Los sprzyja przygotowanym, czyli…

…niepotrzebny stres niepotrzebny jest.

Przygotowuję się pod pierwszy w tym roku swój maraton. Traktuję go poważnie,
z odpowiednią dawką pokory. Maraton sam w sobie jest poważnym dystansem, szczególnie biegniętym mocno. A ten maraton ma jeszcze 900 metrów w górę i 600 metrów w dół przewyższenia. Sporo. Trasa co najmniej średnia na życiówki, nie to co płaskie trasy warszawskie czy krakowska. Chcę jednak tam pobiec dość mocno, sprawdzić się i dobrze się bawić.

Bieg mocny, na miarę swych możliwości przez ponad 42 km to olbrzymi wysiłek. I także stres.
Im dłuższy dystans, tym ważniejszą rolę odgrywa głowa. Bieg na 5-10 km wymaga mniej radzenia sobie z psychiką, demotywującymi tekstami naszej głowy, czy narastającym bólem
i wysiłkiem. Co nie znaczy, że głowa wtedy nie pracuje.  Pracuje 🙂 ale o wiele krócej.

Wystarczy zrobić prosty test. Jeśli powiemy znajomym biegaczom, że niedługo w okolicy jest fajny półmaraton, to wielu z nich zacznie myśleć o starcie, włączy go w swe treningi.
A jeśli powiemy, że to jest maraton, to chętnych będzie zdecydowanie mniej. Maraton wymaga większego skupienia i przygotowania. To co ujdzie nam płazem na krótszym dystansie, np. brak wystarczającej ilości snu to na maratonie jest duże ryzyko poniesienia konsekwencji.

Dlatego ważne są spokojna głowa i jak najmniej stresu przed maratonem. Bo stres i tak będzie.

Im lepiej jesteśmy przygotowani, tym lepiej czujemy się i możemy odpowiednio reagować. Nikt nie lubi być niemiło zaskakiwany, szczególnie w dniu biegu.
Możemy głowę zająć odpowiednim nastrojeniem się przed maratonem. Na biegu, gdzie nasza psyche gra kluczowe partie biegu. Zwłaszcza blisko finału, a jednocześnie nie tak blisko, jakby się chciało 😉
Jednak może zagrać fałszywie, zwłaszcza gdy niepotrzebnie ją obciążymy dodatkowym wysiłkiem i stresem. I to chodzi, aby niepotrzebnie nie dodawać sobie tego niepotrzebnego stresu. Jak coś robimy, róbmy to porządnie 🙂

Spójrzcie na moje przygotowania do tego maratonu:

1) Logistyka

Wyjazd od kilku tygodni jest zaplanowany: wyjazd w pt. wieczorem (po pracy), wolna sobota, bieg w ndz. i powrót wieczorem. Poniedziałek wolny na dojście do siebie. Pokój zarezerwowany. Mam czas na odpoczynek, odebranie pakietu w sobotę.

Lista rzeczy do spakowania niedługo zostanie przelana na papier. Z ważniejszych rzeczy załatwiam sobie żele. Na co dzień&trening nie korzystam z nich, tutaj jednak będą nieodzowne. Zgodnie z zasadą nietestowania niczego w tak ważnym biegu, zakupię sprawdzone żele. Ważną rzeczą będzie zabranie min. dwóch wersji stroju, szczególnie koszulek. Jako, że to mój bieg i chcę się dobrze na nim czuć to wybiorę swoje ulubione koszulki. Detal, jednak subiektywnie ważny.

1a) Wspomniałem o nietestowaniu niczego w dniu biegu. Dotyczy to zwłaszcza stroju, bieg przez 42 km z otarciami albo pęcherzami do przyjemnych nie należy.

Asia, której relację z maratonu w Paryżu możecie przeczytać post wcześniej chciała pobiec w fajnym specjalnie wybranym na tę okazję stroju. Dokonała kilku zakupów, ba wrzuciła propozycje ubrań na Facebooka ;) I te, które ostatecznie wybrała następnie przetestowała na treningach. Nie czekała na zawody. Może nic by się nie podziało, jednak lepiej zminimalizować ryzyko problemów.

2) Trasa, ach te górki i dołki

Tim Noakes twierdzi, że ostatnie 10 km maratonu powinniśmy bardzo dokładnie znać.
Dotyczy to przebiegu trasy i szczegółów geograficznych. Gdy zaczynamy bardziej używać głowy, coraz bardziej czujemy zmęczenie i musimy poradzić sobie z tym, a nie wiemy co nas czeka jeszcze przed metą to ryzykujemy jeszcze większy wysiłek. I gorszy bieg.

