Przerwa ma swoje prawa

Tak, ma swoje prawa.

Powody przerwy w bieganiu mogą być różne.
Kontuzja, wypalenie, celowe roztrenowanie itp.
Powód przerwy nie jest specjalnie ważny. Zajmiemy się powrotem do biegania po takim okresie niebiegania.
Wpierw, przytoczę swoje doświadczenia w temacie przerw.

Przerwę od biegania robię sobie dwa razy w roku. Od dwóch do czterech tygodni.
Szczególnie pamiętam dwie letnie przerwy: po cztery tygodnie pauzy, w 2012 i 2013 roku;
na przełomie lipca i sierpnia. Zaplanowane były dwa tygodnie. Z powodów poważnych zranień kostki (1. raz) i kolana (2. raz) musiałem przedłużyć przerwę, aby rany
się zagoiły. Bieganie nie sprzyjałoby procesom gojenia, wręcz przeciwnie.

W obu przypadkach powrót do biegania nastąpił w sierpniu. Po obu niebiegowych okresach
miałem w planach maratony. W 2012 r. w połowie września maraton we Wrocławiu oraz rok później w Warszawie. Ten drugi był szczególnie ważny, bo prowadziłem zawodników jako pacemaker.

Co musiałem zrobić w obu przypadkach? Przede wszystkim dobrze wrócić do formy, co było kluczowe przy zobowiązaniu bycia pacemakerem. Nie mogłem złapać kontuzji, nie mogłem się przeciążyć. A mając kilka tygodni do biegu łatwo było się może nie przestraszyć, a wyłączyć rozsądek.
Nie ze mną takie numery…

W obu przypadkach sukcesywnie wracałem do biegania. Wydłużałem stopniowo czas trwania treningów. Biegałem i pilnowałem odpoczynku. I spokojnie, poniżej 4 h (zgodnie z moim postanowieniem biegania maratonów w mniej niż 4 h) przebiegłem oba maratony.
I potem dalej biegałem, do końca sezonu, bez przerw i jakichkolwiek problemów zdrowotnych czy mentalnych.

Szczególnie dumny jestem z powrotu po przerwie przed Maratonem Warszawskim.
Miotały mi się w głowie myśli, żeby zrezygnować z prowadzenia. Bo miałem ok. pięciu tygodni powrót do formy, pozwalającej na przebiegnięcie maratonu w czasie 3.54.00-3.54.59,
w odpowiednim tempie i sposób. Dobrze to zaplanowałem i zadanie wykonałem, o czym możecie poczytać w gościnnych relacjach.

W kwietniu tego roku zrobiłem sobie przerwę. Około półtora miesiąca nie biegałem,
z wyjątkiem dwóch – trzech biegów. Gdy wróciłem do biegania przeszacowałem swoje siły. Dodając do tego inne czynniki, takie jak pogoda, dwa pierwsze treningi to były marszobiegi.
Po prostu za długi dystans&czas trwania treningu wybrałem. Tempo było w miarę dopasowane.

Przerwa ma swoje prawa. Przesadzicie z intensywnością tj. wrócicie za szybko i za mocno po powrocie – ryzykujecie nawrót kontuzji, złe przygotowanie do kluczowych biegów, przeciążanie, zły nastrój, brak motywacji itd.
Warto?

Dlatego rozważnie wracajcie do biegania po przerwie. Obserwujcie swój organizm, miejcie na uwadze, że organizm musi wrócić do wysiłku biegowego. Jak wracać? To kwestia indywidualna, obserwujcie swój organizm i biegajcie z głową. I tak samo wracajcie z głową. Przerwa ma swoje prawa. Dajcie sobie czas na ponowną adaptację, a nie próbujcie przyśpieszać, aby odzyskać “zmarnowany” czas.

Podsumowując:

dopasujcie swoje treningi do czasu trwania i powodu przerwy,
nie zakładajcie, że po długiej przerwie będziecie w super kondycji,
sukcesywnie zwiększajcie czas i intensywność treningów.

Przerwa ma swoje prawa.

Send to Kindle

Twój maraton, Twoja decyzja.

Chcesz pobiec maraton – a na ile to jest Twoja decyzja?
Innymi słowy – na ile jest to Twoja autonomiczna decyzja, cel, marzenie?

Wielu z nas biegaczy chce pobiec maraton. Tak to często bywa, że wciągając się
w bieganie w końcu przychodzi myśl o przebiegnięciu maratonu. Z różnych powodów.
Moimi były chęć sprawdzenia co to jest ten maraton i sprawdzenia siebie na tym dystansie.

Sporo czytam o bieganiu w Internecie i rozmawiam ze znajomymi. I w tym szumie informacyjnym widać wiele tekstów o maratonie. I wiele zachęt do przebiegnięcia maratonu. Ba, trafiłem na tekst, że ktoś kto maratonu nie przebiegnie ten nie jest biegaczem.
Bardzo wątpliwa teza 😀
Wielu moich biegających znajomych jeszcze czeka na swój maraton albo nie chcą go pobiec – nie są biegaczami wg. autora tej tezy.

To Wasza decyzja, wyzwanie, marzenie – przebiec maraton. Trzymam kciuki za treningi
i życzę powodzenia na biegu. Bo przebiec maraton to wspaniała rzecz. I o tyle wspaniała,
o ile szczególnie sam o to zadbamy – odpowiednio się przygotowując. Dlatego w świetle tych namów i komentarzy pamiętajcie o tym, że maraton to wyzwanie i warto dobrze się przygotować i samemu podjąć decyzję. Odseparować namowy i komentarze typu “kiedy maraton?” “zrób szybko maraton”. Niech to będzie własna Wasza decyzja.

Podkreślę: to przyjemność realizować swoje pasje i cele. Sam biegam, choć akurat maratony rzadko. Bo dla mnie maraton to m.in. wyzwanie. Warto odpowiednio się do niego przygotować, a jednym z elementów jest odpowiedzenie sobie na pytanie – na ile ta chęć przebiegnięcia maratonu jest moja własna?

Zadajcie sobie pytanie na ile chęć przebiegnięcia maratonu jest Waszą decyzją?
Nie poddaną wpływowi przekazów medialnych, namowom i komentarzom innych ludzi.

Każdy biega swoje, każdy ocenia po swojemu, zatem pamiętajcie o zasadzie “use your jugdement”.

