Jestem ultrasem czy nie jestem…

Nie biegam ultra. Pieprzyć to. To dla mnie zbyt dużo. Taka myśl przyleciała mi przez głowę podczas biegu górskiego na 34. km na Festiwalu Biegowym w Krynicy. I to przekonanie solidnie zagnieździło się we mnie. Na cztery bite lata.
4 lata później… 11 sierpnia 2018 roku pobiegłem swoje pierwsze ultra. W górach. Podobno całkiem nieźle – 17 miejsce w open.
Jak? Przypadkiem. I nie ma w tym ani krzty przesady.

To nie będzie post o łzach, przeżyciach, transcendencji czy przekraczaniu barier. Po prostu przebiegłem, posiłkując się marszem na niektórych podbiegach. Nie uważam się za ultrasa. To stanie się IMO jak przebiegnę dłuższy dystans/e. I to nie raz. Gdy będzie niepogoda, walka ze swoimi słabościami, praca głową. Tutaj nie było tego wiele, ba prawie wcale tego nie było.
Ale po kolei…

23 lipca, niecałe trzy tygodnie przed 11 sierpnia.
Asia pyta mnie online, czy chcę pobiec Chudego Wawrzyńca
Pierwsza myśl: ja z biegów ultra odpadam. Bo dawno temu, po przywołanych powyżej górskich zawodach, podjąłem decyzję, że ultra nie. Ale pytam dalej, bo mnie zaskoczyła. Jest do wzięcia opłacony już pakiet (trzeba go tylko za 25 zł przepisać na mnie) na którykolwiek dystans 50/80/100. Okazja! Po kilku minutach odpowiadam, że tak. Bo… czemu nie?

Jestem w dobrej formie biegowej. Biegam 9 lat. Od 2014 roku chodzę intensywnie po górach. Rocznie robimy z Asia kilkaset km po górach. Rzadko mamy wolne weekendy, a już bardzo rzadko oba dni weekendu. Nawet, jak od święta zostajemy w mieście, to robimy jakąś trasę 10-20 km w okolicznych górach. W Tatrach na Rysach czy Rohaczach i Banikovie potrafimy urwać dwie godziny z czasów podanych na mapie. Idąc, nie biegnąc. Zrobiliśmy 50 km zimą w Beskidzie Niskim, a kilkanaście razy przekroczyliśmy 40 km – na raz. Średnio robimy 30-40 km w górach. To dawało mi pewne poczucie braku strachu przed tym dystansem.

I jednocześnie dawało mi podstawy do tego, aby mieć pewne przekonanie, że co najwyżej zrobię to trekkingowo. Marszem, bądź marszobiegiem. Jak widzicie kompletnie nie wiedziałem czego oczekiwać. Iść Chudego? Ale przypominam, ja i ultra to do tej pory były dwa bieguny. Ogień i lód. Północ i południe. Dlatego zachowawczo stwierdziłem, że zawsze mogę tam zrobić szybki trekking. Poza tym nie przygotowywałem się pod taki dystans. Biegam regularnie od początku lipca po miesięcznej przerwie.
Limit jest długi, dystans niewiele dłuższy od wspomnianych 50 km. Mogę też przecież to biec, to maszerować.

Pierwsza myśl sprzętowa – kijki! Zaraz potem Black Diamond. Przecież są takie fajne carbonowe, składane. Niestety tego modelu nie ma w mojej długości. Są zbliżone, ale regulowane i nie nie przekonują mnie. Są też aluminiowe. Zaczynam wertować strony w sieci, pytać ultrasów o kijki.  Dzwonię do nieocenionego Sebastiana ze Sklepu Podróżnika w Bielsku-Białej i gadamy o kijkach. Z Joanną coraz bardziej nas przekonuje speedhiking, czyli takie kijki wykorzystalibyśmy potem w górach. Pytam naszą czołową biegaczkę Natalię Tomasiak jakich kijków używa. Potem dumam nad Leki, jak Black niedostępny. Sprzedawałem ich kije narciarskie i tanie nie były. Zatem powinny być dobre. Proszę znów o polecenia. Jednocześnie mija czas.

Ostatecznie nie kupiłem i nie pobiegłem z kijkami. Stwierdziłem, że brak mi przekonania i co ważniejsze treningu z nimi. Chociaż z trekkingowymi potrafię naprawdę szybko chodzić, to wolałem nie ryzykować. Poza tym wolałem sobie odpuścić zabawę rozłóż, złóż, schowaj itd. … i po biegu byłem zadowolony, że ich nie kupiłem. Już wiem, że na takie krótkie ultra nie potrzebuję kijów. Musiałyby być większe przewyższenie i to solidnie, abym na krótkie ultra rozważał kijki. Podejścia to podchodziłem, to podbiegałem. Im później, tym więcej było podchodzenia. Szczególnie na Muńcuł czy Rycerzową. Podchodząc opierałem się na udach i to wystarczyło. Owszem było ciężko, jednak ma być ciężko. Teraz analizując na spokojnie kijki dałyby mi troszkę czasu do przodu, ale niewiele. Nie tyle, bym żałował ich braku.

Logistyka poranna… wróć… nocna wzorowa niemalże. Asia wstała o 1, ja niedługo potem. Kawa, nalanie wody do bukłaków. Asia jechała. Za Węgierską Górką postanowiłem chociaż trochę odpocząć i zamknąłem oczy. Po kilku minutach usłyszałem odbijający się od dachu deszcz. Nie zrozumcie mnie źle, ale ostatnio tyle razy mnie zlało, że mam tego trochę dosyć.
A już szczególnie burz. Postanowiłem jednak zignorować deszcz, choć na chwilę oczy otworzyłem. Nie dopuszczałem do swojej świadomości jednak jakiegokolwiek przejmowania się deszczem, czy myślenia o nim. Myślę, że nocna pora i nie całkiem obudzenie jeszcze pomagało mi w tym 😉

