Ewolucja zawodowa, czyli zmieniamy się

Ewolucja zawodowa, czyli zmiany zmiany. Zmian, zmiany, zmiany …

Rok 2010 maj.  Biegnę swoje pierwsze w życiu zawody. Bieg na 10 km. Bieg Europejski
w Gdyni organizowany przez m.in. Piotra Suchenię http://run-passion.pl/ – drugi bieg z cyklu 4 biegów, które później będę często biegał. Tym razem to moje pierwsze zawody. Jak się okaże później, mimo kilku błędów początkującego wsiąkłem w zawody.

Bo bardzo polubiłem bieganie w zawodach. W lipcu przebiegłem swój pierwszy półmaraton, nigdy wcześniej nie pokonując na treningu takiego dystansu. Dorzuciłem do treningu kilka podbiegów na sopocko-gdyńskim lesie i …. dałem radę. Puck i okoliczne wioski, bo tam był bieg, zwiedziłem w czasie nieco powyżej 2h. Do dziś pamiętam, te kostki cukru na ostatnim punkcie.

Bieganie stało się moją pasją. Starałem się biegać zawody jak najczęściej się dało. Pamiętajcie to były lata 2010-2012, zatem to nie było jak współcześnie, że co weekend są zawody i często się nakładają na siebie. Wtedy imprez biegowych było znacznie mniej niż teraz. Dobrze było należeć do jakiegoś klubu lub grupy biegaczy, aby dzielić się wieściami o biegach i razem na nie jeździć. To kolega z fundacji namówił mnie na pierwsze zawody. Także od innych lokalnych biegaczy czerpałem wiedzę o biegach. Organizowaliśmy wspólne wyjazdy na okoliczne i czasem dalekie biegi. Wielkim ułatwieniem była strona maratonypolskie.pl z ich wspaniałym kalendarzem i podziałem na województwa.

Lata 2011 do 2014 to bardzo częste starty w zawodach. Zdarzało mi się biec dwa razy zawody tego samego dnia czy biegać zawody w sobotę i w niedzielę. Medal do medalu. Szkoda, że numerów startowych nie zbierałem, bo byłaby całkiem pokaźna kolekcja i IMO atrakcyjniejsza od medali. I na pewno łatwiejsza w przechowywaniu. Biegałem co drugi dzień, pilnując też regeneracji po zawodach. Wzorem właściwego treningu to na pewno nie było, jednak ja biegałem dla siebie. Przebiegłem maraton w Poznaniu w debiucie.
Wybiegałem kilometry w Trójmiejskim Parku Krajobrazowym, gdzie pobiegłem pierwsze górskie zawody (CRSS Górska Połówka).

Po drodze podejmowałem się roli pacemakera. Najpierw indywidualnie, potem grupowo.
Bartosz, Janek, Kinga, Adam i inni poprawiali ze mną swoje życiówki, albo debiutowali z sukcesem.
To była dla mnie wielka przyjemność i odpowiedzialność wspierać ich w tym. Później przyszła misja zająca w Półmaratonie Warszawskim i Maratonie Warszawskim organizowanych przez Fundację Marka Troniny.
Szczególne pierwsze prowadzenie przyszłych maratończyków w Warszawie to była prześwietna rzecz.
Grupa 3.55 pamięta 🙂

A w międzyczasie życie się toczyło swoim torem. Bo obok biegania jest życie, które wpływa na nasze bieganie www.piotrfit.pl/2014/01/11/bieganietonietylkobieganie/. Po kilku przeprowadzkach w obrębie Trójmiasta, przeprowadziłem się do Bielska-Białej. Średniej wielkości miasto, tuż obok gór. Wybiegasz w miasto i widzisz góry, w tym nawet Babią Górę.
A z osiedla w góry mam 4-5 km, po prostu bajka. Na Szyndzielnię 1028 m npm biegnę ok. 60 minut spokojnym tempem. Ale za to płaskich tras tu jak na lekarstwo.

Jednocześnie obowiązki, praca i zmiana we własnym nastawieniu ograniczały ilość zawodów. Początkowo często jeździliśmy z Asią na zawody, choć zaczęliśmy unikać powtarzania biegów. Warszawę, Kraków odwiedziliśmy kilka razy, zatem po co jechać tak daleko na znane nam miasto a często i trasę?
Działo się to stopniowo. Asia pobiegła maratony w Paryżu i Budapeszcie. Razem pobiegliśmy królewskie dystanse we Florencji i Walencji. Taka turystyka biegowa. W międzyczasie odwiedzaliśmy małe lokalne biegi, jak Kęcka Piątka, Bieg o Złoty Gwizdek czy parkrun w Cieszynie.