Jeżeli macie jakiekolwiek pytania lub po prostu chcecie podyskutować, to zapraszam do komentarzy

Send to Kindle

Górski debiut na piąte urodziny

Biegam 5 lat. I debiutów miałem już sporo. A to pierwszy bieg, a to pierwsze zawody… Niedawno miałem kolejny debiut.
Po raz pierwszy w życiu wziąłem udział w biegu górskim. Od kilku miesięcy mieszkam w Bielsku-Białej i spacerowo oraz biegowo poznaję Beskidy. Szczególnie spacerowo, bo biegowo powoli i stopniowo. Bieganie po górach, nawet po mojej solidnej zaprawie w Trójmiejskim Parku Krajobrazowym, wymaga odpowiedniego przygotowania i podejścia.

Stoję na starcie biegu “o breńskie kierpce” w miejscowości Brenna. Słońce świeci, temperatura na wyświetlaczu 27 stopni Celsjusza. Pierwsze ok. 2 km prowadzą w większości w odsłoniętym terenie. Organizatorzy zapewnili 3 punkty z wodą na trasie. Dopytałem o to przed biegiem i w bardzo miłej rozmowie telefonicznej uzyskałem informację także o ich lokalizacjach. Warto dobrze się przygotować do biegu, aby nie być zaskoczonym. Tę zasadę stosuję przed każdymi zawodami. W myśl tej zasady kilka dni przed biegiem z przyjaciółką wybrałem się na rekonesans trasy. To już trzeci taki przypadek w tym roku. Wszystkie dotyczyły biegów górskich. Po prostu połączyliśmy poznanie trasy nowych, trudniejszych, bo górskich biegów, z turystyczną wędrówką. Kilka przyjemności w jednym 🙂 Dzięki temu trasę biegu znałem dobrze, i czułem się przygotowany.

Głównym zadaniem podczas zawodów było dobrze rozłożyć siły. To było kluczowe. Trasa biegu górskiego prowadziła najpierw płasko po asfalcie, później ostro w górę terenem leśnym, dalej umiarkowanie po płaskim ze zbiegami i lekkimi podbiegami, a na koniec ostro w dół i ostatni płaski kilometr do mety. Musiałem wziąć pod uwagę także warunki pogodowe. Jestem zaadaptowany do biegania w upale, zatem byłem spokojny o swoje samopoczucie podczas biegu. Musiałem jednak połączyć wszystko w całość. Wziąłem pod uwagę trasę – dystans 15 km, trudność – upał, zatem i odwadnianie się oraz swoje oczekiwania, jako debiutanta.

Zatem stoję i cieszę się na bieg. I jednocześnie czuję lekką niepewność. Ot, myśli startującego, zwłaszcza debiutanta. Czas jaki przewidziałem dla siebie to ok. 1,5 h. Bieg się rozpoczął. Z racji pierwszego razu i świadomości, że szybko nie biegnę, ustawiłem się w końcowym odcinku grupy startującej. Przestrzegam zasady stawania w odpowiedniej strefie startowej&miejscu i tym samym nieprzeszkadzaniu szybszym ode mnie w sprawnym wystartowaniu. Pierwsze dwa kilometry to mój zachowawczy bieg. Odsłonięty teren. Gdy skręciliśmy do lasu na stromy podbieg uśmiechnąłem się i zacząłem truchtać wyprzedzając zawodników. Po kilkudziesięciu metrach, gdy zrobiło się bardziej stromo przeszedłem do marszu, co było znacznie bardziej efektywne i ekonomiczne.
Swoją lekcję zbyt wyczerpującego biegu pod górę odrobiłem na pierwszym górskim półmaratonie we wspomnianym Trójmiejskim Parku Krajobrazowym. Tam, w drugiej połowie trasy było kilka stromych podbiegów. Na pierwsze wbiegałem. Pamiętam, że przed jednym wyjątkowo stromym ktoś krzyknął, że to ostatni. Mając tą informację spiąłem się i wbiegłem. Oj, pożałowałem tego. Informacja była błędna, zaraz po zbiegu był podobny podbieg 🙂 Tam już wmaszerowałem. I w dalszej, końcowej części trasy przechodziłem czasem do marszu. Głowa odmówiła wtedy posłuszeństwa, podobnie jak i reszta ciała. Dlatego tak ważna jest znajomość trasy, szczególnie przy ważnych biegach.

W Brennej maszerowałem pod górę, od czasu do czasu, widząc lekkie wypłaszczenie trasy – podbiegając. Gdy wszedłem&podbiegłem na najwyższy punkt trasy – szczyt Kotarz – przede mną pojawił się pierwszy zbieg. Do tej pory moje treningi zbiegów były na poziomie początkującego. Zbiegałem szeroką ubitą drogą (dla zainteresowanych z Szyndzielni i Koziej Górki) albo truchtem albo przeplatałem to z szybszym tempem. Tutaj miałem przed sobą trudniejsze podłoże: ok. 200 metrów kamienistej drogi, potem leśnej, ziemnej drogi-szlaku. Zacząłem zbiegać w pełnym skupieniu, starając się dobrać jak najlepszy tor biegu i miejsce, gdzie postawić stopy. I było dobrze. Ba! Spodobało mi się to zbieganie. Było umiarkowanie stromo, zatem biegłem w dół szybko i pewnie. Entuzjazm z pokonania pierwszej stromej połowy trasy oraz możliwości wyszalenia się przekułem na szybki bieg. Na płaskim utrzymywałem prędkość.

Im dalej, tym zaczynałem czuć trudy biegu. Co jakiś czas ściągałem czapeczkę i wycierałem nią twarz. Wcześniej na punktach po wypiciu kilku łyków wody, resztę wody wylewałem na czapeczkę. W drugiej połowie trasy na podbiegach przechodziłem do szybkiego marszu. Nie było ich wiele, raptem 2-3, jednak pozwoliły mi na chwile wytchnienia. Pewnie na treningu spokojnie bym je przebiegł, tutaj musiałem pamiętać, że meta jeszcze daleko a sił ubywa. W pełnym skupieniu „rozmawiałem” z nogami i ciałem. To moja bieżąca analiza na ile procent sił biegnę. Wygląda to tak: “Ok, nogi biegniecie na 80%, mogę dojść do 90%”, “Jest 82%, dacie radę jeszcze 10 minut?”. Po ostatnim, momentami bardzo stromym zbiegu, wybiegliśmy na płaski ostatni odcinek. Czułem już zmęczenie i pragnąłem jak najszybciej ujrzeć metę. Ostatnie kilkaset metrów to trudny fizycznie dobieg do mety. Zrezygnowałem z mocniejszego sprintu i średnio tylko przyśpieszając wpadłem na metę.