Znajomość trasy dotyczy szczególnie podbiegów. Pamiętam, jak w swoim pierwszym półmaratonie górskim w Gdańsk popełniłem błąd braku znajomości trasy.

Po ponad połowie trasy, po zmierzeniu się z 2 albo 3 solidnymi podbiegami byłem już mocno zmęczony. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że lepiej podchodzić niż podbiegać – błąd debiutanta… A tu nagle pojawia się następna stroma górka. Zastanawiam się jak wbiegnę na nią. Ale ktoś obok mówi, że to ostatnia. Zatem jak ostatnia, to wysilę się, myślę i ostatkiem sił wbiegam na nią. Niedoczekanie… zaraz za nią, po lekkim zbiegu była następna. Gorsza.
Tam już ledwo wszedłem dysząc jak stara lokomotywa i czując ból w udach. Owszem, błąd był podwójny. Pierwszy, z braku doświadczenia i przemyślenia, czyli wbieganie zamiast podchodzenia a drugi to brak znajomości trasy.

W przypadku mojej trasy maratonu wiem już, że:
– występują długie proste odcinki, z lekkimi odchyleniami, w terenie otwartym.
Wniosek = w razie upału, będzie trudniej.
– największy podbieg, ten na Przełęcz Małastowską jest w lesie. Tyle dobrego 🙂

Dostępna na stronie mapa jest ubogim w detale obrazkiem. Niestety nie jest linkiem do np. google maps. Jednak dzięki grudniowej wyprawie w Beskid Niski i przejrzeniu map, na ten moment wiem wystarczająco dużo. Dodatkowo dzień przed startem objadę ostatnie km trasy autem. Nie przejdę 😉

3) To był maj…

Jedno z rzeczy, którą nie należy się przejmować jest pogoda. Bo nie mamy na nią wpływu.
Należy wziąć pod uwagę różne jej warianty i przygotować się.

Późnomajowy termin może okazać się gorącym terminem. Choć metaforycznie i tak będzie po części 🙂 Wyzwaniem w Polsce, w naszej strefie klimatycznej jest przygotowanie się na wiosenną upalną pogodę. Rzadko taka bywa, jednak bywa i im bliżej lata tym częściej.

Swój bieg w upalnych warunkach opieram na jednym solidnym szybkim treningu w 20 stopniach C w bluzie – oj lało się ze mnie, lało – oraz na swoim przystosowaniu do upału, które moim zdaniem jest na wysokim, jak na amatora, poziomie. Oczywiście będę korzystał z wody na punktach zorganizowanych przez organizatora.

4) Ta ostatnia nocka

Odpoczywam. Abstrahując od rutynowego pojęcia odpoczynek=trening, przed maratonem trzeba szczególnie się oszczędzać. Na ostatnie dwa tygodnie załączam tryb unikania zbędnego wysiłku. Dodatkowo to jest faza taperingu, czyli zmniejszania ilości i intensywności treningów. Oszczędzamy siły, aby w dniu biegu popuścić cugle 🙂
Unikam zatem forsowania się i sporo śpię. Sen to najlepszy sposób regeneracji. Przed maratonem kluczowy jest ostatni tydzień, zwłaszcza przedostatnia noc. Dlaczego?
Bo, jeżeli stres ostatniej nocy da nam popalić, to mamy w zapasie tą wcześniejszą noc/e. Rzadko jedna słabo przespana noc wpłynie na naszą dyspozycję w dniu startu. Jedna noc, bo poprzednie mają być dobrze zaliczone = przespane 🙂

Słabo przespana noc trafiła mi się w debiucie maratońskim. Coś tam spałem, coś tam czuwałem, coś tam stresowałem się… Poprzednie noce jednak wysypiałem się i nie odczułem konsekwencji tej ostatniej nocy.

Tak właśnie przygotowuję się. A start już 24 maja.

Dodatkowy niepotrzebny stres … niepotrzebny jest. Stres i tak będzie. Będziemy różnie reagować, analizować po raz n-ty przygotowania, oceniać swoją formę, myśleć co mogliśmy zrobić a nie zrobiliśmy, kombinować itd. itp. To jak się tym zająć, a powinniśmy się zająć, aby głowa była jak najmniej obciążona, to temat na osobny wpis. Tu chcę Wam przekazać, iż lepiej nie dokładać sobie dodatkowego ciężaru=stresu, kosztującego czas, energię gdy po prostu możemy dobrze się przygotować.
A los sprzyja przygotowanym.

