że Pacemaker biegnie jest przemyślanym działaniem Organizatora i osób zającujących; jak wsiadasz do samolotu to ufasz, że ktoś ten lot przygotował i zorganizował
a pilot wie co ma robić, Ty się na tym nie znasz, więc mu ufasz !”

Z czym mi się kojarzy ostatni maraton:

1. hasło PRZEWIDYWALNOŚĆ
Może to zabrzmi dziwnie, ale tym razem bieg dla mnie był wielce przewidywalny, można powiedzieć, że dużo POZYTYWNYCH czynników wpływających na końcowy rezultat było spełnionych, bo:
– znałem dobrze trasę (te trudniejsze miejsca obczaiłem zdecydowanie wcześniej,
nawet biegając po nich).
– znałem osobę prowadzącą grupę.
– wiedziałem, że na trasie biegnę ze znajomymi, tudzież będę miał kibiców.
– wiedziałem, że będzie ciężko, szczególnie 35-37 km.
– wiedziałem, że na Puławskiej są miejskie podmuchy wiatru – więc chowałem się za ludźmi.
– byłem w pełni zdrowy przed startem, dobrze wyspany (tak od 3-4 nocy idealnie spałem, nawet noc przed było super), byłem wypoczęty, co do przygotowania fizycznego – niedzielę przed pobiegłem 10,3 km w 45 min – bez większego wysiłku, miałem super przepracowane wakacje w sierpniu [256 km przebiegnięte, w tym dwa długie wybiegania ok. 3 godz., 2 krótsze ok 2 godz], dużo pływałem, we wrześniu start w pucharze maratonu 25km i kolejne 30 km pękło, potem już nieco mniej biegane, a i półmaraton zrobiłem nieoficjalnie 1:40, więc wiedziałem, że forma jest.
– miałem sprawdzoną super koszulkę ADIZERO – lekką startową, zero obtarć gdziekolwiek – nawet plastrów nie używałem, tylko trochę kremu.
– patrząc na biegaczy, ich historię, debiuty – wiedziałem, że część zrobi lepszy wynik niż przewidywany, część na styku, a część nie zrealizuje (ambitnych celów) – tak jest ZAWSZE,
ale wszyscy byli bardzo zadowoleni, korzystali z rad na FB, umieli przeanalizować swój bieg.
– nie było ściany – a de facto lżejsze i trudniejsze momenty na biegu – co jest normalne
w ciągu paru godzin wysiłku.
– miałem pełną kontrola tętna w trakcie biegu, pamiętam jak pytałeś po 1o km jak mi idzie,
a ja ciągle miałem pierwszy zakres – powoli zaczynam rozumieć mój organizm.
– kalkulator MARCO i jego komentarze – idealnie podpowiedziały jak będzie na trasie….
– jedynie nie przewidziałem, że tak dobry czas zrobię – patrz hasło NIESPODZIANKA.

2. hasło NIESPODZIANKA w postaci osiągniętego czasu
– można przebiec w mniej niż 4 godziny maraton przy sprzyjających warunkach [patrz powyżej],ale wcale nie z takim dużym nakładem pracy; wystarczy regularność i starty co pewien czas przez cały rok, dobre jedzenie i brak szaleństw 2-3 tygodnie przed.
– można przebiec w mniej niż 4 godz – trenując biegi tylko 3 razy w tygodniu [większość biegaczy i trenerów mówi i robi 4 treningi] + spacer/basen/tenis/inna aktywność
– na start w MW zdecydowałem się pod koniec czerwca ….. teraz patrzę na zapiski, chciałem pobiec 30 km ok 5:30 ….a dalej to się zobaczy, ile mi zabraknie do 4 godzin i wtedy poprawię; moim pierwotnym docelowym startem był Orlen 2014 (zapisałem się od razu jak ruszyły zapisy), więc oczekiwany rezultat osiągnąłem pół roku wcześniej
– może to i zabrzmi zarozumiale; ale wiem, po ostatnim biegu ze 3:45 jest w moim zasięgu (oczywiście pod warunkiem równie sprzyjających okoliczności)