I jaki wpadłem na metę? Oblany potem i bardzo zmęczony – co widać na zdjęciu. Dawno tak się nie zmęczyłem! Włożyłem w ten bieg sporo wysiłku! Na mecie, w ciągu kilkunastu minut wypiłem dwie butelki wody, i zacząłem jeść, żeby szybko uzupełnić kalorie… Czas na mecie to 1 h 27 minut 04 sekundy netto. Przyjemnie było zobaczyć swoje nazwisko na 1 kartce z wynikami 🙂

Przed swoim górskim debiutem sporo czasu przeznaczyłem na wybór butów biegowych do biegania w górach. Do tej pory biegałem w swojej jedynej parze, która byłaby nieodpowiednia na czekające mnie biegi górskie. Tutaj ponownie dziękuję doradzającym mi znajomym biegaczom z GoldenLine. Dyskusja o butach doprowadziła do tego, że pisaliśmy sobie o szerokości stopy 😀 Ot, biegający mężczyźni i wybór odpowiednich butów 🙂

Powoli wdrażam się w górskie bieganie i coraz bardziej wymagające treningi. Jest to rozłożone w czasie, bo wdrażam się powoli, bieganie to nie tylko bieganie, życie to nie tylko bieganie, a przecież jest jeszcze odpoczynek, życie towarzyskie, o pracy nie wspomnę. Jednocześnie, co jest dla mnie szczególnym priorytetem, podoba mi się to bieganie w górach i to bardzo 🙂
I tak mi się spodobało, że w planach na ten rok mam jeszcze 3 biegi górskie i minimum kilka własnych treningów.

Send to Kindle

Szczęście debiutanta – post gościnny

Szczęście debiutanta,

mam w roboczych post o “szczęściu debiutanta”. Tak zwykłem określać i sam fakt debiutu
i fakt odczuwania jak największej satysfakcji i radości z debiutu.
Debiut może dotyczyć kilku przypadków m.in. pierwsze bieganie, pierwsze zawody, pierwszy półmaraton czy maraton. I nie da się tego powtórzyć.
A satysfakcja to po prostu zadowolenie z siebie i radość. Warto dobrze wspominać debiut,
bo to ważny moment. Ja do tej pory pamiętam swoją radość na mecie pierwszego maratonu: sprint do mety (mam super zdjęcie z niego), brak większego zmęczenia oraz taniec po.

Czytelniczka bloga postanowiła, za moją namową, podzielić się z Wami relacją ze swojego debiutu. Słuchając relacji stwierdziłem, że doskonale odzwierciedla to co zwykłem określać “szczęściem debiutanta”. Oto, za zgodą, relacja szczęśliwej debiutantki – miłej lektury.

Szczęście debiutanta, debiut szczęściarza, a może sto procent szczęścia 🙂

Każdy z tych tytułów idealnie pasuje do mojej relacji z pierwszego w życiu maratonu.
To był bieg idealny. Taki, w którym zrealizowałam wszystkie swoje założenia.
Po pierwsze przebiegłam maraton – przebiegłam od startu do mety każdy z 42 195 metrów.
Po drugie zrobiłam to w wyznaczonym sobie czasie – 4,5 godziny (czas netto na mecie: 4:30:10) i po trzecie – po maratonie kocham bieganie tak samo jak przed i nie mam z tego biegu żadnych złych wspomnień.

Mam na imię Joanna, biegam od dwóch i pół roku i właśnie przebiegłam swój pierwszy maraton. Myśl o nim wykiełkowała w mojej głowie w okolicy sierpnia ub. roku.
Chciałam się sprawdzić, postawić sobie w życiu nowy cel i go zrealizować, ale przede wszystkim chciałam poczuć tę bezgraniczną radość i dumę jaką czułam zdobywając Mont Blanc czy Elbrus, a które później gdzieś zgubiłam. Początkowo myślałam o debiucie
w Budapeszcie w październiku, ale argumenty moich łódzkich przyjaciół sprawiły, że tuż przed Sylwestrem korzystając z przewidzianej w regulaminie najniższej opłaty startowej wpłaciłam 80 złotych i cierpliwie czekałam na nadanie numeru startowego. I go dostałam – 1146.
Trzy miesiące przygotowań minęły zdecydowanie zbyt szybko. Im bliżej startu tym częściej uświadamiałam sobie czego nie zrobiłam. Bo przecież mogłam zrobić więcej długich wybiegań, więcej podbiegów, więcej i więcej… Znacie to uczucie z czasów studenckich,
kiedy szliście na egzamin doskonale wiedząc, które rozdziały ominęliście i czego się nie nauczyliście? Z taką myślą jechałam w piątkowy wieczór do Łodzi. Jedyne co w takiej sytuacji można zrobić to … nie myśleć.

Na łódzkim dworcu czekał na mnie Michał, ubrany w koszulkę biegową łódzkiego maratonu. Zdążył już odebrać numer startowy i zwyczajnie nie mógł się oprzeć, by zamanifestować swoją radość ze zbliżającego się maratonu. Dla niego to też miał być debiut – debiut
w maratonie miejskim. Sobota minęła nam na jedzeniu (pyszne śniadanie, suflet czekoladowy
i ogromna porcja makaronu), odbieraniu pakietu startowego i poznawaniu trasy.
Michał, który trasę znał na pamięć był moim przewodnikiem po Łodzi.
Dzięki tej samochodowej wycieczce doskonale wiedziałam, że pierwszy podbieg
czeka mnie na piątym kilometrze, a w Łagiewnikach tych podbiegów będzie nawet kilka.
Z radością odnotowałam jednak także długie zbiegi. Najtrudniejszy odcinek to 23 km.
z długim, choć nie zbyt stromym podbiegiem. Później jeszcze jedna górka, a właściwie jej połowa i druga część trasy już płaska, a nawet lekko w dół. Dzień później ta wiedza okazała się bezcenna! Po wieczornych rytuałach biegacza, czyli przygotowaniu stroju biegowego, numeru startowego i niezbędnych drobiazgów poszliśmy spać. Denerwować zaczęłam się dopiero rano. Na szczęście! Bo dzięki temu spałam prawie 7 godzin.