Send to Kindle

Przerwa ma swoje prawa

Tak, ma swoje prawa.

Powody przerwy w bieganiu mogą być różne.
Kontuzja, wypalenie, celowe roztrenowanie itp.
Powód przerwy nie jest specjalnie ważny. Zajmiemy się powrotem do biegania po takim okresie niebiegania.
Wpierw, przytoczę swoje doświadczenia w temacie przerw.

Przerwę od biegania robię sobie dwa razy w roku. Od dwóch do czterech tygodni.
Szczególnie pamiętam dwie letnie przerwy: po cztery tygodnie pauzy, w 2012 i 2013 roku;
na przełomie lipca i sierpnia. Zaplanowane były dwa tygodnie. Z powodów poważnych zranień kostki (1. raz) i kolana (2. raz) musiałem przedłużyć przerwę, aby rany
się zagoiły. Bieganie nie sprzyjałoby procesom gojenia, wręcz przeciwnie.

W obu przypadkach powrót do biegania nastąpił w sierpniu. Po obu niebiegowych okresach
miałem w planach maratony. W 2012 r. w połowie września maraton we Wrocławiu oraz rok później w Warszawie. Ten drugi był szczególnie ważny, bo prowadziłem zawodników jako pacemaker.

Co musiałem zrobić w obu przypadkach? Przede wszystkim dobrze wrócić do formy, co było kluczowe przy zobowiązaniu bycia pacemakerem. Nie mogłem złapać kontuzji, nie mogłem się przeciążyć. A mając kilka tygodni do biegu łatwo było się może nie przestraszyć, a wyłączyć rozsądek.
Nie ze mną takie numery…

W obu przypadkach sukcesywnie wracałem do biegania. Wydłużałem stopniowo czas trwania treningów. Biegałem i pilnowałem odpoczynku. I spokojnie, poniżej 4 h (zgodnie z moim postanowieniem biegania maratonów w mniej niż 4 h) przebiegłem oba maratony.
I potem dalej biegałem, do końca sezonu, bez przerw i jakichkolwiek problemów zdrowotnych czy mentalnych.

Szczególnie dumny jestem z powrotu po przerwie przed Maratonem Warszawskim.
Miotały mi się w głowie myśli, żeby zrezygnować z prowadzenia. Bo miałem ok. pięciu tygodni powrót do formy, pozwalającej na przebiegnięcie maratonu w czasie 3.54.00-3.54.59,
w odpowiednim tempie i sposób. Dobrze to zaplanowałem i zadanie wykonałem, o czym możecie poczytać w gościnnych relacjach.

W kwietniu tego roku zrobiłem sobie przerwę. Około półtora miesiąca nie biegałem,
z wyjątkiem dwóch – trzech biegów. Gdy wróciłem do biegania przeszacowałem swoje siły. Dodając do tego inne czynniki, takie jak pogoda, dwa pierwsze treningi to były marszobiegi.
Po prostu za długi dystans&czas trwania treningu wybrałem. Tempo było w miarę dopasowane.

Przerwa ma swoje prawa. Przesadzicie z intensywnością tj. wrócicie za szybko i za mocno po powrocie – ryzykujecie nawrót kontuzji, złe przygotowanie do kluczowych biegów, przeciążanie, zły nastrój, brak motywacji itd.
Warto?

Dlatego rozważnie wracajcie do biegania po przerwie. Obserwujcie swój organizm, miejcie na uwadze, że organizm musi wrócić do wysiłku biegowego. Jak wracać? To kwestia indywidualna, obserwujcie swój organizm i biegajcie z głową. I tak samo wracajcie z głową. Przerwa ma swoje prawa. Dajcie sobie czas na ponowną adaptację, a nie próbujcie przyśpieszać, aby odzyskać “zmarnowany” czas.

Podsumowując:

dopasujcie swoje treningi do czasu trwania i powodu przerwy,
nie zakładajcie, że po długiej przerwie będziecie w super kondycji,
sukcesywnie zwiększajcie czas i intensywność treningów.

Przerwa ma swoje prawa.

Send to Kindle

Twój maraton, Twoja decyzja.

Chcesz pobiec maraton – a na ile to jest Twoja decyzja?
Innymi słowy – na ile jest to Twoja autonomiczna decyzja, cel, marzenie?