Zauroczony bieganiem w górach, pobiegłem kilka górskich zawodów jak debiut w Brennej klik, bieg na Babią Górę czy 34 km w Krynicy Zdrój podczas Festiwalu Biegowego. Rezygnowałem jednak z lokalnych biegów górskich. Wychodziłem i nadal wychodzę z założenia, że po co mam płacić te kilkadziesiąt i więcej złotych, jak sam sobie mogę za darmo pobiegać po górach. Tak, wiem, bieganie na zawodach to co innego niż na treningu. Zgadzam się z tym. Jednak płacenie za pobieganie po górskiej trasie, co sam mogę zrobić wychodząc z domu, to jednak przesada dla mnie. I jak się nad tym teraz zastanawiam, to takie zawody u siebie w górach nie są dla mnie też atrakcyjne. Bieg na Pilsko czy na Diablaka były, zatem w nich wystartowałem. Lokalne biegi górskie jednak nie stanowiły dla mnie wyzwania.
I dodatkowo prowadziły po znanych mi trasach, górach. To wolę te 50-150 złotych wydać inaczej.
Sorry, nothing personal.

Przykładem wyzwania i zauroczenia był już nieistniejący Maraton Beskidu Niskiego. Beskid Niski jest piękny, asfaltowa w 98% trasa, podbieg na Przełęcz Małastowską (i potem kawałek dalej w górę sic!), 900 m w górę i 600 w dół. Oj, powiem Wam, że solidnie się pod niego przygotowałem. To był CEL, to było atrakcyjne Wyzwanie dla mnie. Mimo cięższej pracy, harowałem na treningach. Przygotowałem się także bardzo dobrze mentalnie, dzięki książce Tima Noakesa Lore of Running. I mimo, że zrobiłem potem trzy razy, i to lepsze czasy na maratonie, to ten właśnie bieg z Gorlic do Wysowej wspominam najlepiej.

Na mecie MBN, wzruszyłem się 🙂

Stopniowo ilość startów malała. I to znacznie. Stałem się mocno wybredny. Jeśli zawody nie były mi potrzebne, to ignorowałem je. Dlatego, mimo że mieszkam w Bielsku-Białej już czwarty rok to mam tylko dwa zaliczone Biegi Fiata. Po części skupiałem się na treningach, zwłaszcza podczas okresu przed maratonem w Walencji listopad 2017 r., po części chodziło o przydatność i atrakcyjność biegu.

Często też wygrywały … góry. Wędrówki po górach. Pod okiem doświadczonej w górach Asi odkryłem w sobie pasję do nich. W weekendy wsiadaliśmy w auto i łaziliśmy po górach. Beskidy, Mała i Wielka Fatra, Bieszczady, Tatry itd. Trekking w postaci 30-40 kilometrów dziennie to była norma. Oj, nachodziliśmy się dużo po tych górach, że ostatnio musimy się postarać, aby nie chodzić kolejny raz tymi samymi ścieżkami. Zawody zatem często przegrywały z górami. To temat do rozwinięcia, te nasze i moje góry.

Apogeum wybredności w zawodach biegowych to obecny rok 2018.
Półmaraton Żywiecki – odpuściłem, bo za późno zacząłem sensowniej biegać. Ciemne popołudnia, słaba zima, fuck you smog. Byłoby fajne pobiec, aczkolwiek nie widziałem sensu i przyjemności w przybiegnięciu kilka minut wolniej niż powinienem. Odpuściłem.
Bieg Fortuna w Cieszynie. Przyjechaliśmy, bo Asia biegła z teamem z pracy. Ja odebrałem koszulkę, zjadłem swoją porcję posiłku po biegu i … tyle 😀 Nie pobiegłem.
Bieg Fiata już pobiegłem, bo na miejscu. I w jako takiej podstawowej formie już byłem. I szkoda było drugiego opłaconego startu. Za to kameralnego biegu Śnieżnej Pantery czy słowackiego biegu Zelene pleso nie mogłem sobie odmówić 🙂 Nie mówiąc już o lokalnym górskim biegu Corsa dell’Angelo we włoskich górach obok Lecco podczas urlopu 🙂

Jak widzicie, przeszedłem drogę od stanu “Hurra, to gdzie są następne zawody!” do “Na co mi ten start?”
Moje pierwsze kilka lat biegania to więcej przyjemności, gdzie mogłem pielęgnować swoją chęć biegania i frajdę z niego.  Liczyły się dla mnie życiówki, jednak tak naprawdę mało wychodziłem poza strefę komfortu.
Zwłaszcza na treningach, bo tam dzieje się większość magii, czytaj ciężkiej roboty. Odpowiednie moje podejście do biegania zaowocowało dobrymi czasami, potem ze względu na zlekceważenie treningu (mniej i bardziej celowe) zatrzymałem się w miejscu z rekordami. Uświadomił mi to m.in Wojtek W. Dzięki niemu, podjąłem większą pracę na treningach. Dzięki temu poprawiłem rekordy w półmaratonie i maratonie o odpowiednio 6 i 11 minut. Tyle, że to stało się niedawno – w 2017 roku.