Ruszyliśmy. Wśród rac o 4 rano ruszyliśmy do przodu. Biegłem kilka minut z Tomkiem od Bookworma. Wcześniej spotkałem też znajomego Tomka z Gdańska i Maćka – Maćku wybacz;  ja niedobudzony, skupiony na biegu i Ty jeszcze wyjątkowo w okularach, nie poznałem Cię 😉 A Tomek z Gdańska był co najmniej zdziwiony: “No i wtedy spotykam Asię i Piotra. Jestem trochę w szoku, że Piotr tak doskonale ukrywał ten swój debiut w górskim ultra :)” Relacja Tomka z biegu KLIK. (Tomek napisał trzy części, polecam dwa wcześniejsze posty). Wracając do “ukrywania się” – ano, nie chwaliłem się nikomu, o moim starcie wiedziały najpierw dwie,
a potem trzy osoby.  Drogi Tomku ten bieg wyszedł przypadkiem, nie wiedziałem co i jak, wolałem nie tworzyć sobie presji.
Po kilku minutach życzyłem powodzenia temu drugiemu Tomkowi,  z którym biegłem od startu, i lekko przyspieszyłem. Najwyżej później będzie marsz, myślałem, ale tutaj mogę biec szybciej i nadal komfortowo. Joanna w tym czasie jechała pod Wielką Raczę, aby tam wbiec, nakręcić ujęcia do filmu i pobiec do Przegibka, gdzie miała spotkać się ze mną.

A ja spokojnie posuwałem się do przodu. Nie szarżowałem, lekkie podejścia podbiegałem. Strome odcinki maszerowałem. Cały czas czułem łydki. To pokłosie biegania w minimalistycznych butach w Ustroniu (m.in. bieg na Równicę) poprzedniego weekendu. Jak i codziennego biegania – wolny miałem tylko piątek. Miałem świadomość, że mogę pod koniec mieć problem z powodu kurczów. Jednak dobrze mi się biegło, zatem parłem do przodu.
Wyjątkowo dobrze mi się zbiegało. Na pierwszym zbiegu z Rachowca delikatnie puściłem się i wysforowałem sporo do przodu. Wtedy przypomniały mi się słowa Rudzika, partnera Ani z Panna Anna biega, z którymi miałem przyjemność spotkać się właśnie weekend wcześniej w Ustroniu. Zrobiliśmy sobie wtedy wycieczkę biegową na Czantorię, z powrotem przez Małą Czantorię. Rudzik wtedy powiedział mi o darmowych kilometrach, gdy zbiegamy – o ile to nie jest zbieg na łeb na szyję. Wysuń biodra do przodu i leć w dół. Siedziało mi to w głowie podczas Chudego i korzystałem z jego porady. Rudzik dziękuję!

Na swoich pierwszych zawodach biegowych, wiele lat wcześniej, popełniłem sporo, i to poważnych błędów. Zapłaciłem duże frycowe. Tutaj było ich o wiele mniej. Po części wynikało to z nastawienia mentalnego, po części z przygotowania, plus miałem trochę szczęścia.

Zbyt dużo czasu spędziłem na punkcie w Schronisku na Przegibku. Zjadłem kilka cząstek pomarańczy, jeden kawałek arbuza. Uzupełniłem niepotrzebnie wodę w bukłaku (miałem ponad litr jeszcze) i wypiłem pół kubka izotonika. Tu straciłem kilka minut. Ale była Asia, i w międzyczasie gadaliśmy. Bardziej ona niż ja 😉 A ja byłem też trochę i zmęczony i mniej skupiony na świecie – w transie byłem czy co? Bo spokojnie widząc, ile wody mam w bukłaku, to mogłem odpuścić jego uzupełnianie. Ale nie myślałem o tym, że to już niedaleko do mety. Tzn. wiedziałem ile mam już za sobą, ale nie zwróciłem uwagi, ile mam przed sobą. Że jedna górka, zbieg, druga, długi zbieg i Ujsoły. Potem przed Rycerzową zjadłem z musu batonika. Oj, długo gryzłem i memlałem go w ustach. Ale od świtu biegłem tylko na dwóch bułkach z ciasta półfrancuskiego i małej kawie, plus trzy żele podczas biegu. I te płyny na Przegibku. Uznałem, że lepiej zjeść. Potem niestety płyny z Przegibka trochę mi ciążyły i nie mogłem mocno puścić się z Rycerzowej z uwagi na początki kolki. Ale tylko zasygnalizowała się i na płaskim mogłem spokojnie biec. A nie walczyć z kolką. Bo na biegu do Zielonego Stawu biegłem kilka kilometrów z kolką i nadwyrężyłem mocno mięsień od ciągłego ściskania. Na tyle mocno, że kilka tygodni później jeszcze odczuwałem ból  przy szybszym biegu. Nie polecam.

Najciężej, na tle całego biegu, było pod koniec. Choć nie tragicznie. Czułem już solidne zmęczenie. Ale parłem do przodu. I byłem sam. Za Przegibkiem, przed Wielką Rycerzową wyprzedziłem dwie osoby (wg. międzyczasów, bo kojarzę jedną). Od Rycerzowej biegłem już sam. Ograniczona widoczność nie pozwalała na długie spojrzenie do tyłu. Nie wiedziałem, czy ktoś mnie goni. Włączyła się nuta rywalizacji. Czasem wydawało mi się, że kogoś słyszę za sobą. Jednak biegacza spotkałem dopiero na ok. 1.5 km do mety. Co ciekawe, ten odcinek samotności wydawał mi się długi a de facto to było ok. 10 km.

Czym byłby bieg w górach bez gleby? Tydzień wcześniej na zbiegu z Czantorii na łatwym odcinku rozharatałem sobie kciuk, dłoń i kolano. Kilka dni Asia sama zmywała naczynia aby rana szybciej mi się zagoiła. Ba, nawet myła mi plecy 😉 Ale rany do końca się nie zagoiły. Podczas biegu zatem byłem ostrożny. A i tak wbiegłem na metę z zakrwawioną ręką, kolanem i koszulką. Jakieś kilkadziesiąt metrów za znakiem, że do mety pozostało 2 km, wpadłem w jeżyny. Gęste, niskie krzaki z kolcami. Obróciło mnie do góry nogami, tak, że miałem problem wstać. Spojrzałem na rękę – pełna krwi – kolce poharatały mi ramię (takie kilkanaście sznytów) Olać to. Trzeba biec. Może ktoś zaraz mnie dogoni?