Wielu z nas biegaczy chce pobiec maraton. Tak to często bywa, że wciągając się
w bieganie w końcu przychodzi myśl o przebiegnięciu maratonu. Z różnych powodów.
Moimi były chęć sprawdzenia co to jest ten maraton i sprawdzenia siebie na tym dystansie.

Sporo czytam o bieganiu w Internecie i rozmawiam ze znajomymi. I w tym szumie informacyjnym widać wiele tekstów o maratonie. I wiele zachęt do przebiegnięcia maratonu. Ba, trafiłem na tekst, że ktoś kto maratonu nie przebiegnie ten nie jest biegaczem.
Bardzo wątpliwa teza 😀
Wielu moich biegających znajomych jeszcze czeka na swój maraton albo nie chcą go pobiec – nie są biegaczami wg. autora tej tezy.

To Wasza decyzja, wyzwanie, marzenie – przebiec maraton. Trzymam kciuki za treningi
i życzę powodzenia na biegu. Bo przebiec maraton to wspaniała rzecz. I o tyle wspaniała,
o ile szczególnie sam o to zadbamy – odpowiednio się przygotowując. Dlatego w świetle tych namów i komentarzy pamiętajcie o tym, że maraton to wyzwanie i warto dobrze się przygotować i samemu podjąć decyzję. Odseparować namowy i komentarze typu “kiedy maraton?” “zrób szybko maraton”. Niech to będzie własna Wasza decyzja.

Podkreślę: to przyjemność realizować swoje pasje i cele. Sam biegam, choć akurat maratony rzadko. Bo dla mnie maraton to m.in. wyzwanie. Warto odpowiednio się do niego przygotować, a jednym z elementów jest odpowiedzenie sobie na pytanie – na ile ta chęć przebiegnięcia maratonu jest moja własna?

Zadajcie sobie pytanie na ile chęć przebiegnięcia maratonu jest Waszą decyzją?
Nie poddaną wpływowi przekazów medialnych, namowom i komentarzom innych ludzi.

Każdy biega swoje, każdy ocenia po swojemu, zatem pamiętajcie o zasadzie “use your jugdement”.

Jeżeli macie jakiekolwiek pytania lub po prostu chcecie podyskutować, to zapraszam do komentarzy

Send to Kindle

Górski debiut na piąte urodziny

Biegam 5 lat. I debiutów miałem już sporo. A to pierwszy bieg, a to pierwsze zawody… Niedawno miałem kolejny debiut.
Po raz pierwszy w życiu wziąłem udział w biegu górskim. Od kilku miesięcy mieszkam w Bielsku-Białej i spacerowo oraz biegowo poznaję Beskidy. Szczególnie spacerowo, bo biegowo powoli i stopniowo. Bieganie po górach, nawet po mojej solidnej zaprawie w Trójmiejskim Parku Krajobrazowym, wymaga odpowiedniego przygotowania i podejścia.

Stoję na starcie biegu “o breńskie kierpce” w miejscowości Brenna. Słońce świeci, temperatura na wyświetlaczu 27 stopni Celsjusza. Pierwsze ok. 2 km prowadzą w większości w odsłoniętym terenie. Organizatorzy zapewnili 3 punkty z wodą na trasie. Dopytałem o to przed biegiem i w bardzo miłej rozmowie telefonicznej uzyskałem informację także o ich lokalizacjach. Warto dobrze się przygotować do biegu, aby nie być zaskoczonym. Tę zasadę stosuję przed każdymi zawodami. W myśl tej zasady kilka dni przed biegiem z przyjaciółką wybrałem się na rekonesans trasy. To już trzeci taki przypadek w tym roku. Wszystkie dotyczyły biegów górskich. Po prostu połączyliśmy poznanie trasy nowych, trudniejszych, bo górskich biegów, z turystyczną wędrówką. Kilka przyjemności w jednym 🙂 Dzięki temu trasę biegu znałem dobrze, i czułem się przygotowany.

Głównym zadaniem podczas zawodów było dobrze rozłożyć siły. To było kluczowe. Trasa biegu górskiego prowadziła najpierw płasko po asfalcie, później ostro w górę terenem leśnym, dalej umiarkowanie po płaskim ze zbiegami i lekkimi podbiegami, a na koniec ostro w dół i ostatni płaski kilometr do mety. Musiałem wziąć pod uwagę także warunki pogodowe. Jestem zaadaptowany do biegania w upale, zatem byłem spokojny o swoje samopoczucie podczas biegu. Musiałem jednak połączyć wszystko w całość. Wziąłem pod uwagę trasę – dystans 15 km, trudność – upał, zatem i odwadnianie się oraz swoje oczekiwania, jako debiutanta.