I m.in. przez zmianę podejścia do treningów, większe ambicje czasowe i pragmatyczność aka wybredność porzuciłem masowe bieganie zawodów. Fajne, kameralne zawody w nowym miejscu – tak. Zawody w górach na urlopie – jak najbardziej tak. Chudy Wawrzyniec 50 +? Czemu nie 😉 ?

Send to Kindle

Pofolgowanie sobie

Mija zima. Dobry moment na post.
I to dobry moment na podsumowanie ostatnich dwóch miesięcy biegania.
Po Walencji zrobiłem sobie miesiąc przerwy. Roztrenowanie, które co roku robię.
A potem biegałem. I głównie biegałem, aby pobiegać. Mniej mi się chciało, mniej przyjemności z tego miałem, mniej mi zależało.

Kilka czynników tego stanu rzeczy wymienię od razu: słaba zima, pofolgowanie sobie, brak słońca, używki, jakiś brak chęci. Co do braku chęci przemyślę to. Czynniki te każdy z osobna może normalnie nie znaczyłyby dużo, ot cegiełki, ale razem postawiły solidny mur. Na drodze solidnego biegania.

Słaba zima. Prawdziwa zima – biała i śnieżna – przyszła pod koniec stycznia, w lutym królowała z przerwami, aby w marcu wyskoczyć znienacka. Taki klimat, niestety.
W połączeniu ze smogiem i brakiem słońca niezbyt mnie to motywowało do wyjścia na bieganie. Ot, wychodziłem po pracy, jednak aby pobiegać, nie dla biegania.
Odbiłem sobie to częściowo, gdy w końcu przyszła zima. Po pracy wsiadałem auto, pod Dębowiec, czołówka na głowę i dalej do Wapienicy lasem i Palenicę. Pod rząd kilka razy, bo trzeba wykorzystać te kilka cm śniegu. A w weekend Klimczok, Szyndzielnia, Błatnia, Stefanka w różnych konfiguracjach. I w końcu moje biegowe cieplejsze rzeczy mogłem wyjąć. Bo już planowałem przeprowadzkę na daleką północ. Nowe legginsy, kurtka w szufladzie, skarpetki wodoodporne wołały o użycie. A tak mogłem je amortyzować 😉 Nie mówiąc o butach trailowych. Bo ja rzadko używam takich butów. Więcej razy wystarczy mi zwykła szosówka. Ale po śniegu, w lesie i w górach pośmigałem w Pearl Izumi N1 Trail.

Pofolgowanie sobie. Używkami. Więcej kawy. Gdy ma się dobrą kawę w pracy i ekspres (pokrętło i guziczek) to trzeba mieć silną wolę i przemyślenie. Rzadko z tego korzystałem i kilka kubków espresso szło dziennie. Od czasu do czasu yerba. A jeszcze do niedawna potrafiłem zrobić sobie “detoks” od kawy – 2 tygodnie bez łyka.
W końcu stwierdziłem: dość! W pracy piję yerbę, a kawę tylko w domu i tylko w weekendy.
Od kilkunastu dni trzymam się tego postanowienia. Yerba świetnie pobudza a silną wolę mam.
Druga używka to alkohol, pod wredną … pod smaczną postacią rumu. Jeśli robisz sobie drinka to nie tyle samo rumu co dwa razy słabszej wódki. A, że smakuje wybornie i w dobrym drinku nie czuć tej mocy, to trochę sobie pofolgowałem. Żadnego pijaństwa itp., po prostu organizm przyjmował większe stężenie alkoholu. A i bieganiu i kondycji się to nie przysłużyło. Do tego więcej jedzenia – np. przez jakiś czas jadłem spory posiłek w pracy. Połączmy to z obfitą kolacją i mniejszą ilością biegania. Waga stanęła na 70-70,5 kg. Moja waga startowa to 3-4 kg mniej. Zatem spora różnica. Miałbym ją gdzieś, i to szybko … gdybym zaczął regularnie, solidnie biegać. A tak jest oponka. Dyskretna, ale ja swoje wiem. I akceptuję to. Do czasu.