Wróćmy kilka km wcześniej. Ci, którzy mnie znają, wiedzą że lubię być przygotowany tam, gdzie można się przygotować. Nie lubię olewania tematu i pozostawiania rzeczy przypadkom. Albo ci zależy, albo nie. A los sprzyja przygotowanym. Dodatkowo lubię filozofię kaizen i uważam, że drobne kroki wymagające malutkiego nakładu sił, procentują i dają cegiełkę przewagi. Zatem obadałem trasę przed startem – ale nie jakoś na blachę. Sporo jej znałem, wielokrotnie nią chodziliśmy razem od Wielkiej Raczy do Rycerzowej. Nie znałem początku do Soli i odcinka od bacówki na Rycerzowej do mety. Asia, jako lokalny “przewodnik” przypomniała mi trasę.
Dlatego mój mózg, gadzi czy nie gadzi, czy moje drugie biegowe ja, czy moje zmęczone ja – jak zwał tak zwał – nie powiedziało mi przed Muńcułem – ale nie mówiłeś mi o tej górce.  Chociaż bardziej właściwe byłoby “ale to jeszcze jeden podbieg?! serio?! ” 😀
Bo przy profilu trasy na mapie była wzmianka aka ostrzeżenie, że na Muńcoła się idzie i idzie i  … idzie. Najpierw jedno wzniesienie, potem drugie, trzecie i dopiero potem Muńcuł.
Nie liczyłem tych podejść, choć zapamiętałem, że są trzy a nie cztery “szczyty”. Bez różnicy. Wiedziałem, że albo już albo jeszcze jedno podejście i że to koniec, potem zbieg. Polanę szczytową Muńcoła z wolontariuszem przyjąłem szybkim zmęczonym westchnieniem “w końcu Muńcuł” i poleciałem w dół. Gdy niedługo potem zobaczyłem kartkę, że do mety 5 km spojrzałem na zegarek. Niedługo po 9. To jest szansa na fajny czas. Myślę, że 5.45 to będzie dobrze.

Zbieg jednak nie pozwalał mi się rozpędzić. Szeroka droga, ale usiana kamieniami, co w połączeniu z zmęczeniem zniechęca do szybkiego zbiegu. Plus musiałem przecierać co kilka minut okulary, aby widzieć teren, po którym biegnę – ot, życie okularnika. Plus wspomniana gleba. Do tego wydawało mi się, że asfaltu na końcu jest mniej. No i wpadłem na koniec szlaku w podmokły teren – chlup, chlup – i zrobiłem w nim kilka metrów jak jakiś bociek, aż w końcu wyskoczyłem w bok na szlak – kłaniał się już brak koncentracji. Asia przed zawodami mówiła mi, że jeśli nie będę chciał gnać do mety to pobiegłaby ze mną do mety końcówkę. Myślałem o tym podczas biegu i stwierdziłem, że zrobię jej tą przyjemność, olać ewentualne ściganie się. Asfalt mi się dłużył. Zawodnik przede mną albo lekko przyspieszył, albo ja zwolniłem i zostałem w tyle. Asia mnie dojrzała, rozpoczęła filmowanie telefonem i pobiegła ze mną do mostku na mecie. Chwilę wcześniej jakiś rowerzysta (spotkany na mecie potem) coś do mnie mówił, proponował wodę. Podziękowałem (no support!) i odpowiedziałem szybko coś, bo sił na gadanie to ja już nie miałem 😀 Byle do mety.

Czy uważam się za ultrasa?
Bynajmniej.

Nie nazwę tego biegu wypadkiem przy pracy, bo to byłoby krzywdzące.
Jednocześnie mam poczucie, że ultrasem nie zostaje się po jednym krótkim biegu ultra.

Miałem bardzo dobrą pogodę. Jestem mocny w górach, jak na amatora. Miałem trochę szczęścia i dobre nastawienie. Ale zdaję sobie sprawę, że ultra to coś więcej. Coś czego tu zabrakło. Aby to poczuć, mieć okazję doświadczyć, powinno się pobiec kilka takich biegów.

Send to Kindle

Błędy i lekcje i nowa wiara

Niebieski dywan. Wbiegam, dysząc ze zmęczenia i wysiłku. Zatrzymuję stoper i widzę, że złamałem czas 3.14. Maraton we Florencji przeszedł do historii. Krótki postój i mogę iść dalej przez przygotowaną strefę dla kończących bieg.

Kilometry od 35. do 40. km biegnę w tempie 4.18 a ostatnie dwa po 4.05 – widzę to w domu.
I wcale na starcie tak nie planowałem. Zresztą, w ogóle nie mierzyłem w żaden czas, poza złamaniem 3.20 i zrobieniem życiówki. W końcu to mój pierwszy zagraniczny start, warunki pogodowe dobre, dałem radę mimo ciężkiego miesiąca w pracy potrenować – to warto byłoby zrobić życiówkę.

I z takim nastawieniem stanąłem na starcie biegu. Na rękach biegaczy dojrzałem opaski czasowe – 3.12, 3.20. Przez chwilę żałowałem, że nie poszukałem ich na expo, ale jak Asia powiedziała, trzeba było je wcześniej zamówić na stronie. Nic to, olać to, biegnę swoje. Włączam stoper w wysłużonym Polarze, który służy mi 7. rok a wcześniej służył Andrzejowi (kolega biegacz z Gdańska, który wciągnął mnie w bieganie) i biegnę. Pamiętałem tylko planowane czasy na 5., 10. km i na półmaraton przy planowanym czasie 3.20 na mecie maratonu. Poza tymi kilkoma liczbami moja głowa była wolna od myśli o maratonie.