Zatem stoję i cieszę się na bieg. I jednocześnie czuję lekką niepewność. Ot, myśli startującego, zwłaszcza debiutanta. Czas jaki przewidziałem dla siebie to ok. 1,5 h. Bieg się rozpoczął. Z racji pierwszego razu i świadomości, że szybko nie biegnę, ustawiłem się w końcowym odcinku grupy startującej. Przestrzegam zasady stawania w odpowiedniej strefie startowej&miejscu i tym samym nieprzeszkadzaniu szybszym ode mnie w sprawnym wystartowaniu. Pierwsze dwa kilometry to mój zachowawczy bieg. Odsłonięty teren. Gdy skręciliśmy do lasu na stromy podbieg uśmiechnąłem się i zacząłem truchtać wyprzedzając zawodników. Po kilkudziesięciu metrach, gdy zrobiło się bardziej stromo przeszedłem do marszu, co było znacznie bardziej efektywne i ekonomiczne.
Swoją lekcję zbyt wyczerpującego biegu pod górę odrobiłem na pierwszym górskim półmaratonie we wspomnianym Trójmiejskim Parku Krajobrazowym. Tam, w drugiej połowie trasy było kilka stromych podbiegów. Na pierwsze wbiegałem. Pamiętam, że przed jednym wyjątkowo stromym ktoś krzyknął, że to ostatni. Mając tą informację spiąłem się i wbiegłem. Oj, pożałowałem tego. Informacja była błędna, zaraz po zbiegu był podobny podbieg 🙂 Tam już wmaszerowałem. I w dalszej, końcowej części trasy przechodziłem czasem do marszu. Głowa odmówiła wtedy posłuszeństwa, podobnie jak i reszta ciała. Dlatego tak ważna jest znajomość trasy, szczególnie przy ważnych biegach.

W Brennej maszerowałem pod górę, od czasu do czasu, widząc lekkie wypłaszczenie trasy – podbiegając. Gdy wszedłem&podbiegłem na najwyższy punkt trasy – szczyt Kotarz – przede mną pojawił się pierwszy zbieg. Do tej pory moje treningi zbiegów były na poziomie początkującego. Zbiegałem szeroką ubitą drogą (dla zainteresowanych z Szyndzielni i Koziej Górki) albo truchtem albo przeplatałem to z szybszym tempem. Tutaj miałem przed sobą trudniejsze podłoże: ok. 200 metrów kamienistej drogi, potem leśnej, ziemnej drogi-szlaku. Zacząłem zbiegać w pełnym skupieniu, starając się dobrać jak najlepszy tor biegu i miejsce, gdzie postawić stopy. I było dobrze. Ba! Spodobało mi się to zbieganie. Było umiarkowanie stromo, zatem biegłem w dół szybko i pewnie. Entuzjazm z pokonania pierwszej stromej połowy trasy oraz możliwości wyszalenia się przekułem na szybki bieg. Na płaskim utrzymywałem prędkość.

Im dalej, tym zaczynałem czuć trudy biegu. Co jakiś czas ściągałem czapeczkę i wycierałem nią twarz. Wcześniej na punktach po wypiciu kilku łyków wody, resztę wody wylewałem na czapeczkę. W drugiej połowie trasy na podbiegach przechodziłem do szybkiego marszu. Nie było ich wiele, raptem 2-3, jednak pozwoliły mi na chwile wytchnienia. Pewnie na treningu spokojnie bym je przebiegł, tutaj musiałem pamiętać, że meta jeszcze daleko a sił ubywa. W pełnym skupieniu „rozmawiałem” z nogami i ciałem. To moja bieżąca analiza na ile procent sił biegnę. Wygląda to tak: “Ok, nogi biegniecie na 80%, mogę dojść do 90%”, “Jest 82%, dacie radę jeszcze 10 minut?”. Po ostatnim, momentami bardzo stromym zbiegu, wybiegliśmy na płaski ostatni odcinek. Czułem już zmęczenie i pragnąłem jak najszybciej ujrzeć metę. Ostatnie kilkaset metrów to trudny fizycznie dobieg do mety. Zrezygnowałem z mocniejszego sprintu i średnio tylko przyśpieszając wpadłem na metę.