Plany wiosenne. Zapisany i opłacony jestem na dwie dyszki – Fortuna w Cieszynie i Bieg Fiata w Bielsku-Białej. Miał być Półmaraton Żywiecki, jednak ostatecznie wybrałem saunę i basen solankowy oraz śniadanie w formie szwedzkiego bufetu. Trafiła się okazja to skorzystałem. Sentyment do żywieckiego biegu miałem przez dłuższą chwilę, ale pobiec tylko, aby pobiec? Kilka lat temu pewnie bym pobiegł, bo wtedy miałem inne nastawienie. Dlatego od 2010 roku nazbierało mi się ponad 100 zawodów. O medalach nie wspomnę. Teraz jednak, mając w perspektywie brak formy i bieg w środku stawki. Nie, nie chce mi się …
I nie, nie jestem aż takim leniem. Po przyjechaniu do Ustronia odsapnąłem i poszedłem zasłużyć na wyżej wspomniane przyjemności (i wieczorną pizzę z piwem z Browaru Zamkowego w Cieszynie). Asfaltową drogą wbiegłem 2 razy na Równicę (znów te góry, albo raczej znów te podbiegi), pokręciłem się trochę po lesie w okolicach wierzchołka. I wyszło 2 h 15 minut biegu. Chyba zasłużyłem 😉

Podsumowując to był taki sobie okres. Nie czułem potrzeby zmuszania się, zatem odpuściłem treningi. Trasy bielskie nudziły mnie, brak słońca demotywował. Nogi mam silne – góry się kłaniają – gorzej z kondycją i ogólna formą. Bieganie w górach wybijało się na tle mojego biegania, choć o to nie było trudno. Na szczęście będzie więcej słońca!

Send to Kindle

Wszystkie błędy i stosunek do nich. Z pamiętnika.

Mija 5 km trasy biegu. Druga pętla. Jest szybko. Dopiero połowa z 10 km trasy, ale jest szybko. Zaczyna boleć w prawym boku. Ale ból jest chwilowy, duma wieczna. Zbliżam się do 7 km i podkręcam obroty. Lubię wyprzedzanie. Lubię negative split. Nogi dają znać, że jeszcze dadzą radę, ale nie za długo.

I tak ma być, myślę. Lekko przyśpieszam. Ostatnie kilkaset metrów, rzut okiem na zegarek i będę w niebie.
Tzn. na mecie z nową życiówką i osiągniętym celem. Zaczynam dyszeć, zaciskam zęby i oddycham jak lokomotywa, której tysiąc atletów nie ruszy choćby każdy z nich zjadł po …
Wyprzedzam tych co za mocno zaczęli i teraz płacą cierpieniem i zwolnieniem.
Oj, jak fajnie, że zacząłem mocno, ale bez forsowania ponad siły. Tak, aby mieć je na przyśpieszenie na końcowych kilometrach.

Ostatnie kilkadziesiąt metrów, kolega obok przyśpiesza. Lubię to. Nie może mnie przegonić. Dociskam gazu i ja. Adrenalina i testosteron robią swoje…
Wpadam na metę, wyczerpany, opierając się o barierkę w celu złapania tchu. Ale jest.
Zrealizowałem swoją taktykę, pobiegłem zachowawczo pierwsze kilometry – co nie znaczy, że wolno! – stopniowo przyśpieszając. Nie czułem presji z racji spokojniejszego swojego początku
a szybszego innych zawodników. Nie ciążyła mi presja, że kogoś muszę przegonić, bo biegam dla siebie.
Tak lubię biegać i tak potrafię.

A potem się obudziłem. Albo powinienem się obudzić.
Bo to powyżej to fikcja. Mając swój dorobek – ponad sto startów, prawie osiem lat biegania – zrobiłem coś dokładnie odwrotnego. Oklaski!

marsz z bólem

Pobiegłem za szybko od początku. Mając braki w treningach – głównie z powodu przedłużonej przerwy zimowej i choroby – podjąłem nieracjonalną decyzję, że spróbuję pobiec na złamanie 40 minut.
Pierwsze 5 km biegłem w tempie ok. 4.00 – poza pierwszymi kilkuset metrami, gdzie jak zwykle jest i był tłok – niestety też nie wszyscy ustawiali się zgodnie ze swoimi możliwościami – shame on you! – a do taranowania się nie nadaję, za miły jestem i za chudy 😉

Jak to kolega Mirek wyliczył, na 6 km 400 metrze przechodzę do marszu. Wcześniej biegnę w okolicy tempa 4 min./km. Nie trzymam tempa a je rwę wyprzedzając, bo albo za ciasno i/albo za wolno.
I czas na … tadam … marsz … nie tadaaam. Sic! Chyba dopiero drugi raz w karierze. Marsz był poprzedzony odcinkiem truchtu, gdzie starałem się rozmasować kolkę albo skurcz mięśni. Bo to mnie dopadło. I bolało. Nie byłem w stanie kontynuować biegu, ba nawet truchtać.
Przeszedłem kilkaset metrów bokiem trasy krzywiąc się i czekając na przejście bólu. Raz spróbowałem truchtać, ale skutecznie zostałem spacyfikowany.