Maratony biegam wg taktyki negative split. I tak było tym razem. Dodatkowo stosuję sposób Tima Noakesa o dzieleniu sobie trasy na 3 odcinki. Dwa razy 16 km i 10 km. Sprawdziło mi się to na maratonie Beskidu Niskiego, w Warszawie i sprawdziło się we Florencji. Pomagałem sobie na trasie w trudniejszych momentach myśląc motywacyjnie, że mam już połowę z drugiej szesnastki czy osiągnąłem dystans półmaratonu czy 30 km. Takich momentów było niewiele, bo po prostu biegłem.

Jedyne znużenie dopadło mnie na odcinku około 15-25 km. Trasa we Florencji jest dość kręta, ale to rezultat tego, że jest dobrze poprowadzona. Dobrze, bo biegnie się przez dużo przez zabytkowe centrum miasta i nie wybiega się zbyt daleko na peryferia.
Nie dopuszczałem do siebie myśli, że to dopiero 15. km i tyle jeszcze trasy i tyle jeszcze zakrętów przede mną. Trasę znałem – w ramach przygotowania obejrzałem kilka razy film z trasy oraz dokładnie przestudiowałem ostatnie 10 km trasy. Ze znużeniem na wspomnianym odcinku poradziłem sobie trzymając się dobrze biegnącej kobiety przede mną, do czasu gdy zwolniła na punkcie żywieniowym a ja pobiegłem dalej chwytając kubek z wodą. Rozwiązaniem na znużenie było zatem niemyślenie o tym jak daleko jeszcze i nieprzejmowanie się tym. Trzeba biec to biegnę. Jeszcze jakaś godzina, półtorej i finisz. Tak samo pomagałem sobie z rzadka, gdy wydawało mi się, że mój pęcherz zrobi mi psikusa – uznałem, że jak nie wytrzymam to przystanę, ale dopóty jest ok to nie przejmuję się.

W okolicach 30. km zauważalnie przyśpieszam. Zaraz będzie 32. km – koniec drugiego 16-kilometrowego odcinka – i ostatnie 10 km do mety. Biegnie mi się dobrze, biorę ostatni, czwarty żel i już regularnie wyprzedzam wszystkich po drodze aż do mety. Wtedy właśnie minął mnie jeden biegacz, ale uznałem że za wcześnie na jego tempo. Być może go później złapałem. Zresztą wyprzedzanie na ostatnich km było trochę zwodnicze. Dlaczego? Aby złamać 3.15, gdy widziałem że jest wielka szansa na to, musiałem przyśpieszyć i trzymać swoje tempo. I nie kierować się tylko tym, że wyprzedzam wolniejszych biegaczy, bo mogłem przecież biec wolniej a i tak ich wyprzedzać. Tu musiałem mieć odpowiednio szybsze tempo.

Na mecie melduję się z czasem 3.13.52 i lepszym o blisko 7 minut od poprzedniego.

Tego z kwietniowej Łodzi. Bo tam, w tej Łodzi, miałem pobiec tak jak we Florencji.
Dość napisać, że byłem tak rozczarowany swoim wynikiem z Lodzi, że swego rodzaju trauma po biegu trzymała się mnie kilka tygodni. A zrobiłem tam życiówkę. Przeczytajcie zresztą “We are not robots” LINK

Czemu we Florencji tak dobrze pobiegłem? Bo wyciągnąłem odpowiednie wnioski z maratonu łódzkiego.

Czego się nauczyłem z Łodzi?

Niepotrzebnie zbudowałem sobie pewną dużą presję. Dosyć dużo mówiłem o swoim maratonie, o ambitnym celu, za dużo wrzucałem postów o swoim treningu. Często patrzyłem na endomondo i sprawdzałem sobie średnie tempo. A przecież ja jestem z tych, co wolą robić swoje niż rozwodzić się o tym. I jestem nastawiony na wyczucie swojego organizmu, na słuchanie go. Bo od kilku lat biegam z zegarkiem ze stoperem, bo od kilkunastu miesięcy często w ogóle go nie zabieram na trening. I z dokładnością do kilku minut jestem na treningu tyle ile chcę być. Bo biegam bez rozpisanego planu, poza ostatnim miesiącem-półtora przed ważnym startem – najczęściej dotyczy to właśnie maratonu (a ten plan to tak naprawdę uświadomienie sobie ile dni zostało i ile treningów mocniejszych mogę zrobić).
Tu można by napisać, że w Łodzi nie byłem sobą, co wyjaśniam właśnie w poście „We are not robots”.

Bo gdybym był sobą, to zatrzymałbym się podczas ostatnich kilku dni  i spojrzał w przysłowiowe lustro i boleśnie szczerze odpowiedział sobie na pytanie – jesteś przygotowany na te 3.10? To jest Twój cel czy jednak bardziej zbyt ambitny cel przesłonił Ci oczy? Może chcę zaimponować innym?

I tu trzeba powiedzieć – fizycznie, czyli treningowo pół roku temu nie byłem przygotowany na 3.10. Można tylko szacować szanse, czy gdybym od początku pobiegł na 3.15-3.20 i stosował skuteczną u mnie taktykę negative split, to na ile zbliżyłbym się do wyniku 3.10.
I co bardzo ważne, psychicznie także nie byłem gotowy na walkę o 3.10. Długotrwały stres wyczerpał mnie i moje zdolności radzenia sobie z obciążeniami, jakie wymaga szybki bieg przez ponad 42 km. Maraton biegnięty na maksa wymaga solidnie przepracowanego podejścia do niego i treningu głowy.

Ten brak refleksji spowodował, że od startu pobiegłem na 3.10, i że na 28. km straciłem siły.
I nie wziąłem też poprawki na pogodę. Tak, to tak śmieszne i żałosne, że takie błędy wtedy popełniłem.
Ja, który do maratonu Beskidu Niskiego byłem przygotowany tak solidnie, że uważam to za godne naśladowania.
I mimo tego, że zrobiłem życiówkę, lepszą o ponad 6 minut, to bylem rozczarowany. Bo nie tak miało być, miało być lepiej. A rozczarowany byłem przede wszystkim swoim podejściem i błędami. Może za surowy jestem, może.