I jaki wpadłem na metę? Oblany potem i bardzo zmęczony – co widać na zdjęciu. Dawno tak się nie zmęczyłem! Włożyłem w ten bieg sporo wysiłku! Na mecie, w ciągu kilkunastu minut wypiłem dwie butelki wody, i zacząłem jeść, żeby szybko uzupełnić kalorie… Czas na mecie to 1 h 27 minut 04 sekundy netto. Przyjemnie było zobaczyć swoje nazwisko na 1 kartce z wynikami 🙂

Przed swoim górskim debiutem sporo czasu przeznaczyłem na wybór butów biegowych do biegania w górach. Do tej pory biegałem w swojej jedynej parze, która byłaby nieodpowiednia na czekające mnie biegi górskie. Tutaj ponownie dziękuję doradzającym mi znajomym biegaczom z GoldenLine. Dyskusja o butach doprowadziła do tego, że pisaliśmy sobie o szerokości stopy 😀 Ot, biegający mężczyźni i wybór odpowiednich butów 🙂

Powoli wdrażam się w górskie bieganie i coraz bardziej wymagające treningi. Jest to rozłożone w czasie, bo wdrażam się powoli, bieganie to nie tylko bieganie, życie to nie tylko bieganie, a przecież jest jeszcze odpoczynek, życie towarzyskie, o pracy nie wspomnę. Jednocześnie, co jest dla mnie szczególnym priorytetem, podoba mi się to bieganie w górach i to bardzo 🙂
I tak mi się spodobało, że w planach na ten rok mam jeszcze 3 biegi górskie i minimum kilka własnych treningów.

Send to Kindle

Szczęście debiutanta – post gościnny

Szczęście debiutanta,

mam w roboczych post o “szczęściu debiutanta”. Tak zwykłem określać i sam fakt debiutu
i fakt odczuwania jak największej satysfakcji i radości z debiutu.
Debiut może dotyczyć kilku przypadków m.in. pierwsze bieganie, pierwsze zawody, pierwszy półmaraton czy maraton. I nie da się tego powtórzyć.
A satysfakcja to po prostu zadowolenie z siebie i radość. Warto dobrze wspominać debiut,
bo to ważny moment. Ja do tej pory pamiętam swoją radość na mecie pierwszego maratonu: sprint do mety (mam super zdjęcie z niego), brak większego zmęczenia oraz taniec po.

Czytelniczka bloga postanowiła, za moją namową, podzielić się z Wami relacją ze swojego debiutu. Słuchając relacji stwierdziłem, że doskonale odzwierciedla to co zwykłem określać “szczęściem debiutanta”. Oto, za zgodą, relacja szczęśliwej debiutantki – miłej lektury.

Szczęście debiutanta, debiut szczęściarza, a może sto procent szczęścia 🙂

Każdy z tych tytułów idealnie pasuje do mojej relacji z pierwszego w życiu maratonu.
To był bieg idealny. Taki, w którym zrealizowałam wszystkie swoje założenia.
Po pierwsze przebiegłam maraton – przebiegłam od startu do mety każdy z 42 195 metrów.
Po drugie zrobiłam to w wyznaczonym sobie czasie – 4,5 godziny (czas netto na mecie: 4:30:10) i po trzecie – po maratonie kocham bieganie tak samo jak przed i nie mam z tego biegu żadnych złych wspomnień.

Mam na imię Joanna, biegam od dwóch i pół roku i właśnie przebiegłam swój pierwszy maraton. Myśl o nim wykiełkowała w mojej głowie w okolicy sierpnia ub. roku.
Chciałam się sprawdzić, postawić sobie w życiu nowy cel i go zrealizować, ale przede wszystkim chciałam poczuć tę bezgraniczną radość i dumę jaką czułam zdobywając Mont Blanc czy Elbrus, a które później gdzieś zgubiłam. Początkowo myślałam o debiucie
w Budapeszcie w październiku, ale argumenty moich łódzkich przyjaciół sprawiły, że tuż przed Sylwestrem korzystając z przewidzianej w regulaminie najniższej opłaty startowej wpłaciłam 80 złotych i cierpliwie czekałam na nadanie numeru startowego. I go dostałam – 1146.
Trzy miesiące przygotowań minęły zdecydowanie zbyt szybko. Im bliżej startu tym częściej uświadamiałam sobie czego nie zrobiłam. Bo przecież mogłam zrobić więcej długich wybiegań, więcej podbiegów, więcej i więcej… Znacie to uczucie z czasów studenckich,
kiedy szliście na egzamin doskonale wiedząc, które rozdziały ominęliście i czego się nie nauczyliście? Z taką myślą jechałam w piątkowy wieczór do Łodzi. Jedyne co w takiej sytuacji można zrobić to … nie myśleć.