Moja taktyka na ten bieg to spokojnie przebiec półmaraton – dystans, który biegałam wielokrotnie i z którym bez problemu powinnam sobie poradzić. Później kolejne pięć kilometrów – 26 to tyle ile przebiegłam na treningu. Kolejny etap to dobiec do okrągłej trzydziestki. Zostają jeszcze dwa odcinki po 5 kilometrów (łatwo mogę je sobie porównać
z odcinkami, które biegam na treningach). A później tylko „wisienka na torcie” i meta.
W głowie mam przygotowanych kilka trików i haseł na maraton. Po pierwsze – nie myślę,
że to maraton, bo samo słowo może przerażać. Zamiast tego powtarzam sobie, że to moje święto. Po kilku miesiącach ciężkiej pracy czas na świętowanie. NIE myślę ile to kilometrów,
a po każdym przebiegniętym NIE liczę ile jeszcze do końca. I rada, którą dostałam na czas ewentualnego kryzysu – noga za nogą, noga za nogą…

Najważniejszy i najpiękniejszy dla mnie bieg rozpoczął się dokładnie o godzinie 9:00.
Rozległ się sygnał do startu i ruszyłam wraz z grupą prowadzoną przez pacemakerkę na 4:30. Wiedziałam jaka jest jej taktyka – stałe tempo na każdym kilometrze, wolniej pod górkę
i odrobinę szybciej z górki. Pogoda idealna (słońce, chmury, 10 stopni, lekki wiatr).
Endomondo co prawda oszukiwało mnie na początku trasy i skracało kilometry,
ale doświadczona biegaczka prowadziła naszą grupę konsekwentnie. Biegniemy i przy okazji zwiedzamy Łódź – Manufaktura, ulica Piotrkowska, Teatr Powszechny… wreszcie wybiegamy za miasto. Dobry humor nie opuszcza grupy, pokrzykujemy, pozdrawiamy kibiców, machamy do kierowców, pozujemy operatorowi ogólnopolskiej telewizji (mam nadzieję, że wykorzystał te zdjęcia!). Energii mamy mnóstwo, za nami pierwsza dziesiątka. Kolejną wspominam jako wyjątkową. Tempo, które nie pozwala mi się zmęczyć, pozwala w pełni cieszyć się biegiem
i towarzystwem. Rozmawiamy i żartujemy. Na czternastym kilometrze mam taką radość na twarzy, że mam nadzieję, że uwiecznił to któryś z fotografów. Kolejne górki nie są męczące,
za każdą przecież jest z górki, a pacemakerka pilnuje bym nie zaczęła biec zbyt szybko.
Ileż to razy słyszałam: Asia zwolnij! Po drodze kilka zorganizowanych grup kibiców –
a to uczniowie łódzkich szkół, a to zespół pieśni i tańca, a to członkowie klubu jeździeckiego.
I tak mija półmaraton. Z tą tylko różnicą, że nie ma znanej mi z tego dystansu mety, a ja wciąż czuję, że mam zapas sił. Przygotowana psychicznie na najtrudniejszy i najdłuższy na trasie podbieg pokonuję 23. km. Na szczycie – punkt z wodą. Nie da się ukryć – zaplanowany w idealnym miejscu. Zaczynam też podjadać rodzynki, które ze sobą zabrałam, bo banany i żel będą dopiero na kolejnych punktach. Wracamy do centrum miasta. Zaczynam odczuwać,
że to już druga połowa – nogi robią się ciężkie, bananowy uśmiech ustępuje miejsca skupieniu, wypatruję kolejnych znaków i wolontariuszy z izotonikiem, bananami i wodą. Zmieniają się towarzysze biegu przy moim boku, ale z każdym udaje się zamienić kilka zdań.
Mijają kilometry… noga za nogą… Wsłuchuję się w siebie, w to co podpowiada mi moje ciało, głowa… czy nic nie boli, czy nie chce mi się pić, czy nie jest zbyt zmęczona.
Z radością odnotowuję, że nic co mogłoby pokrzyżować moje plany się nie dzieje.
W pewnej chwili do moich uszu dociera moje własne imię. Przez muzykę przebija się okrzyk – biegnij Asia, biegnij! To ktoś zupełnie mi obcy wypatrzył na numerze startowym moje imię
i postanowił dodać mi otuchy. Bardzo za to dziękuję. Im bliżej mety tym wprost proporcjonalnie rośnie liczba takich właśnie kibiców. Jakby wiedzieli, że zawołanie po imieniu może wyzwolić dodatkowe siły. Wreszcie czas zmierzyć się z czwartą dziesiątką, czyli zgodnie z moją taktyką z dwiema piątkami. Z zadowoleniem obserwuję, że na pierwszej tempo wciąż mam stałe, a mój własny mózg nie próbuje skusić mnie maszerowaniem. Jestem zmęczona,
ale wciąż mogę biec, im bliżej czterdziestego kilometra tym wolniej, ale wciąż biegnę.
I wygląda na to, że w tym tempie, choć już ponad 200 metrów za pacemakerką, zmieszczę się w wyznaczonym sobie czasie. Coraz częściej mijam maszerujących biegaczy. Tuż przed tabliczką z 41. km doganiam jakiegoś biegacza i … zachęcam do biegu ze mną. Chyba potrzebowałam towarzystwa na ten ostatni odcinek. Jak się okazało biegnę też z debiutantem. Po drodze podrywamy jeszcze jednego biegacza i wspólnie pokonujemy kilkaset metrów. Już wiem, gdzie jestem!! Duże skrzyżowanie przy Atlas Arenie, skręt w lewo i do mety.

Okrzyki kibiców, że to już końcówka, sprawiają, że przyspieszam. Zbiegam w kierunku bramy. I nagle robi się ciemno, a drogę do mety wskazuje szpaler utworzony przez światła lamp. Czuję się jak zwycięzca! Na ostatnich metrach dociera do mnie jeszcze wołanie moich przyjaciół i nie mam już żadnych złudzeń, że zrealizowałam swoje marzenie. Na szyi medal,
a mnie łzy szczęścia płyną z oczu! To właśnie szczęście debiutanta i szczęśliwa debiutantka.
A potem już zdjęcia, uściski, radość i świętowanie.