3. hasło DOBRA STRATEGIA:
– Negative Splits ….jakby stworzony dla mnie, najlepsze wyniki mam właśnie tak biegając.
– jedzenie przed i w trakcie [banany, woda na każdym przystanku, żelki] ideał.
– ciągły kontakt wzrokowy z pacemakerem (lub jego plecami) i ludźmi biegnącymi wokół
(poznanymi na FB).
– miałem dobre nastawienie psychiczne, biegłem z luzów… a nie taki spięty, na wynik.
– w ciężkich momentach (ze 2 razy miałem takie…patrz SYTUACJE KRYTYCZNE) po prostu się modliłem, odmawiane “Zdrowaśki” super odpędzały jakieś ciemne myśli o zmęczeniu.
– powiedziałem sobie, że jak dam radę to wbiegam na metę z Pacemakerem, jak będzie ciężko
choćby i paliło się i waliło – trzymać się Pacemakera a nawet jak ostatnie 2-3 km będę miał
siłę przyspieszyć to i tak kończymy razem – to tak z szacunku dla PIOTRA i jego ciężkiej pracy – zaczęliśmy razem tę przygodę to i skończmy razem 😉 – tak trzymać się PIOTRA – zdecydowanie najlepsza strategia była i jaka motywacja, no przecież mu [Piotrowi] pokażę, że to co mówi, robi może wpłynąć na czyjś sukces.
– zastosowanie się do większości uwag z FB 3:55, słuchanie innych historii biegowych, rad
i doświadczeń.
– bieg ciągły, bez chwili przerwy na marsz – rozciąganie się w trakcie, ręce w górze co parę km, głęboki oddech co pewien czas na kompletną wymianę powietrza w płucach [to dokładnie Twoja rada też była Piotr]

4. hasło ZDZIWIENIE:
– dużo znajomych miało kłopoty z nogami / łydkami / kurczami – i to nawet tych lepiej wytrenowanych – nie wiem, jak to tłumaczyć; czy to już quasi zawodowstwo i związane
z tym choroby zawodowe (kontuzje niejako wpisane w proces trenowania, biegania, startowania i regenerowania.
– przy biegu i wąskich uliczkach było rozpychanie, przy stolikach taka walka o jedzenie/picie; nie ma czasu na uprzejmości – dostałem parę kuksańców, sam pewnie też rozdałem,
a pamiętam małą dziewczynkę, która mi picie podawała i ją oblałem….nie wyglądała na szczęśliwą.

5. hasło SYTUACJE KRYTYCZNE
– na 15 km – gdzieś tak w Łazienkach – poczułem bardzo duży ból mięśniowy w prawej łydce –
z tyłu ; nie był to żaden kurcz, ale może źle stanąłem albo coś tam się nadwyrężyło
(kilkanaście dni wcześniej w nocy złapał mnie ewidentny kurcz pierwszy i jak na razie ostatni raz w życiu) ; powiedziałem sobie: nie panikuję, nie myślę o tym, nie dzielę się
z nikim [pacemaker, żona na trasie, koledzy z boku – nie muszą wiedzieć; po co ich obciążać i sobie dokładać ciężar]. Modliłem się tylko, żeby nic poważnego się nie stało, skarpety uciskowe/kompresyjne w tym momencie bardzo pomagały. Ból w mniejszym lub większym stopniu towarzyszył mi na całej trasie, ale dopiero po biegu jakieś 2 godz, jak opadły emocje poczułem, że nie mogę stanąć na nodze i że jest słabo.

– 35-37 km na Puławskiej; przez chwilkę miałem w oczach traumę z zeszłego roku [to był dla mnie najcięższy odcinek, który rok temu dużo szedłem], jak Piotr przyspieszał – to miałem ze 2-3 momenty aby sobie powiedzieć, nie gonię go, lekko zwolnię i tak złamię 4 godziny, ale: po pierwsze, głupio mi było tak po prostu odpaść ze względu na Piotra 😉 po drugie wiedziałem -jak zostanie tylko 5 km to już będzie z górki i za niecałe pół godziny będzie luzik [spoko – ile to pięciokilometrowych odcinków w sumie w życiu biegłem].
W dodatku przepychał się (strasznie agresywnie biegł) jakiś gościu w niebieskiej koszulce….taka męska złość dodała mi motywacji aby przed nim ukończyć i nie dać się wyprzedzić – trochę głupie, ale czasem takie dziwne czynniki też działają i wzbudzają ducha rywalizacji. Maciej Mazuruk 4848″

Swoje relacje napisali też Koledzy z grupy:
Blog Łukasza “Biegam sobie” i Blog Konrada z Vege Runners.

Misja wykonana, zapraszam do dzielenia się swoimi przeżyciami z maratonu w komentarzach 🙂

Send to Kindle