I tak sobie wędrowałem, szedłem…i szedłem … zastanawiając się co ja sobie myślałem.
A mogło być tak pięknie. Pobiec trochę wolniej, ale rozsądniej. Pobiec tak jak to opisałem na początku postu.

Po tych kilkuset metrach, jeśli chcecie znać zakończenie, przeszedłem w końcu do truchtu. Na 2-2.5 km do mety zacząłem biec, stopniowo przyspieszając. Wpadłem na metę z czasem prawie 43 minut. Ech, życiówkę mam nieco powyżej 40 minut.

Osobną kwestią jest moje nastawienie do tego biegu. Nie moje nastawienie.
Czułem pewną presję, że powinienem pokazać co potrafię i że stać mnie na więcej niż dotychczasowe starty. A przecież, ponowne sic!, biegam swoje i dla siebie. Czemu moja głowa powędrowała w meandry „ja wam pokażę” czy porównań z innymi? Nie wiem, ale mam z nią do pogadania. Tzn. ze sobą.

na mecie

Jak widać, mimo mojego doświadczenia, popełniłem taki prosty błąd. Przeszacowałem poważnie swoje możliwości. Cel – tj. złamanie 40 minut – był prawdopodobnie do osiągnięcia, a na pewno do osiągnięcia było poważne zbliżenie się do niego. Tylko nie w taki sposób. Nie tędy droga.

Zresztą jak świeżak się zachowałem. Jak na pierwszych zawodach

Cóż, trochę pokory i lekcji nie zaszkodzi. Trzeba przyjąć na klatę skutki i zaakceptować błędy i robić swoje. Do przodu. Lekcje czy innymi słowy błędy, porażki to okazja do nauki aka feedback. Wyciągamy wnioski – ale uczciwie! – i zaciskamy zęby. Bo nawet jeśli prawda w oczy kole, to prawda nas wyzwoli.

Send to Kindle

Błędy i lekcje i nowa wiara

Niebieski dywan. Wbiegam, dysząc ze zmęczenia i wysiłku. Zatrzymuję stoper i widzę, że złamałem czas 3.14. Maraton we Florencji przeszedł do historii. Krótki postój i mogę iść dalej przez przygotowaną strefę dla kończących bieg.

Kilometry od 35. do 40. km biegnę w tempie 4.18 a ostatnie dwa po 4.05 – widzę to w domu.
I wcale na starcie tak nie planowałem. Zresztą, w ogóle nie mierzyłem w żaden czas, poza złamaniem 3.20 i zrobieniem życiówki. W końcu to mój pierwszy zagraniczny start, warunki pogodowe dobre, dałem radę mimo ciężkiego miesiąca w pracy potrenować – to warto byłoby zrobić życiówkę.

I z takim nastawieniem stanąłem na starcie biegu. Na rękach biegaczy dojrzałem opaski czasowe – 3.12, 3.20. Przez chwilę żałowałem, że nie poszukałem ich na expo, ale jak Asia powiedziała, trzeba było je wcześniej zamówić na stronie. Nic to, olać to, biegnę swoje. Włączam stoper w wysłużonym Polarze, który służy mi 7. rok a wcześniej służył Andrzejowi (kolega biegacz z Gdańska, który wciągnął mnie w bieganie) i biegnę. Pamiętałem tylko planowane czasy na 5., 10. km i na półmaraton przy planowanym czasie 3.20 na mecie maratonu. Poza tymi kilkoma liczbami moja głowa była wolna od myśli o maratonie.

Maratony biegam wg taktyki negative split. I tak było tym razem. Dodatkowo stosuję sposób Tima Noakesa o dzieleniu sobie trasy na 3 odcinki. Dwa razy 16 km i 10 km. Sprawdziło mi się to na maratonie Beskidu Niskiego, w Warszawie i sprawdziło się we Florencji. Pomagałem sobie na trasie w trudniejszych momentach myśląc motywacyjnie, że mam już połowę z drugiej szesnastki czy osiągnąłem dystans półmaratonu czy 30 km. Takich momentów było niewiele, bo po prostu biegłem.