Tego biegu nie byłoby, gdyby nie kilka osób. Autorzy bestsellerów na końcu swoich książek zamieszczają zwykle długą listę podziękowań. Moja też jest długa, ale oszczędzę Wam czytania. Tego biegu nie byłoby bez przyjaciół, bliższych i dalszych znajomych – bez ich wsparcia, motywacji, życzeń (np. kurczak śpiewający „jestem zwycięzcą” na melodię „We are the champions”) i pomocy organizacyjno-logistycznej. Tego biegu nie byłoby bez pacemakerki na 4:30 – Izabelli Moskal, która motywowała do biegu, a kiedy trzeba skutecznie studziła moje zapędy przyspieszenia na zbiegach. Last but not least – tego maratonu nie byłoby bez autora tego bloga. A może by był, tylko w poniedziałek rano wyrzuciłabym buty biegowe 😉

A Wy jak pamiętacie swój pierwszy raz, i w maratonie i inne biegowe?

Send to Kindle

9 Półmaraton Warszawski relacje – post gościnny

Tak jak w przy okazji 35 Maratonu Warszawskiego
poprosiłem tym razem trzech biegaczy z grupy o napisanie ich wrażeń z biegu.
Grupy, bo tak jak poprzednio przy prowadzeniu grupy na wspomnianym maratonie, stworzyłem grupę merytoryczno-motywacyjną na Facebooku

Zapraszam do przeczytania wrażeń Kolegów z ich biegów:

Damian Truszkowski

“Niedzielny poranek zapowiadał naprawdę dobry dzień. Słońce mocno świeciło, było dość chłodno, ale do startu pozostało jeszcze trochę czasu, więc była duża szansa, że będzie cieplej. Ten bieg miał być rekordowy ze względu na ilość uczestników, czy będzie również rekordowy dla mnie? Dzień wcześniej odebrałem pakiet startowy na 9. Półmaraton Warszawski. W tym roku biuro zawodów zostało zorganizowane na Stadionie Narodowym, gdzie dodatkowo można było zobaczyć co przygotowali wystawcy przedbiegowego EXPO.
Na stoisku ERGO  przemiła Pani drukowała opaski z międzyczasami. Wystarczyło podać czas
i voilà – opaska na rękę gotowa. Więc i ja wydrukowałem sobie taką opaskę z planowanym czasem na mecie 1:37:00. Zastanawiałem się czy to nie jest zbyt optymistyczna wersja…
czy stać mnie na takie bieganie… W końcu uznałem, że dopóki nie spróbuję to się nie dowiem!
Ten wyjątkowy niedzielny poranek, zaczął się dla mnie od standardowego posiłku jaki jadam przed każdym startem, czyli owsianki z rodzynkami i orzechami. Wszystkie rzeczy potrzebne mi do startu, wyselekcjonowane dzień wcześniej leżały i czekały. Wyszliśmy z Julką o 8.30, złapaliśmy SKM i chwilę po 9 byliśmy już na błoniach Stadionu Narodowego. Zaczynałem być w swoim świecie, skupiony na czekającym zadaniu, rozpocząłem rozgrzewkę tak by 9.40 ustawić się w swoim sektorze i czekać na wystrzał. Coraz lepsza pogoda sprawiała, że przybywało zarówno zawodników, jak i kibiców. Będąc w tym tłumie, widząc tych wszystkich ludzi przygotowujących się do biegu, czułem adrenalinę w powietrzu.
Aż chce się biegać w takich warunkach!! Po rozgrzewce podreptaliśmy na miejsce, gdzie umówieni byliśmy na zdjęcie, ale oczywiście doszliśmy tam za późno i już nikogo nie było 😉 Ustawiłem się w strefie na 1h 40, z planem ewentualnie zgubienia grupy, jak starczy mi sił. Podszedłem jeszcze do Michała, który był zającem na tenże czas, aby podpytać o jego plan na bieg.

Punktualnie o dziesiątej nastąpił wystrzał. Czekałem jednak aż przyjdzie moja kolej na przekroczenie linii startu. Ruszyłem 2,5 min po pierwszym zawodniku. Pierwsze dwa kilometry biegłem spokojnie, także dlatego, że było bardzo ciasno. Część biegaczy zaczęła zachowawczo i trzeba trochę między nimi lawirować, aby ich minąć. Po trzecim kilometrze byłem już dobrze rozgrzany, biegło się lekko i przyjemnie. Plan na pierwsze 10 km to pilnować się Michała, by zachować siły na drugą połówkę i na Agrykolę. Po ok. 5 km, kilkaset metrów przed budynkiem sądu straciłem z oczu Michała. Nie wiedziałem gdzie zniknął dopóki nie odwróciłem się i nie zobaczyłem go za sobą. Biegło mi się tego dnia tak dobrze, że nawet nie zauważyłem jak go wyprzedziłem. Spojrzałem na zegarek – tempo 4:35 min/km. Super, biegnie się komfortowo, więc trzymam takie tempo i pędzę dalej. Za chwilę punkt odżywczy, potem skręcamy w ul. Stawki i teraz zbiegamy w dół na Wisłostradę. Nie przyśpieszam, puszczam nogi lekko, tempo minimalnie wzrasta. Tuż przed skrętem w Wisłostradę zaczyna mnie łapać kolka.