Maraton we Florencji, jako pierwszy zagraniczny start, był dla mnie ważny. Nie po to wydaję kasę na cały wyjazd, aby nie sprawić sobie przyjemności tym startem. Dobrym startem. Jednocześnie nie przejmowałem się nim więcej niż to konieczne. Nie celowałem za wszelką cenę w dany wynik czasowy. Pobiegnę na 3.20, patrząc na swoje tempo i samopoczucie, i tyle – planowałem – co będzie to będzie, ale rozmyślać o tym nie zamierzam.

I dzięki temu zrobiłem – bez większego wysiłku – życiówkę i to lepszą o 7 minut. Dobrą, wręcz bardzo dobrą prognozą jest to, ile sił zachowałem po biegu. A sam maraton we Florencji chyba najlepiej podsumuję tym, że odzyskałem wiarę w siebie.

Wdzięczny jestem i dziękuję koledze Wojtkowi za rzeczowy feedback po Łodzi.
Bardzo mi to pomogło.

Ps. Jeśli chcecie poczytać więcej o maratonie we Florencji odsyłam do relacji Asi LINK
a moim zdaniem warto rozważyć swój bieg maratoński we Florencji.

Send to Kindle

Kibicowanie to nie taka łatwa rzecz

Prawie pięć godzin na nogach, czerwone ręce od klaskania i zdarte gardło.

Ale po kolei:

Budapeszt, maraton Asi, jej czwarty. Z dużymi wątpliwościami jak to będzie. Do poczytania o wątpliwościach i przygotowaniach Asi zapraszam tutaj -> Kliknij

I w tym jej przeżywaniu maratonu, entym sprawdzaniu pogody, martwieniu się, kluczową rolę odegrałem ja. Bliska osoba, która rozumie te emocje, i się im nie dziwi. A daje wsparcie psychiczne, tłumaczy detale biegu, podnosi na duchu. To rzeczy niepoliczalne a jakże ważne.

Bieg biegnie się samemu. Fizycznie. Ale głowa takiego biegacza bogatsza o pozytywne emocje albo pozbawiona negatywnych emocji dzięki wparciu bliskich to nieoceniona pomoc na biegu. Zwłaszcza w długich dystansach jak maraton, gdzie głowa zaczyna odgrywać często decydująca rolę.

Moja rola kibica trwała od początku przyjazdu czeskimi kolejami do Budapesztu, na dworzec Keleti. Bo pilnowałem, aby nie chodziła ta Asia za dużo – a jak tu nie chodzić jak takie piękne miasto ten Budapeszt i jak ona lubi chodzić i poznawać nowe. Na szczęście nocleg obok startu i blisko centrum oraz moja determinacja dały rozsądne zwiedzanie miasta. Choć Asia skomentowała, że czuła niedosyt, i że w Paryżu więcej chodzenia było. Cóż zrobić, maraton ważniejszy. Za to dzięki przerwom w spacerowaniu odkryliśmy ławki dla singli 🙂

Piątkowe popołudnie i sobotę przeznaczyliśmy na poznanie miasta z nastawieniem na nie za duży wysiłek. Wieczorem usiedliśmy i zaplanowaliśmy punkty kibicowania. Tym razem Asia nie chciała, abym jej przekazywał żele albo wodę. Moim zadaniem było kibicowanie, czyli po prostu wspieranie na trasie trudnego biegu. Przy takim planowaniu warto mieć wcześniej przygotowany plan miasta, mapę trasy i wiedzieć jak się będzie poruszało między punktami. To ostatnie jest ważne zwłaszcza w obcym mieście, w dodatku z specyficznym językiem. W Budapeszcie postawiłem na metro.

Gdy Asia ruszyła w swój maraton, podobnie jak kilka tysięcy innych biegaczy to ja wyruszyłem przyspieszonym krokiem do zabytkowego najstarszego w Europie metra (1895 r.) na swój maraton kibica.

Maraton kibica, bo aż 9 razy (słownie dziewięć razy) kibicowałem Asi.

Obok oczywiście zaplanowaniu tego, zawdzięczam to poprowadzonej trasie biegu. Umożliwiło to kilka zakładek i punktów stycznych. W Paryżu na maratonie kibicowałem 5 albo 6 razy i poruszałem się piechotą i metrem. W Budapeszcie podjechałem 3 razy metrem, przeszedłem 2x500metrów i raz ok. 2 km.

Co dają takie spotkania na biegu?

Oddajmy głos Asi:

„Mój prywatny kibic na maratonie to kilka zalet. Już na trzecim kilometrze mogłam pozbyć się lekkiej kurtki, która mimo chłodu okazała się zbędna. Zdjęłam ją, wypatrzyłam Piotra i pozbyłam się balastu. Kolejne spotkanie dwa kilometry później to jeszcze zwykła wymiana uśmiechów, machanie ręką. Kolejne zaplanowane spotkania pozwalały mi podzielić trasę biegu na odcinki. Kolejne spotkanie na 15. km – tu jeszcze nie czułam zmęczenia, ale mogłam się pochwalić, że zaczęłam wolno. Zresztą za Mostem Łańcuchowym trasa była tak poprowadzona, że spotkaliśmy się jeszcze trzy razy. Co prawda słyszałam w tłumie kibiców swoje imię, ale to jednak byli tylko obcy ludzie. Kolejne spotkanie już w drugiej połowie biegu – tej trudniejszej. Cel krótkoterminowy: dotrwać do tego miejsca. Krótka wymiana zdań i biegnę dalej. Kolejny etap to prawie 10 km biegu do ostatniego spotkania. Niby tylko 10 km, ale za chwilę przekroczę trzydziesty kilometr, a mózg coraz częściej próbuje mnie namówić do marszu, albo nawet zejścia z trasy. Poddać się nie pozwala mi zwyczajny wstyd –
i świadomość, że Piotr czeka na mnie na 37. km. Stamtąd do mety już tak blisko! Mój maraton biegłam więc od spotkania z Piotrem do spotkania z Piotrem. A na ostatnich metrach przed metą w ogóle się go nie spodziewałam.”