Jedyne znużenie dopadło mnie na odcinku około 15-25 km. Trasa we Florencji jest dość kręta, ale to rezultat tego, że jest dobrze poprowadzona. Dobrze, bo biegnie się przez dużo przez zabytkowe centrum miasta i nie wybiega się zbyt daleko na peryferia.
Nie dopuszczałem do siebie myśli, że to dopiero 15. km i tyle jeszcze trasy i tyle jeszcze zakrętów przede mną. Trasę znałem – w ramach przygotowania obejrzałem kilka razy film z trasy oraz dokładnie przestudiowałem ostatnie 10 km trasy. Ze znużeniem na wspomnianym odcinku poradziłem sobie trzymając się dobrze biegnącej kobiety przede mną, do czasu gdy zwolniła na punkcie żywieniowym a ja pobiegłem dalej chwytając kubek z wodą. Rozwiązaniem na znużenie było zatem niemyślenie o tym jak daleko jeszcze i nieprzejmowanie się tym. Trzeba biec to biegnę. Jeszcze jakaś godzina, półtorej i finisz. Tak samo pomagałem sobie z rzadka, gdy wydawało mi się, że mój pęcherz zrobi mi psikusa – uznałem, że jak nie wytrzymam to przystanę, ale dopóty jest ok to nie przejmuję się.

W okolicach 30. km zauważalnie przyśpieszam. Zaraz będzie 32. km – koniec drugiego 16-kilometrowego odcinka – i ostatnie 10 km do mety. Biegnie mi się dobrze, biorę ostatni, czwarty żel i już regularnie wyprzedzam wszystkich po drodze aż do mety. Wtedy właśnie minął mnie jeden biegacz, ale uznałem że za wcześnie na jego tempo. Być może go później złapałem. Zresztą wyprzedzanie na ostatnich km było trochę zwodnicze. Dlaczego? Aby złamać 3.15, gdy widziałem że jest wielka szansa na to, musiałem przyśpieszyć i trzymać swoje tempo. I nie kierować się tylko tym, że wyprzedzam wolniejszych biegaczy, bo mogłem przecież biec wolniej a i tak ich wyprzedzać. Tu musiałem mieć odpowiednio szybsze tempo.

Na mecie melduję się z czasem 3.13.52 i lepszym o blisko 7 minut od poprzedniego.

Tego z kwietniowej Łodzi. Bo tam, w tej Łodzi, miałem pobiec tak jak we Florencji.
Dość napisać, że byłem tak rozczarowany swoim wynikiem z Lodzi, że swego rodzaju trauma po biegu trzymała się mnie kilka tygodni. A zrobiłem tam życiówkę. Przeczytajcie zresztą “We are not robots” LINK

Czemu we Florencji tak dobrze pobiegłem? Bo wyciągnąłem odpowiednie wnioski z maratonu łódzkiego.

Czego się nauczyłem z Łodzi?

Niepotrzebnie zbudowałem sobie pewną dużą presję. Dosyć dużo mówiłem o swoim maratonie, o ambitnym celu, za dużo wrzucałem postów o swoim treningu. Często patrzyłem na endomondo i sprawdzałem sobie średnie tempo. A przecież ja jestem z tych, co wolą robić swoje niż rozwodzić się o tym. I jestem nastawiony na wyczucie swojego organizmu, na słuchanie go. Bo od kilku lat biegam z zegarkiem ze stoperem, bo od kilkunastu miesięcy często w ogóle go nie zabieram na trening. I z dokładnością do kilku minut jestem na treningu tyle ile chcę być. Bo biegam bez rozpisanego planu, poza ostatnim miesiącem-półtora przed ważnym startem – najczęściej dotyczy to właśnie maratonu (a ten plan to tak naprawdę uświadomienie sobie ile dni zostało i ile treningów mocniejszych mogę zrobić).
Tu można by napisać, że w Łodzi nie byłem sobą, co wyjaśniam właśnie w poście „We are not robots”.

Bo gdybym był sobą, to zatrzymałbym się podczas ostatnich kilku dni  i spojrzał w przysłowiowe lustro i boleśnie szczerze odpowiedział sobie na pytanie – jesteś przygotowany na te 3.10? To jest Twój cel czy jednak bardziej zbyt ambitny cel przesłonił Ci oczy? Może chcę zaimponować innym?

I tu trzeba powiedzieć – fizycznie, czyli treningowo pół roku temu nie byłem przygotowany na 3.10. Można tylko szacować szanse, czy gdybym od początku pobiegł na 3.15-3.20 i stosował skuteczną u mnie taktykę negative split, to na ile zbliżyłbym się do wyniku 3.10.
I co bardzo ważne, psychicznie także nie byłem gotowy na walkę o 3.10. Długotrwały stres wyczerpał mnie i moje zdolności radzenia sobie z obciążeniami, jakie wymaga szybki bieg przez ponad 42 km. Maraton biegnięty na maksa wymaga solidnie przepracowanego podejścia do niego i treningu głowy.