Pierwsza myśl: już po zawodach. Za chwilę następna: skoro ma być ze mną jakiś czas musimy się zaprzyjaźnić, nie mogę teraz zwolnić, ani odpuścić. Na szczęście ból minął po kilkuset metrach. Kilometry wzdłuż Wisły mijały dość szybko i przyjemnie. Po wybiegnięciu z tunelu po obu stronach ulicy masa kibiców, za chwilę punkt odżywczy. Tutaj zjadłem swój żel, popiłem wodą i pobiegłem dalej. Po 13 kilometrach skręciliśmy w jakąś małą uliczkę, czułem się dobrze, więc postanowiłem trochę przyspieszyć. Po chwili dotarliśmy do Łazienek.
Bardzo zielono, wiosennie, wzdłuż trasy stało dużo kibiców, super atmosfera. Minąłem 15 km, nieuchronnie zbliżał się punkt, na który każdy uczulał. To miał być prawdziwy test tego
w jakiej formie są uczestnicy biegu. Podbieg na Agrykoli nie jest bardzo stromy, ani długi,
ale czasem może pokrzyżować szyki. Skróciłem krok, pracowałem mocno rękami, zwolniłem
o jakieś 20 sekund i podbiegałem. O dziwo na górze czułem, że ciągle mam siły, więc zacząłem wracać do poprzedniego tempa. Po minięciu 17 km zacząłem jeszcze bardziej przyspieszać. Doping kibiców i adrenalina sprawiła, że przestałem już się zastanawiać nad czymkolwiek,
po prostu biegłem. Tempo – 4:20 min/km. Już tak niedaleko… Już byłem szczęśliwy,
bo wiedziałem, że dowiozę wynik 1:37:00 do mety. Na moście minąłem oznaczenie 19 km
i zwiększyłem tempo o kolejne 10 sekund. Mijałem kolejnych zmęczonych zawodników, którzy przeszacowali tego dnia swoje siły. Zbieg ślimakiem na dół i tutaj znowu bardzo dużo kibiców dodających sił na ostatnich metrach. Jeszcze kilka zakrętów i meta. Już nie miałem siły,
ani ochoty patrzeć na czas, ani na tempo, chciałem tylko przekroczyć metę. I w końcu udało się! Czas 1:36:08 zaskoczył nawet mnie. Jak później sprawdziłem ostatni kilometr pokonałem w 3:59 min. Odebrałem medal, spotkałem się z Julką i padłem na leżak rozkoszując się słońcem, sukcesem, zmęczeniem.”

Jan Biegający:

“Relacja z 9 Półmaratonu Warszawskiego.
„Bieganie to ciągłe lekcje pokory. Bezcenne. (…)”
Beata Sadowska – „I Jak tu nie biegać”

Cel.
Historia mojego półmaratonu zaczyna się niespełna rok temu, kiedy wstałem
z kanapy, z nudną do bólu motywacją zrzucenia paru zbędnych kilogramów.
Oczywiście po pierwszych zawodach (“Bieg na piątkę” w ramach Maratonu Warszawskiego) okazało się, że jestem na dobrej drodze do uzależnienia od endorfin i jako pierwszy poważny cel biegowy obrałem właśnie 9 Półmaraton Warszawski. Powody? Bo blisko do Warszawy, bo jeszcze dużo czasu, bo jako nowicjusz nie wiem w co dokładnie się pakuję. Zapisałem się pierwszego dnia, żeby mi nie przyszło do głowy zrezygnować z jakiejś błahej przyczyny, albo odpuszczać treningi z powodu deszczu. Po kilku miesiącach realizowania planu treningowego i pocenia się na siłowni przyszedł czas na sprawdzian. Dwa tygodnie przed “połówką” wystartowałem na dystansie 15 km w Biegu Zaślubin w Kołobrzegu. Jak na świeżaka bez historii sportowej poszło mi nieźle – wynik netto 1:12:13, o prawie trzy minuty lepiej niż się spodziewałem. Biegło mi się z prawdziwą przyjemnością, na mecie miałem całkiem duży zapas sił, a do Warszawy wracałem z uczuciem niedosytu. Niestety w tydzień po zawodach złapałem paskudną infekcję, która wyraźnie mnie osłabiła i skutecznie “kompensowała” moją radość z dobrej formy. Na dwa dni przed startem, mój udział był ciągle pod znakiem zapytania, nawracający suchy kaszel nie wróżył nic dobrego. W sobotę udałem się po pakiet startowy na Stadion Narodowy. Widok dużej liczby biegaczy w jednym miejscu, szybko pomógł mi w podjęciu decyzji, że nieodwołalnie w niedzielę stanę na starcie.

Przed startem.
Od początku było widać, że jest to kolejna świetnie zorganizowana przez Fundację Maratonu Warszawskiego impreza. Pomimo tłumów biegaczy, praktycznie nie było kolejek
w depozytach, niespecjalnie długo czekało się na dostanie do toalety, przygotowania przedstartowe trwały kilka minut. Dzięki temu miałem jeszcze czas na dyskusję z napotkaną koleżanką, która oceniając “na oko”, już prawie nic nie waży i na dodatek biegnie na czas 1:35. Niepokoił mnie trochę u niej przesadnie dobry humor, ale po rozejrzeniu się dookoła, okazało się, że to w tym miejscu norma. Wymieniamy kilka miłych zdań i udajemy się w kierunku odpowiedniego sektora. Rozgrzewam się i wypatruję w tłumie mojego forumowego pacemakera Piotra, który prowadzi na 1:45. Odgrażam się, że ma mnie dociągnąć co najmniej do Agrykoli. Zwracam uwagę na piękną pogodę, ale jest chyba zbyt gorąco jak na koniec marca. Nie zdążyłem przyzwyczaić się do takiego ciepła – jeszcze niedawno robiłem wybiegania w temperaturze poniżej zera, a tu przed godziną 10 jest już kilkanaście stopni.
Na szczęście te przemyślenia przyszły mi do głowy już po biegu.

Od Poniatowskiego do Łazienek.
Wystartowaliśmy. Rzeka biegaczy, widok piękny ale jest zbyt tłoczno, nie ma szans żeby przyśpieszyć. Kilka razy zerkam na zegarek z niepokojem – na moście średnie tempo wynosi 5:40, na rondzie de Gaulle’a zaś 5:00 – to dużo wolniej niż zakładaliśmy.
Skręcamy w Marszałkowską i dalej jest ciasno. Piotr radzi sobie asertywnie z innymi biegaczami, którzy zastępują mu drogę i wyrywa do przodu. Nie wiem, może to autorytet pacemakera tak działa, mi niestety nie idzie tak dobrze muszę walczyć o każdy metr. Kiedy analizowałem ten odcinek, okazało się, że średnie tempo 3-5 kilometra wynosiło 4:30 min/km, najszybszy odcinek przebiegłem w tempie 4:20 – przez cały ten czas próbując dogonić “baloniki 1:45”. Gdy tylko pojawiała się luka umożliwiająca wyprzedzanie, podkręcałem obroty. Oczywiście nic głupszego nie mogłem zrobić, takie szarpane tempo na zawodach nie mogło się dobrze skończyć. Zbyt mocno usztywniłem się na dotrzymywanie kroku pacemakerowi. Po dobiegnięciu do pierwszego “wodopoju” czuję, że chyba robi się gorąco, bo wyraźnie mam ochotę się napić. Daje mi to do myślenia – coś tu nie gra – po 5 km takie pragnienie? Wypijam kubek wody. Przypominam sobie z długich wybiegań, że dla mnie bieganie zaczyna się od połowy dystansu. Zapominam natychmiast o chwilowym kryzysie. Rzeczywiście jest bardzo fajnie, odrobiliśmy straty, biegniemy równym tempem, ciągle widzę tych samych biegaczy wokół Piotra. Czuję się bezpiecznie. Przypominam sobie, że jest coś takiego jak flow i jestem pewien że właśnie wtedy to czuję. Na trasie nie brakuje atrakcji: prawie na każdym kroku są kibice, ktoś gra, ktoś krzyczy – jakaś kibicująca kobieta jest już zachrypnięta, ale nie poddaje się i mocno nas dopinguje, a przecież to wszystko dla nas – biegaczy. W tunelu na Wisłostradzie najpierw słyszę spontaniczne wrzaski zawodników (rewelacja, żałuję że oszczędzałem siły), a po chwili mijamy śpiewający chór. Odnoszę wrażenie, że to wszystko jest trochę surrealistyczne, ale oczywiście bardzo mi się to wrażenie podoba. W takim nastroju dobiegamy do Łazienek.