Reasumując to w punkty to korzyści z kibicowania okiem Asi:
– dzielenie sobie trasy na odcinki od spotkania do spotkania,
– oddanie kurtki na ok. 3. km i lepszy komfort biegu,
– poczucie wsparcia,
– możliwość podzielenia się biegiem – mogła powiedzieć mi szybko, że przebiegła pierwszą godzinę zgodnie z planem, czyli nie za szybko 😉 i ja wiedziałem o co chodzi,
– tak, rozmawiała czy raczej wymieniała zdania z biegaczami i kibicami. Ale z mną mogła zrobić to i wiedziała, że rozumiem i to mnie interesuje. Z innymi to był raczej jednostronny kontakt mentalny, bo to były obce osoby.
– proste pytania „jak się czujesz” mówiły jej, że nie tylko ona przeżywa ten bieg.

Wiedziałem, w jakich okresach czasu spodziewać się Asi na umówionych punktach biegowych. Oczywiście wypatrywałem znany mi kolor koszulki. Dodatkowo znalazłem dwie czy trzy charakterystyczne osoby biegnące niedługo przed Asią, które posłużyły mi za znak, że Asia niedługo powinna nadbiec, jak one mi się pojawią. Może się zdarzyć, że na tak trudnym biegu jak maraton, ten sposób może okazać się mylący. Bo ktoś zwolni, złapie go kryzys itp. Dlatego należy traktować to jako jedynie dodatkowy sposób.

A jak tak stałem i czekałem na Asię to co mogłem robić?

Kibicowałem. Wspierałem klaskaniem i okrzykami innych biegaczy. Bo wiem jak to jest ważne dla tych co biegną. Bo sam biegam.

I tutaj w Budapeszcie klaskałem i klaskałem się a chrypa złapała mnie już po pierwszej godzinie. Wypatrywałem biegaczy z Polski i głośno ich pozdrawiałem. A i sporo obcokrajowców usłyszało swoje imię i proste „go go” albo „run run”. I to robiłem prawie non stop, robiąc przerwy na potarcie wierzchu dłoni (było dość zimno) sprawdzenie mapy i czasu i przejścia między punktami.
Próbowałem krzyczeć także po węgiersku, bo bardzo często słyszałem słowo „hajrá” ale po kilku próbach wymówienia zrezygnowałem i wróciłem do polskiego i angielskiego 😉 Podszkolę się następnym razem z narodowych słów dopingujących 🙂

I tak kibicowałem do tego stopnia, że na 37. km, czyli w moim ostatnim punkcie kibicowania na trasie, stojące na ulicy auta zaczęły mi się przesuwać w oczach. Biegacze biegną, ja stoję
a auta się ruszają…

Oj stwierdziłem wtedy w myślach, muszę odpocząć. I to było już po moim cofaniu się wzdłuż trasy i biciu równocześnie braw. A cofałem się, aby mieć te kilkadziesiąt metrów bliżej do metra i aby nie stać na wietrznym skrzyżowaniu.Wtedy poszedłem sobie usiąść na kilka minut. Dopadło mnie zmęczenie, bo nie zadbałem o jedzenie i picie od czasu małego śniadania o 8 rano. A była prawie 2 popołudniu. Przy kibicowaniu lepiej zadbać o coś do przekąszenia
i picia. Dla siebie, nie tylko dla biegnącego.

Za to jak się dobrze złożyło, gdy kilka minut później już śpieszyłem na stację metra po spotkaniu Asi. Przede mną czerwone światło na pasach, a po prawej cukiernia. A ja głodny.
W domu prawie nic do jedzenia, zatem po biegu, gdy Asię odprowadzę, czekają mnie zakupy.
I nie pomyślałem o sobie, oj nie, pomyślałem o Asi i crossaincie dla niej i uzupełnieniu kalorii po biegu. To wpadam do tej cukierni, szybkie „Do you speak English?” A potem w cukierni rozbrzmiewało słowo „two”. Sześć razy 🙂
Ponieważ sześć razy wskazywałem na smakołyki i mówiłem „two please”, jedno dla mnie, jedno dla maratonki. Za to jak cudownie wybrałem dwie bułki z parówką w wspomnianej cukierni-piekarni to cudownie szybko je spałaszowałem. Cudownie, bo nie wiedziałem co kupuję. Przypadkowo je wybrałem.

A na mecie perfekcyjnie zgrałem się z Asią i gdy ona biegła ostatnie kilkaset metrów pojawiłem się ja, zdzierając gardło i pokazując wypchaną reklamówkę z bułeczkami.
Ale w tym amoku finiszowym nie zgadła co za pychoty mam dla niej. Za to spałaszowała je
w domu, a ostatnie kęsy możecie zobaczyć na zdjęciu na dole 🙂

Gdy nie biegniecie to pokibicujcie swoim znajomym, bliskim, obcym biegaczom. Okażcie im swoje zainteresowanie i wsparcie. To małe i proste jak się o tym pisze, ale potrafi robić wielkie rzeczy na trasie.

Wiele razy kibicowałem. I bez brania udziału w biegu i po biegu. Wspierałem klaskaniem i okrzykami innych biegaczy. Wiem jak to wygląda od strony zawodnika. A przynajmniej dla mnie to jest spore wsparcie psychiczne. Gdy kibice biją brawo, dodają słowa otuchy. I ja Wam za to dziękuję. I tu w tym poście i w czasie biegu. Czasem to tylko podniesiony kciuk, bo na więcej nie mam siły. Bo walczę ze zmęczeniem, wysiłkiem i czasem. Ale odwzajemniam wasze wsparcie.

 

Send to Kindle

Rezygnacja na … lepsze

Tak mogę podsumować swój wyjazd do Krynicy-Zdroju na tamtejszy Festiwal Biegowy.
Aka czasem trzeba wiedzieć kiedy odpuścić.

Po świetnym wyniku rok temu w górskim biegu na 36 km, postanowiłem wrócić na ten sam bieg. Wtedy w debiucie zająłem 19. miejsce w open. W międzyczasie trasa została zmieniona na trudniejszą, zmieniono miejsce startu i mety oraz godzinę startu.
Mój plan na bieg z upływem czasu a przybliżaniem się daty biegu łagodniał. Z racji innych zajęć ostatnie tygodnie to było i mało biegania i było umiarkowanie intensywnie – wręcz truchtanie przelatane mocniejszym biegiem w weekend. Często po prostu biegałem 50 minut dla samego rozruszania się. Takie 2-3 treningi tygodniowo to mało na porządny i trudny bieg górski. Pamiętajcie, że to był bieg górski na trudnej trasie. To nie bieg asfaltowy, gdzie miałbym o wiele łatwiej.