Ten brak refleksji spowodował, że od startu pobiegłem na 3.10, i że na 28. km straciłem siły.
I nie wziąłem też poprawki na pogodę. Tak, to tak śmieszne i żałosne, że takie błędy wtedy popełniłem.
Ja, który do maratonu Beskidu Niskiego byłem przygotowany tak solidnie, że uważam to za godne naśladowania.
I mimo tego, że zrobiłem życiówkę, lepszą o ponad 6 minut, to bylem rozczarowany. Bo nie tak miało być, miało być lepiej. A rozczarowany byłem przede wszystkim swoim podejściem i błędami. Może za surowy jestem, może.

Maraton we Florencji, jako pierwszy zagraniczny start, był dla mnie ważny. Nie po to wydaję kasę na cały wyjazd, aby nie sprawić sobie przyjemności tym startem. Dobrym startem. Jednocześnie nie przejmowałem się nim więcej niż to konieczne. Nie celowałem za wszelką cenę w dany wynik czasowy. Pobiegnę na 3.20, patrząc na swoje tempo i samopoczucie, i tyle – planowałem – co będzie to będzie, ale rozmyślać o tym nie zamierzam.

I dzięki temu zrobiłem – bez większego wysiłku – życiówkę i to lepszą o 7 minut. Dobrą, wręcz bardzo dobrą prognozą jest to, ile sił zachowałem po biegu. A sam maraton we Florencji chyba najlepiej podsumuję tym, że odzyskałem wiarę w siebie.

Wdzięczny jestem i dziękuję koledze Wojtkowi za rzeczowy feedback po Łodzi.
Bardzo mi to pomogło.

Ps. Jeśli chcecie poczytać więcej o maratonie we Florencji odsyłam do relacji Asi LINK
a moim zdaniem warto rozważyć swój bieg maratoński we Florencji.

Send to Kindle

Jak odpoczywać?

Jak wykorzystać przerwę po sezonie?

W poprzednim poście napisałem Wam czym jest i czemu ważny jest odpoczynek od biegania.
Na przykładzie przerwy posezonowej, zwanej roztrenowaniem. W tym wpisie bliżej napiszę Wam o czym pamiętać podczas aplikowania sobie słodkiego lenistwa. Zaproponuję także co robić zamiast biegania.

Nie zmęcz się

Ważna rzecz, o której należy pamiętać. Odpoczynek to … to po prostu odpoczynek.
Odpoczynek od biegania. Ja osobiście traktuję to dosłownie. Nie biegam.

Potraktujcie ten odpoczynek od biegania dosłownie. Odstawcie też za duży wysiłek,
a przynajmniej nie szukajcie zastępczych form do nadmiernego zmęczenia się.
Nie chodzi o rezygnację z innych aktywności, tylko o zdrowy umiar i pamiętanie o celu przerwy. A celem i korzyścią przerwy jest regeneracja. Jeśli przerzucimy się na inne aktywności, intensywnie trenując, to jaka korzyść z tej przerwy? Jak nasze ciało ma się zregenerować?

Jak wspomniałem, nie oznacza to zaprzestania robienia czegoś z ciałem. Co to to nie.
Przy zachowaniu umiaru jest wiele możliwości.

„Cycling, swimming, and weight training are great choices, but even just walking, hiking, playing with your dog, surfing or skiing will do nicely. The key to active recovery is both mental and physical: mental in that it’s free from the stress of training and doesn’t feel like an “obligatory” workout; physical in that active recovery is low-impact activity, but enough that you break a light sweat and feel physically stimulated.„
(runningcompetitor.com M. Fraioli)

Autor opisuje tutaj aktywną regenerację. Dla mnie to jest po prostu okazjonalna aktywność podczas przerwy biegowej. Mam swoją potrzebę ruchu i ją zaspokajam. Jeśli przez kilka dni ograniczę się do spacerów, to w weekend idę na komfortowy spacer po górach. Albo na rower pozwiedzać okolicę.

Podczas roztrenowania i na początku przygotowań można skupić się na treningu ogólnym
i sile. Braki w tym niestety zdarzają się wśród biegaczy. A same nogi nie biegają. Warto o to zadbać, szczególnie jeśli myślimy o biegach górskich czy długich dystansach.
Maciej w komentarzu pod poprzednim postem poleca wodę:

„Ze swojego doświadczenia – w okresie roztrenowania polecałbym wodę/basen/solanki – jak nie biegam / nie jeżdżę na rowerze i odpoczywam od sportu – mi osobiście woda bardzo pomaga, odpręża a jednocześnie utrzymuje ciało w lekkim ruchu; nie wiem czy na wszystkich tak to działa ale warto spróbować.”