Brama w Łazienkach z barankiem.
Robi się tłoczno, chyba jeszcze bardziej niż po starcie. Biegacze wlewają się do łazienek bramą, która wydaje mi się teraz strasznie wąska. Tutaj też rozegra się moja przygoda. Potykam się o wąski pas bruku w bramie i przewracam w nietypowy sposób – zamiast po prostu upaść, robię coś w rodzaju fikołka (nie byłbym w stanie dzisiaj tego powtórzyć).
Słyszę komentarz “ojojojoj” i w tym samym momencie czuję jak ktoś mnie podnosi
i pcha do przodu. Całe zdarzenie trwa może kilka sekund. Myślę, że to są właśnie takie momenty, kiedy odzyskuje się wiarę w ludzi. Biegnąc oceniam straty i myślę uśmiechając się w duchu, że jestem w dobrym towarzystwie, że biegacze to bardzo pozytywna społeczność.
Okazuje się że, mam tylko trochę pozdzierane ręce, strata czasu jest również niewielka. Mijam piętnasty kilometr i myślę, że teraz to będzie już z górki tzn. będzie pod górkę, ale akurat podbiegi solidnie trenowałem cały rok, więc żadna marna górka ze mną nie wygra. Rzeczywiście skracam nieco krok i spokojnie wbiegam w tempie około 5:10. Niestety balonika z napisem 1:45 już nie widzę, zgubiliśmy się w Łazienkach (szkoda). Mijam Plac na Rozdrożu
i wbiegam w Aleje Ujazdowskie, jest znacznie więcej miejsca, wydaje mi się, że biegnę prawie sam. Podczepiam się pod mniej więcej dwudziestoletnią biegaczkę, która wygląda tak świeżo, jakby dopiero przed chwilą zaczęła bieg. Dzięki niej udaje mi się wrócić do zakładanego tempa.

Pić!
W Łazienkach był przyjemny cień, teraz zaczynam dostrzegać jak jest mi gorąco. Zaczynam przeklinać organizatorów, że nie umieścili „wodopoju” za Agrykolą. Po kilkuset metrach przychodzą mi do głowy głupie pomysły np. żeby wyrwać jakiemuś przedszkolakowi butelkę
z soczkiem i dać nogę w stronę mety. Na szczęście dobiegam do punktu odżywczego i od razu chwytam dwa kubki: jeden wypijam, drugi przeznaczam na “odkażenie” pozdzieranych rąk. Oczywiście okazuje się, że w kubku jest izotonik, więc się cały kleję, ale niespecjalnie mi to przeszkadza. Mój nowy “zając” wyrywa ostro do przodu – dla mnie jest za szybko, ja biegnę
w tempie około 5 min/km.

Ostanie kilometry – umysł, głupcze!
Spokojnie dobiegam do narodowego, co prawda zostaje niespełna kilometr, ale zaczynają się dziać niefajne rzeczy. Widzę coraz więcej “plażowiczów”, którymi opiekują się ludzie z ekipy medycznej. To zadziwiające, że nigdy nie pokazuje się tego na w fotorelacjach z takich imprez. Jeden leżący mężczyzna wygląda bardzo źle, jest bladosiny – przyglądam mu się przez chwilę – nie wygląda na przytomnego. Przychodzą mi do głowy, głupie myśli że jeżeli przesadzę z ostatnim kilometrem, to mogę do nich dołączyć. Mój wzrok pada na na słynny banner
“700m. Boli? Musi boleć” – nie wiem co o tym myśleć, bo coś tam boli, ale nie mogę zlokalizować co dokładnie. Chyba bardziej jestem zblokowany psychicznie. Z zamyślenia wyrywa mnie kibicująca starsza kobieta, która mówi do mnie “ja pana błagam, już niedaleko” – śmieję się w duchu, że spotkałem skutecznego psychologa sportu. Dzięki takiemu wsparciu wyraźnie przyśpieszam i odzyskuję siły na tyle, że doganiam biegacza z drużyny STO-nogi Milanówek. Nasza rozmowa sprowadza się do wymiany zdań, że jest “cholernie ciężko, oj cholernie ciężko”. Mijamy cheerleaderki, a wyprzedzający nas biegacz w koszulce w kolorach reggae krzyczy – “dawaj, dawaj, już niedaleko” i jest to ostatnia rzecz, którą pamiętam przed finiszem.

Meta (01:46:43)
O dziwo czuję się świetnie, nie padam na trawę tylko truchtam przez dobre kilka minut schładzając organizm. Radość jest wyraźnie większa niż przed startem. Co jeszcze czuję?
Na pewno wielką radość, że podołałem, że byłem w stanie solidnie trenować i wystartować mimo choroby, że jest to mój osobisty rekord, że spotkałem wspaniałych biegaczy, którzy mnie nie zadeptali w Łazienkach, tylko pomogli wstać. Czułem się częścią wyjątkowej dla mnie pod każdym względem imprezy. Dziękuję wszystkim, którzy stworzyli ten bieg – biegaczom, organizatorom i kibicom – widzimy się za rok w tym samym miejscu.”