A czemu tak mało? Po prostu mniej czasu na treningi oraz ograniczone siły. Biegam tyle ile chcę i mogę, balansując to z pozostałymi aktywnościami. Przecież nie samym bieganiem człowiek żyje – bieganie to nie tylko bieganie, jest jeszcze reszta życia.

Niedługo przed wyjazdem postanowiłem pobiec turystycznie. Na luzie, bez ambicji czasowych. Z dużą ilością marszów. Ot, aby zaliczyć bieg w miarę rozsądnym wysiłkiem.

Tuż przed wyjazdem sprawdziłem raz jeszcze profil trasy i …. przejrzałem na oczy. Nie, zajadę się i fizycznie i psychicznie. Co to, to nie. Nie chcę.

I w piątek, kilka h po przyjeździe do Krynicy zapisałem się na nowe biegi: 10km i półmaraton. Rezygnując z górskiego biegu. Buty uliczne oczywiście zabrałem 🙂

Czemu tak zrobiłem?

Nie byłem w formie na taki ciężki bieg. Prawie na pewno odczułbym ten bieg i mocno fizycznie i psychicznie. Za mocno. Z czego ten argument mentalny był decydujący. Ostatnio potrzebuję sporo swoich zasobów psychicznych a mam ich niedostatecznie wystarczająco. Nie chciałem sobie dodawać goryczy niezadowolenia i zmęczenia psychicznego i fizycznego bez wyrównania w przyjemności.
A tu nie miałbym tej przyjemności. A miałbym słaby bieg górski i brak satysfakcji oraz radochy. Do tego ogromne zmęczenie po biegu, ewentualne przeciążenie organizmu, mniej czasu i sił na towarzyskie życie w Krynicy. Sumując, dużo niepotrzebnego stresu a niepotrzebny stres … niepotrzebny jest.

Pragnąłem fajnego wyjazdu i satysfakcji z biegania. Swoje porażki trzeba odrobić, jednak tym razem nie miałem na to ochoty. Chciałem, aby było przyjemnie. W końcu o przyjemność ostatecznie mi chodzi w moim bieganiu.

I tu niejako disclaimer – potrafię czerpać i czuję przyjemność z wysiłku. Dlatego m.in. biegam. Mam te endorfiny, gdy wbiegam 20 raz jak chomik na solidny podbieg albo zaliczam Szyndzielnię i Klimczok na jednym treningu (1028 i 1117 m. n.p.m.). Albo, gdy robię trening bo wypadnę z formy i niejako “powinienem”. W tym przypadku jednak lepiej było dla mnie odpuścić i wybrać inaczej.

A jak sprawdziło się to podejście?

Sprawdziło się i to świetnie. Nawet było dość mocno, ale w granicach komfortowego wysiłku. Jestem bardzo zadowolony z dwóch mocnych biegów:
10 km w sobotę w 40:44,
półmaraton w niedzielę w 1.32.56 – mój 25. półmaraton i 2. wynik w życiu
a jak widać po poniższym zdjęciu trasa należała do wymagających – podbiegi.

Uliczne podbiegi i zbiegi mi służą. Wyprzedzałem na nich a nie byłem wyprzedzany.

półmaraton profil

półmaraton profil

Podsumowując, miałem dwa mocne oraz na komfortowym wysiłku biegi i to pomimo mało biegania ostatnimi tygodniami.
Mam dużo energii i satysfakcji z wyjazdu. Miałem siły na spotkania towarzyskie ze znajomymi.
Był i jest uśmiech na myśl o Krynicy 🙂

Kilka fotek:

A Wy pamiętacie swoje podobne przypadki?
Gdy posłuchaliście się siebie wbrew chęci pt. “za wszelką cenę” …
zapraszam do podzielenia się w komentarzach.

Send to Kindle

Bez znieczulenia – relacja Asi z maratonu z Paryża.

Uważaj o czym marzysz… marzenia się spełniają (choć nie same!).

Gdyby rok temu, tuż po moim debiucie w maratonie w Łodzi, ktoś powiedział mi, że
w kwietniu 2015 r. pobiegnę po raz trzeci 42 km w mieście nad Sekwaną, to zwyczajnie zaczęłabym się śmiać. To przecież nierealne i dla żartu a może kusząc los zapisałam się na losowanie. W jakim byłam szoku końcem kwietnia, gdy w mojej skrzynce mailowej wylądowała wiadomość zatytułowana „L’inscription c’est maintenant!”. Omal jej nie skasowałam myśląc, że to spam. I tak o to rok później 10 kwietnia 2015 r. odebrałam pakiet startowy a dwa dni później stanęłam na starcie. Zapowiadał się piękny, słoneczny i ciepły dzień… za ciepły.
W Polsce jeszcze na początku tygodnia biegałam w zimowych ciuchach, a dziś krótkie spodenki i najcieńsza koszulka.

To był mój trzeci maraton, ale pierwszy który przebiegłam sama i bez znieczulenia.
Sama – bo obawiając się wzrostu temperatury nie czekałam na start pacemakerów na 4:15:00, bez znieczulenia – pierwszy raz pobiegłam bez muzyki a za to z własnymi myślami. Sama musiałam pilnować tempa – a mam tendencja do wyrywania na początku. Tylko ja mogłam powiedzieć sobie – zwolnij. Brak muzyki też był dla mnie zupełną nowością. O ile przez połowę dystansu podziwiałam Paryż, cieszyłam się kibicami i słuchałam muzyki na różnych punktach, o tyle gdzieś w okolicach 30. km musiałam zacząć sobie radzić ze swoim prywatnym Gremlinem. A ten był wyjątkowo złośliwy tego dnia.