Podczas swojego roztrenowania kolega Arek też się skupił na basenie, bo bardzo to lubi.

Co ja robię podczas gdy nie biegam?
Potrzebuję ruchu. Potrafię się powstrzymać i nie biegać więcej niż powinienem.
Jeśli odpoczywam od biegania – bo wiem, że to korzystne – to odpoczywam. Jednak swoją potrzebę ruchu mam, i staram się ją zaspokajać.

Spaceruję. Jest i ruch, jest i świeże powietrze, często górskie.
W tamtym roku kilka dni przeznaczyłem na rowerowe wyprawy w okoliczne góry.
Rower daje nam możliwość szybszego przemieszczania się i stymulacji innych mięśni niż podczas biegania. Poza tym można pozwiedzać okolicę w komfortowym tempie.

Wisienka na torcie. Hmm, albo przeciwnie – tort. Tort to góry 🙂
Mieszkam 30 minut spacerem od gór – Beskid Śląski, a nieco dalej Żywiecki.
Lubię spacery, lubię ruch. Dodajmy do tego widoki, przyrodę, puste jesienią szlaki.
Zatem chodzę po górach. Nie są to duże wyprawy. 20-30 km z 1000-1500 m przewyższenia zrobię przy komfortowym wysiłku. Czasem to jest krótsza wyprawa, bo co to za problem podjechać kilka minut autem na 2-3 h spacer na trasie Jaworze-Błatnia-Wapienica-Jaworze. Zamiast spaceru po mieście.

Dużym plusem takich górskich wędrówek jest dla mnie reset psychiczny. I inspirująco-rozwojowe rozmowy z przyjaciółką oraz własne przemyślenia. Cisza i spokój sprzyjają.

A wędrowanie, spacery, rower to przecież okazja do poznania nowego. Jak bardzo znacie swoje okolice? Bliższe i dalsze? Bo nie trzeba się wybierać daleko. Znam to na swoim przykładzie, gdy rowerem wybrałem się w pochmurny mglisty dzień w góry a tam pełne słońce, czyli poznawczy odpoczynek

Bez skrajności

Ważne, abyśmy nie popadli też w przesadę, czyli w nadmierną regenerację.

„Pojęcie to oznacza jeszcze wyższy stopień biegowego uzależnienia: nie tylko od treningu,
ale i prób przyspieszenia na siłę odbudowy organizmu. Ludzie ogarnięci obsesją regeneracji łykają leki przeciwzapalne, zakładają uciskowe skarpety, masują się czym się da, moczą ciało w lodowatej wodzie, chodzą na wszelkie możliwe zabiegi, od sauny po lasery i leżą pod kroplówkami. Czyli w pędzie do regeneracji są równie destrukcyjni jak w pędzie do trenowania.

Jest to podejście szkodliwe, bo zabija naturalne zdolności mięśni do odbudowy. Aby zaszedł normalny proces przebudowy włókna mięśniowego, musi zaistnieć stan zapalny i ciało musi sobie z nim poradzić. Wyręczanie go prowadzi do coraz słabszej odpowiedzi organizmu na trening. Nie mówię więc o czymś takim. Mam na myśli staropolski sposób odpoczynku, czyli leżenie bykiem. A nawet nie tyle leżenie i czekanie, co odpuszczenie biegania i normalne życie.” (M.Nagórek)

Normalne życie

Poza tym skorzystajmy z wolnego czasu. Czy to jakieś wczasy, wyjazd weekendowy.
Zajmijmy się czymś nowym – ja wolny czas przeznaczam na dopieszczenie bloga. I na nowy projekt. Dla  moich znajomych to czas na naukę do różnych egzaminów, nowe projekty zawodowe.

Skorzystajmy także z dostępnego czasu i pamiętajmy o bliskich. Podczas przygotowań biegowych bywa tak, że mamy mniej czasu. Bywa i tak, że chodzimy w stresie ważnego biegu, żyjemy jak na ostrzu noża – a oni muszą wytrzymać z nami 😉 Da radę tak nie robić, ale jesteśmy ludźmi. Teraz, niejako możemy to „nadrobić” i spędzić z bliskimi ten wolny czas.

Odpoczywajmy 🙂 i pamiętajmy tylko o celu odpoczynku.
A potem możemy znów pełni energii zabierać się za bieganie…

przypisy:
1. http://running.competitor.com/2014/04/recovery/recover-to-run-faster_70568/4
2. http://biegam-plywam-roweruje.blogspot.com/2015/11/jesienne-roztrenowanie-ad-2015.html
3. http://nagor.pl/blog/549/Moc+odpoczynku

 

Send to Kindle