Marek Reszka

Można powiedzieć, że wszystko zaczęło się od „O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu” Murakamiego. Wtedy to poczułem, że w bieganiu jest coś głębszego.
Mam na imię Marek, lat 27 i jestem po swym pierwszym półmaratonie. Bardzo ważnym biegu, który wiele mnie nauczył. Ale o tym później. Rano w sobotę dowiedziałem się, że jadę sam. Kolega skręcił kostkę dnia poprzedniego na lekkim rozruchu. Co za pech! Jako, że jestem z Lublina, musiałem wsiąść do wcześniej zarezerwowanego busa i dojechać na miejsce, odebrać pakiet i pójść wcześnie spać. Po dojechaniu do centrum i posileniu się w Złotych Tarasach udałem się na stadion celem odebrania pakietów. A tam? Wielkie poruszenie! Rolkarze skaczący pod niebo i robiący jakże skomplikowane figury! Setki osób z białymi workami. Expo z najnowszymi biegowymi produktami. Wszyscy uśmiechnięci i poruszeni.
I właśnie wtedy dotarło do mnie, że jutro będę biegł. Pierwszą połówkę. Czy stresowałem się? Chyba nie. Bo przecież czym się stresować? Przygotowany byłem, treningów nie odpuszczałem. Z uśmiechem, śpiewając w myślach „Bieg bieg, rwie serce do galopu” (tak w myślach, bo przecie głos marny) i dzierżąc swój pakiet, udałem się na miejsce noclegowe.
A tam, wraz ze znajomymi rozmowy o biegu, o dojeździe na start, kolacja i spanie.

To nic że przestawiłem zegarek o godzinę do przodu. Zadzwonił godzinę przed właściwym czasem… (sick!) Bałem się wcześniej, że w dzień startu od samego rana będę się stresował. Ale nie tego dnia. Rozpierała mnie mega pozytywna energia. Po zjedzeniu pożywnej owsianki z bananem i spakowaniu się, ruszyłem stronę stadionu. A tam tłumy. Tysiące biegaczy nerwowo oczekujących na start, przebierających się. Każdy truchta, rozciąga się, podskakuje. Czuć było w powietrzu nerwowe oczekiwanie na start. Każdy już chciał dać upust nagromadzonej energii. To widać w oczach biegacza. A ja nadal zastanawiam się gdzie się ustawić, za którym zającem. Czy 1:45:00 czy 1:40:00? Niby niewielka różnica.
Ale na długim dystansie każde sekundy się liczą przecież. Decyzja podjęta. Ustawiam się za balonikami na 1:45:00 – co było planem minimum. Myślę sobie, że dam radę przyspieszyć.
Tylko kiedy, w którym momencie?! Strzał! To już, ta chwila. Powoli idący tłum, bo przecież na starcie stanęło 11,5 tysiąca biegaczy, podążał ku linii startu. Kilka minut później przy właściwym tempie biegu mija mnie Piotr Stanek. Jeden z zajęcy na godzinę i czterdzieści pięć minut. Niewiele myśląc postanawiam trzymać się u jego boku. Bo przecież udzielał mnie, nie tylko zresztą mnie, cennych rad na internetowej grupie założonej na Facebooku. I tak u boku Piotra mijały mi kilometry. Dużo gadaliśmy. Naprawdę dużo. Ale dzięki tym rozmowom człowiek nie myślał aż tak bardzo o małym kryzysie, który dopadł mnie przed tunelem na Wisłostradzie. Ten zagrzewający krzyk setek gardeł! I wtedy przyszła myśl: Jest dobrze!
Nogi świeże, brak zadyszki. Przecież się dobrze przygotowałem. Jest moc!

Po lekkim podbiegu, przed Łazienkami Królewskimi wciągam żel. Przyda się dodatkowa energia na Agrykolę. Aż człowiek miał chęć urwać się Piotrkowi 😉 Z lekkimi obawami postanowiłem zobaczyć jak będę się czuł po podbiegu i ewentualnie wtedy mu ucieknę.
I wtedy jeden z biegaczy powiedział: „Zobaczymy kto teraz okaże się chłopcem a kto mężczyzną!”. Po wybiegnięciu z Łazienek i skręcie na ten podbieg byłem nim zaskoczony.
Na „obrazkach” wydawał się bardziej stromy. Przyzwyczajony do lubelskich górek, mijaliśmy
z naszą grupką kolejne osoby. Po tym podbiegu moje nogi były nadal świeże. Przecież robiłem podbiegi, ciągnąłem oponę. Robiłem biegi tempowe, interwały. Przed samą połówką zdążyłem zrobić siedem długich niedzielnych wybiegań po ponad 30km. I wtedy coś we mnie zawrzało. W mojej głowie pojawił się głos: „Mogłeś pobiec szybciej”. Na Alejach Ujazdowskich urywam się Piotrkowi. Przyspieszam o około 30 sekund na kilometr i tak lecę już do samej mety. Ostatnie kilometry mijają mi z bananem na twarzy. Przybijam piątki, karmię się energią kibiców, których zresztą nie brakowało na całej trasie. Jest i meta. Upragniony medal na szyi. W lekkim oszołomieniu padam w ramiona znajomym i gratulujemy sobie ukończenia biegu.
Po podejściu przed stadion odwracam się i dopiero teraz widzę ogrom tych wszystkich osób. Nigdy nie widziałem takiej ilości osób w jednym miejscu. W lekkiej euforii pobiegowej zaczynam tańczyć i żartować. Pamiątkowe fotki i pierwsze przemyślenia. Powrót do szatni, zupa i odpoczynek.

Powrót do Lublina busem i rozmyślanie. Lekko zły na siebie kalkuluję. Bo przecież 1:43:12 plasuje mnie na około 2500 pozycji w ogólnej klasyfikacji wśród wszystkich 11500 osób.
To bardzo dobry wynik w debiucie. I od razu życiówka 😉 Jaki jest morał mej historii?
Wierzyć w swoje możliwości. Owoc tego biegu? Jeszcze większa motywacja do dalszych treningów. Kończąc moją relację z biegu chciałbym podziękować Piotrkowi za zającowanie i dobrą robotę, którą wykonał. Bartkowi M. za cenne rady treningowe. Michałowi, Kubie i Vitalijowi za wspólne bieganie. Wszystkim znajomym za krzepiące sms’y i wsparcie, które odczuwałem. A w szczególności wielkie dzięki dla KK za wiarę we mnie. Keep passion alive!”

Dziękuję Wam za podzielenie się wrażeniami z biegu.

Marcin, kolejny biegacz z grupy, na swoim blogu napisał relację z tego biegu.

Send to Kindle