Na łódzkim dworcu czekał na mnie Michał, ubrany w koszulkę biegową łódzkiego maratonu. Zdążył już odebrać numer startowy i zwyczajnie nie mógł się oprzeć, by zamanifestować swoją radość ze zbliżającego się maratonu. Dla niego to też miał być debiut – debiut
w maratonie miejskim. Sobota minęła nam na jedzeniu (pyszne śniadanie, suflet czekoladowy
i ogromna porcja makaronu), odbieraniu pakietu startowego i poznawaniu trasy.
Michał, który trasę znał na pamięć był moim przewodnikiem po Łodzi.
Dzięki tej samochodowej wycieczce doskonale wiedziałam, że pierwszy podbieg
czeka mnie na piątym kilometrze, a w Łagiewnikach tych podbiegów będzie nawet kilka.
Z radością odnotowałam jednak także długie zbiegi. Najtrudniejszy odcinek to 23 km.
z długim, choć nie zbyt stromym podbiegiem. Później jeszcze jedna górka, a właściwie jej połowa i druga część trasy już płaska, a nawet lekko w dół. Dzień później ta wiedza okazała się bezcenna! Po wieczornych rytuałach biegacza, czyli przygotowaniu stroju biegowego, numeru startowego i niezbędnych drobiazgów poszliśmy spać. Denerwować zaczęłam się dopiero rano. Na szczęście! Bo dzięki temu spałam prawie 7 godzin.

Moja taktyka na ten bieg to spokojnie przebiec półmaraton – dystans, który biegałam wielokrotnie i z którym bez problemu powinnam sobie poradzić. Później kolejne pięć kilometrów – 26 to tyle ile przebiegłam na treningu. Kolejny etap to dobiec do okrągłej trzydziestki. Zostają jeszcze dwa odcinki po 5 kilometrów (łatwo mogę je sobie porównać
z odcinkami, które biegam na treningach). A później tylko „wisienka na torcie” i meta.
W głowie mam przygotowanych kilka trików i haseł na maraton. Po pierwsze – nie myślę,
że to maraton, bo samo słowo może przerażać. Zamiast tego powtarzam sobie, że to moje święto. Po kilku miesiącach ciężkiej pracy czas na świętowanie. NIE myślę ile to kilometrów,
a po każdym przebiegniętym NIE liczę ile jeszcze do końca. I rada, którą dostałam na czas ewentualnego kryzysu – noga za nogą, noga za nogą…