Jako biegacz lubiący niskie temperatury już od początku biegłam z własną wodą. Co kilometr to łyk, a nawet dwa małe. W ten sposób na pierwszym punkcie odżywczym ominęła mnie walka przy stołach, a ja widząc znaki przygotowane przez organizatorów ustawiłam się po przeciwnej stronie wodopoju. I pobiegłam dalej. Luwr, Bastylia i piękny Lasek Vincennes. Maraton to cudowny sposób na zwiedzanie Paryża. Tu strażacy nad drogą, tam bębniarze,
a za rogiem orkiestra dęta. Na 9. km dostałam jeszcze motywacyjnego klapsa od najlepszego kibica Piotra (który tego dnia przejechał trasę biegu metrem, towarzyszył mi w 5 punktach,
a ja biegłam od spotkania z nim do spotkania) i nagle zapadła cisza. Wybiegliśmy z miasta
i zamiast kibiców usłyszałam miarowe szur szur szur i sapanie. Jeszcze nie zdawałam sobie sprawy, że po kilkunastu kilometrach biegu w słońcu w twarz miałam już piękną paryską opaleniznę. Na 10. km wymieniłam butelkę z wodą na nową, pięć km później złapałam garść rodzynek i zadowolona dobiegłam do półmetka. Tu jeszcze marzyłam o spektakularnej życiówce, biegłam praktycznie zgodnie z planem i czułam się dobrze. Złapałam oddech na delikatnym zbiegu i wraz z kolorowym tłumem pobiegłam wzdłuż Sekwany. O tych głębszych oddechach zgodnie z zaleceniem trenera, przypominał mi każdy turysta wykrzykujący moje imię. Allez Joanna! Allez!

Tu udało mi się wypatrzyć w tłumie troje Polaków – najpierw dzięki charakterystycznej biało-czerwonej koszulce, a kolejne osoby dzięki strojom z polskimi logotypami.
Ostatni z zaczepionych nawet podniósł moje morale, mówiąc, że nie da rady biec ze mną, bo za szybko.Jeszcze przed 30. km mijam sporo biegaczy, którzy już przeszli do marszu i choć sama wypatruję znaków zwiastujących kolejny kilometr, kolejną milę i zajmuję mózg żmudnymi obliczeniami, jeszcze wydaje mi się, że upragniona życiówka poniżej 4:15:00 jest w moim zasięgu.

Kolejne spotkanie z Piotrem wyznaczone jest za 32. km, postanawiam więc biec od spotkania do spotkania. Ale zwalniam, może nieznacznie ale suma wielu sekund przełoży się w końcu na walkę na ostatnich dwóch kilometrach o poprawę PB. Od 35. km mam wrażenie, że boli mnie już każdy fragment ciała. Najpierw zaczynam czuć mięśnie ud – bolą i to solidnie, a za chwilę w Parku Bolońskim moje stopy natrafiają na kocie łby. Też boli! I jaką wielką pokusą są ci wszyscy biegacze, którzy zwyczajnie idą do mety. Może by tak do nich dołączyć? Po co tak biegniesz? Przejdziesz sobie 7 km i też dostaniesz medal… to mój gremlin dochodzi do głosu. Już nie podziwiam Paryża, nie rozglądam się po Parku…

Zamiast słuchać podszeptów wyprzedzam kolejnych biegaczy, oni idą – ja wciąż biegnę. Nawet jeśli od czasu do czasu wyję pod nosem z bólu to jednak biegnę. 36 km i wycie.
37 i znowu wycie. Nie jestem mięczakiem, rzadko przyznam się, że boli a teraz jest mi wszystko jedno. Biegnę i jęczę. Gdzie ten kolejny kilometr… Cztery kilometry do mety, to przecież nie jest nawet moja trasa do Dębowca i z powrotem, a tu dłuży się niemiłosiernie! Gdzie ten Łuk Triumfalny (co za ironia z tą nazwą!) Wreszcie jest 40. km. Żeby sprawdzić czas zerkam na Endomondo i szybie obliczenia wskazują, że czas przyspieszyć, bo życiówka umknie mi sprzed nosa. Jęczę pod nosem i przyspieszam. Wiecie jak to jest nie znać francuskiego a jednak świetnie zrozumieć organizatora, który krzyczy – jeszcze tylko 400 metrów?! No to szybko, 400 metrów i będzie po bólu. Wreszcie zza zakrętu wyłania się zielona brama mety. Tuż przed nią wyprzedzany biegacz postanawia przybić piątkę kibicowi i myślę, że zrozumiał mój polski komentarz! Nareszcie mogę iść. Po co mi to było! Nogi sztywne, wszystko boli, życiówka jest ale nie taka jak miała być… No dobra, mam fajną koszulkę finishera, poszpanuję w Bielsku-Białej. Tak, tak to wszystko mam w głowie. Żadnej euforii znanej mi z Łodzi, żadnych endorfin i znieczulenia. No meta, jak meta. I nagle jeden z wolontariuszy wyciąga do mnie rękę z medalem a jak znowu mam łzy na policzkach. To po to! Po ten piękny złoty krążek, który nie jest już za szybką, ale na mojej szyi, to za te przebiegane kilometry na treningach, za pokonane lenistwo, za przebiegnięty każdy metr tego maratonu, za walkę ze słońcem, zmęczeniem i chęcią poddania się.

A że mam niedosyt… i jestem ambitna… już wieczorem przy winie szukałam maratonu na październik. Katowice, Poznań czy może jednak Budapeszt? No bo Wiedeń wiosną 🙂

Maraton w Paryżu nauczył mnie kilku rzeczy – jestem twarda sztuka. Mogę pobiec taki dystans sama, przez ponad 4 godziny ze swoimi myślami. Wiem, że chcę biegać szybciej – trochę za późno zaczęłam. I może nie ma się co spinać na spektakularne efekty… w końcu rekordu świata nie pobiję, a własne dają mi wystarczająco dużo satysfakcji. I wciąż lubię biegać, nie zarzekam się, że nigdy więcej…

Aha, a do paryskiego metra powinno być więcej wind i schodów ruchomych 😉

 

Send to Kindle