Najważniejszy i najpiękniejszy dla mnie bieg rozpoczął się dokładnie o godzinie 9:00.
Rozległ się sygnał do startu i ruszyłam wraz z grupą prowadzoną przez pacemakerkę na 4:30. Wiedziałam jaka jest jej taktyka – stałe tempo na każdym kilometrze, wolniej pod górkę
i odrobinę szybciej z górki. Pogoda idealna (słońce, chmury, 10 stopni, lekki wiatr).
Endomondo co prawda oszukiwało mnie na początku trasy i skracało kilometry,
ale doświadczona biegaczka prowadziła naszą grupę konsekwentnie. Biegniemy i przy okazji zwiedzamy Łódź – Manufaktura, ulica Piotrkowska, Teatr Powszechny… wreszcie wybiegamy za miasto. Dobry humor nie opuszcza grupy, pokrzykujemy, pozdrawiamy kibiców, machamy do kierowców, pozujemy operatorowi ogólnopolskiej telewizji (mam nadzieję, że wykorzystał te zdjęcia!). Energii mamy mnóstwo, za nami pierwsza dziesiątka. Kolejną wspominam jako wyjątkową. Tempo, które nie pozwala mi się zmęczyć, pozwala w pełni cieszyć się biegiem
i towarzystwem. Rozmawiamy i żartujemy. Na czternastym kilometrze mam taką radość na twarzy, że mam nadzieję, że uwiecznił to któryś z fotografów. Kolejne górki nie są męczące,
za każdą przecież jest z górki, a pacemakerka pilnuje bym nie zaczęła biec zbyt szybko.
Ileż to razy słyszałam: Asia zwolnij! Po drodze kilka zorganizowanych grup kibiców –
a to uczniowie łódzkich szkół, a to zespół pieśni i tańca, a to członkowie klubu jeździeckiego.
I tak mija półmaraton. Z tą tylko różnicą, że nie ma znanej mi z tego dystansu mety, a ja wciąż czuję, że mam zapas sił. Przygotowana psychicznie na najtrudniejszy i najdłuższy na trasie podbieg pokonuję 23. km. Na szczycie – punkt z wodą. Nie da się ukryć – zaplanowany w idealnym miejscu. Zaczynam też podjadać rodzynki, które ze sobą zabrałam, bo banany i żel będą dopiero na kolejnych punktach. Wracamy do centrum miasta. Zaczynam odczuwać,
że to już druga połowa – nogi robią się ciężkie, bananowy uśmiech ustępuje miejsca skupieniu, wypatruję kolejnych znaków i wolontariuszy z izotonikiem, bananami i wodą. Zmieniają się towarzysze biegu przy moim boku, ale z każdym udaje się zamienić kilka zdań.
Mijają kilometry… noga za nogą… Wsłuchuję się w siebie, w to co podpowiada mi moje ciało, głowa… czy nic nie boli, czy nie chce mi się pić, czy nie jest zbyt zmęczona.
Z radością odnotowuję, że nic co mogłoby pokrzyżować moje plany się nie dzieje.
W pewnej chwili do moich uszu dociera moje własne imię. Przez muzykę przebija się okrzyk – biegnij Asia, biegnij! To ktoś zupełnie mi obcy wypatrzył na numerze startowym moje imię
i postanowił dodać mi otuchy. Bardzo za to dziękuję. Im bliżej mety tym wprost proporcjonalnie rośnie liczba takich właśnie kibiców. Jakby wiedzieli, że zawołanie po imieniu może wyzwolić dodatkowe siły. Wreszcie czas zmierzyć się z czwartą dziesiątką, czyli zgodnie z moją taktyką z dwiema piątkami. Z zadowoleniem obserwuję, że na pierwszej tempo wciąż mam stałe, a mój własny mózg nie próbuje skusić mnie maszerowaniem. Jestem zmęczona,
ale wciąż mogę biec, im bliżej czterdziestego kilometra tym wolniej, ale wciąż biegnę.
I wygląda na to, że w tym tempie, choć już ponad 200 metrów za pacemakerką, zmieszczę się w wyznaczonym sobie czasie. Coraz częściej mijam maszerujących biegaczy. Tuż przed tabliczką z 41. km doganiam jakiegoś biegacza i … zachęcam do biegu ze mną. Chyba potrzebowałam towarzystwa na ten ostatni odcinek. Jak się okazało biegnę też z debiutantem. Po drodze podrywamy jeszcze jednego biegacza i wspólnie pokonujemy kilkaset metrów. Już wiem, gdzie jestem!! Duże skrzyżowanie przy Atlas Arenie, skręt w lewo i do mety.

Okrzyki kibiców, że to już końcówka, sprawiają, że przyspieszam. Zbiegam w kierunku bramy. I nagle robi się ciemno, a drogę do mety wskazuje szpaler utworzony przez światła lamp. Czuję się jak zwycięzca! Na ostatnich metrach dociera do mnie jeszcze wołanie moich przyjaciół i nie mam już żadnych złudzeń, że zrealizowałam swoje marzenie. Na szyi medal,
a mnie łzy szczęścia płyną z oczu! To właśnie szczęście debiutanta i szczęśliwa debiutantka.
A potem już zdjęcia, uściski, radość i świętowanie.

Tego biegu nie byłoby, gdyby nie kilka osób. Autorzy bestsellerów na końcu swoich książek zamieszczają zwykle długą listę podziękowań. Moja też jest długa, ale oszczędzę Wam czytania. Tego biegu nie byłoby bez przyjaciół, bliższych i dalszych znajomych – bez ich wsparcia, motywacji, życzeń (np. kurczak śpiewający „jestem zwycięzcą” na melodię „We are the champions”) i pomocy organizacyjno-logistycznej. Tego biegu nie byłoby bez pacemakerki na 4:30 – Izabelli Moskal, która motywowała do biegu, a kiedy trzeba skutecznie studziła moje zapędy przyspieszenia na zbiegach. Last but not least – tego maratonu nie byłoby bez autora tego bloga. A może by był, tylko w poniedziałek rano wyrzuciłabym buty biegowe 😉

A Wy jak pamiętacie swój pierwszy raz, i w maratonie i inne biegowe?

Send to Kindle